Cytat jakiś ciekawy

Doszłam do Berlina. Podpisałam się na Reichstagu: „Ja, Zofia Adamowna Kuncewicz przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę”

starszyna Zofia Adamowna Kuncewicz, sanitariuszka kompanii piechoty

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Wojenne historie

Wojenne historie

środa, 9 lutego 2011

Ku pamięci commandosów (komandosów)


Hubert Królikowski „1. Samodzielna Kompania Commando (No 10 Cammando - 6th Troop)". Wydawnictwa Bellona i Magnum X, 2011 rok.

Są książki, które chce się mieć żeby do nich wracać. Czasem by przeczytać znów całą, czasem by mieć możliwość czytania najlepszych fragmentów, lub przejrzenia zdjęć. Książki, które budzą emocje, wzruszenia i jakieś takie pragnienie bycia z ich bohaterami. W wypadku książek wojennych zazwyczaj pragnienie nieracjonalne, bo przecież wojna to nie zabawa, ani nic szczególnie fajnego. Ale są książki, które budzą we mnie takie właśnie nierozumne uczucia (tak jak by były rozumne uczucia ;-).

Są jednak książki, które trzeba mieć. Nie niosą w sobie dynamitu uczuć, czy też innego ich ucieleśnienia, są jednak pełne faktów, które znać trzeba. Faktów, które gdy ktoś interesuje się daną historią, warto pamiętać, a na wszelki wypadek móc do nich zajrzeć. Autorzy tych książek swoją pracę traktują bardzo poważnie i poważnie traktują fakty w niej zawarte.

Książka Huberta Królikowskiego to ważna pozycja, bo do tej pory temu zasłużonemu oddziałowi nie poświęcono zbyt wiele uwagi w literaturze historycznej. Zazwyczaj był to np. rozdział poświęcony w książce o jednostkach specjalnych w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, lub wspomnienia. Bibliografia pod książką nie jest zbyt długa.

Żołnierze PSZ nie mieli zbyt wiele szczęścia do historyków, czy dziennikarzy, którzy utrwalili by ich historię na gorąco, lub zaraz po wojnie (mała uwaga dla mniej znających historię 1. Samodzielna Kompania Commando była częścią Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w czasie II wojny światowej). W powstającej „nowej” ludowej Polsce nie było miejsca dla reakcyjnych żołnierzy z Zachodu i ich bohaterskich czynów, a rząd i Polacy w Londynie mieli inne kłopoty. Mogliśmy więc z zazdrością patrzeć na książki powstające o żołnierzach brytyjskich, amerykańskich, a nawet niemieckich. Nawet nieliczne opracowania, zbiory reportaży, czy wspomnienia wydawane na Zachodzie nie były dla nas w PRL dostępne.

Teraz nasi historycy i entuzjaści starają się to zmienić i coraz więcej jest książek opowiadających wojenne historie poszczególnych oddziałów PSZ. Niestety coraz mniej jest świadków pamiętających tamte czasy.

Jedną z takich książek jest właśnie „1. Samodzielna Kompania Commando” opowiadająca o powstaniu i walkach pierwszego polskiego oddziału komandosów. Zapewne jednostki wypełniające zadania komandosów istniały już wcześniej i bardziej obeznani w temacie mogliby podać takie przykłady, tym niemniej prawdą jest, że to Brytyjczycy tak nazwali swój pomysł na małe, sprawne jednostki bojowe przeznaczone do zadań specjalnych – działań na tyłach wroga, szybkiego desantu morskiego, działania w ekstremalnych warunkach terenowych i akcji typu „zaatakuj, zadaj straty i wycofaj się”.

Przy brytyjskich Commandach komandosów (Commando – nazwa dla jednostki specjalnej, bliżej nie sprecyzowanej wielkości) powstało Commando międzynarodowe, w skład którego wchodziła właśnie kompania polska (wtedy zwana 6th Troop).

Autor opisuje szczegóły szkolenia jednostek specjalnych, poszczególne etapy przemieszczania się polskiego oddziału i wreszcie jego walki we Włoszech. Poświęca cały rozdział by omówić wyposażenie, uzbrojenie i umundurowanie jednostki. Dzięki pracowitości autora możemy śledzić proces przekształcania się brytyjskiego 6th Troop w 1. Samodzielną Kompanię Commando i w końcu w 2. Batalion Komandosów Zmotoryzowanych, który rozwiązano w Anglii w lipcu 1947 roku.

Jednak w tej szczegółowości autora tkwi również słabość książki. Bo wprawdzie znajdziemy w niej nazwiska żołnierzy kompanii, wszystkich jej dowódców od początku do końca istnienia (do dowódców plutonów w batalionie włącznie), ale brakuje tu emocji i szczegółów o które aż się proszą niektóre opisywane wydarzenia.

Bitwy i potyczki komandosów opisywane są krótko i nawet nie treściwie, widać, że autorowi zależało na tym, żeby zaznaczyć w książce szlak bojowy kompanii, ale nie starczyło czasu, lub pomysłu na to by dodać jej nieco życia i prawdziwych wspomnień, poruszanych już tu wielokrotnie wcześniej emocji. Nie znajdziemy tu nawet faktów, które tłumaczyłyby długą listę odznaczeń zamieszczoną w załączniku. A przecież nie rozdawano ich za darmo.

Dlatego ta właśnie książka należy do kategorii publikacji, które mieć trzeba, zaglądać do nich w poszukiwaniu zapomnianych faktów czy dat, ale ja nigdy już nie wrócę do niej by przeczytać ją w całości. Autor nie napisał książki poświęconej pierwszym polskim komandosom, a poświęcił im pracę naukową. Wydawnictwo należą się brawa za je opublikowanie w formie książki.

Teraz trochę dziegciu. W książkach opowiadających wojenne historie bardzo ważne są zdjęcia (zazwyczaj archiwalne). Stare zdjęcia z natury swojej bywają złej jakości, więc żeby jej nie pogarszać wydawcy zazwyczaj publikują je na kredzie. Ale nie tym razem. Bellona i Magnum X postanowiły, ze od niosących wartość historyczną zdjęć ważniejsze są rysunki umundurowanych żołnierzy, które spotykamy również w początkach rozdziałów. Mamy więc wkładkę kolorową z rysunkami. Gdyby chociaż były to zdjęcia rekonstruktorów, których grupa jest na tylnej okładce...

Inna moja uwaga mogłaby dotyczyć niemal wszystkich książek wydawanych przez Bellonę, które posiadam lub czytałem. Mam wrażenie, że wydawnictwo to bardzo oszczędza na ostatniej korekcie. Bez żadnego trudu można w książce znaleźć literówki, a spacja uciekła im nawet przy opisywaniu autora na okładce. Wstyd.

W moim 6-gwiazdkowym rankingu – słaba 4 (i to tylko za solidny zapis historii).