Cytat jakiś ciekawy

Drugi plan zbombardowania Pearl Harbor został obmyślony i wykonany przez admirała Franka A. Schofielda, który w 1932 roku opracował doroczne ćwiczenia Problem Floty XIV. Zgodnie z jego założeniami lotniskowce miały podejść niepostrzeżenie do Hawajów i zaatakować Pearl Harbor. Ku zaskoczeniu większości oficerów marynarki lotniskowce („Saratoga” i „Lexington”) odniosły całkowity sukces. Ich samoloty spadły na Pearl Harbor w niedzielę rano i zatopiły Flotę Pacyfiku.”

Thomas P. Lowry, John W.G. Wellham, „Atak na Tarent. Preludium do Pearl Harbor”


Wojenne historie

Wojenne historie

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wojna domowa w Syrii - tak daleka a jednak tak bliska

Jonathan Littell „Zapiski z Homs”, Wydawnictwo Literackie, 2013 rok

Rzadko dostajemy do ręki tak aktualną relację z wojny, i to wojny, która nadal trwa. Bowiem Homs jest miastem w Syrii, która od 2011 roku ogarnięta jest wojną domową. Zawędrował tam francuski dziennikarz Jonathan Littel, a książka jest zapisem jego dziennika tej podróży po wojnie domowej.

Taka forma okazuje się wg mnie podwójnie ciekawa dla czytelnika, po pierwsze dostajemy niemal suchy zapis jego przeżyć, nawet niespecjalnie obarczony emocjami, po drugie dzięki temu możemy spojrzeć na tą wojnę jakby samodzielnie, zaglądając przez uchylone przez autora drzwi.

A my powinniśmy szczególnie wczuć się w to, co się tam dzieje. Bo wg zapisków Littella wojna w Syrii to trochę tak jakby lustrzana historia nowożytnej walki o niepodległość Polski. Mamy tu zapis walk w mieście z dużo lepiej uzbrojonym przeciwnikiem posiadającym czołgi i transportery opancerzone, ostrzału prowadzonego przez snajperów (w naszej historii - „gołębiarzy”) do przypadkowych cywili, manifestacje, z których bije siła i nieustępliwość, a które rozganiane są przez siły reżimu i do tego wszystkiego silne podłoże religijne uczestników rebelii.

Przy lekturze trudno było mi uciec od skojarzeń z Powstaniem Warszawskim, wieloma protestami i buntami z lat PRL. Oczywiście różnic jest znacznie więcej niż podobieństw, ale trudno nie poddać się próbie porównań.

Tym bardziej, że autor wprowadza nas do środka konfliktu nie starając się nawet przeprowadzić swoich czytelników przez skomplikowaną historię tej wojny domowej. Po prostu są rebelianci, którzy chcą wyzwolić swój kraj od reżimu, wśród nich porusza się nasz bohater i jest prezydent i rząd, który przy pomocy wojska, policji, bezlitosnej tajnej służby i swoich zwolenników toczy krwawą wojnę z opozycją.

Co ciekawe, mimo że miałby święte prawo do wyrażania żywych emocji, w swoich zapiskach autor wystrzega się ich. Nawet gdy opisuje rannych w czasie manifestacji ludzi, którym punkt opatrunkowy nie może udzielić pomocy i dla których nie ma już nadziei, utrzymuje chłodny ton komentarza.

Ale dzięki niemu dowiadujemy się, że nowoczesna wojna domowa to także wojna propagandowa tocząca się przy pomocy internetu i smartfonów. Każda ofiara jest dokumentowana i niemal na bieżąco można ją znaleźć na Youtubie. Autor trafia do pokoi pełnych młodych ludzi, którzy wrzucają do sieci filmy z manifestacji i filmy ze śmiercią i umieraniem męczenników. Co chwila ktoś podchodzi do niego by pokazać mu zdjęcia zabitego, pokaleczonego, torturowanego przez siły rządowe członka rodziny. Zdjęcia na smartfonach, które w ten sposób też stają się narzędziami rewolucji i „muzeami potworności” jak je nazywa.

Littell dostał się do Syrii nielegalnie, przerzucony przez granicę Libanu dzięki przemytnikom sprzyjającym rebeliantom. Nie chciał przyjechać oficjalnie wiedząc, że nie miałby wtedy szansy na obejrzenie rewolucjonistów. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jego sytuacja też nie daje mu obiektywnej perspektywy, gdyż jest kierowany przez swoich gospodarzy, ale też zauważa to bez skrupułów.

Gdy trafia do Syrii wojna domowa trwa tam od roku. W tym czasie zachodni dziennikarze potrafili zepsuć sobie opinie wśród rebeliantów. Littell musi na nowo przekonywać do siebie swoich rozmówców, z których wielu ma dystans wobec tego nie mówiącego w ich języku cudzoziemca. Całe szczęście towarzyszy mu fotograf, muzułmanin, który już wcześniej odwiedził Syrię. Autor wielokrotnie jest świadkiem, gdy jego fotoreporter kłóci się z ich przewodnikami o dostęp do informacji i możliwość robienia zdjęć.

Tymczasem mamy możliwość wędrowania razem z korespondentem „Le Monde” od jednego punktu opatrunkowego do drugiego. Punkty opatrunkowe stanowią newralgiczne elementy infrastruktury rewolucjonistów. Człowieka z raną postrzałową nie można zawieźć do zwykłego szpitala, bo są one pod stałą obserwacją służby bezpieczeństwa, która każdego z nich traktuje jak buntownika i poddaje torturom na miejscu albo zabiera do więzienia. Jedyny ratunek stanowią punkty obsługiwane przez ochotników: lekarzy, studentów medycyny, pielęgniarzy, którzy robią co mogą by ratować rannych. Niewiele jednak mogą, a dodatkowo brak im lekarstw, środków opatrunkowych, wyposażenia.

Dochodzi do paradoksu - „ocaleni mają gorzej niż martwi, bo martwi nie czuja już niczego”, po martwych zostają zrozpaczone rodziny, a ranni skazani są na cierpienie i niejednokrotnie powolną śmierć.

Ich śmierć to początek kolejnych ofiar. Pogrzeby albo przeistaczają się w manifestacje krwawo rozpędzane przez reżim, albo są ostrzeliwane przez snajperów, którzy specjalnie czają się wokoło cmentarzy.

A to wszystko dzieje się w mieście, które, jakby się wydawało, normalnie funkcjonuje. Autor i jego fotograf z jednej zbuntowanej dzielnicy przejeżdżają do drugiej... taksówką. Po drodze mijają dzielnice mieszkalne z normalnie żyjącymi ludźmi. W drodze pomiędzy zakrwawionymi punktami medycznymi kupują jedzenie u ulicznego sprzedawcy.

Zamieszanie w rozumieniu tej wojny pogłębia fakt, że są tu kasty uprzywilejowane, od dawna skłócone z innymi. A w ich życiu honor i zemsta stanowią nierozerwalne połączenie. Gdy żołnierze, czy policjanci pochodzący z Alawitów porwą i zgwałcą kobietę Beduinów, jej „klan” zobowiązany jest dokonać podobnego czynu w dzielnicy rządowej. Oczywiście ofiarami są zupełnie przypadkowe osoby, których największą winą jest urodzenie się w tej a nie innej rodzinie i dzielnicy. Tak nakręca się dodatkowa spirala przemocy.

Autor jest świadomy, że przedstawiciele rewolucjonistów rozmawiają z nim jak z zachodnim dziennikarzem i wydaje się, że z pełnym sceptycyzmem przyjmuje zapewnienia o tylko wolnościowym charakterze walk i pełnej tolerancji wobec innych wyznań, np. chrześcijan. Jego rozmówcy często podkreślają, że nie chcą obwołania „świętej wojny” i że liczą na pomoc Zachodu w walce z reżimem. To ostatnie wygląda w jego relacji jak próba przekazania swoistego ultimatum.

Autor spędził w Syrii dwa tygodnie i ten czas możemy śledzić w obiektywnej relacji. Jednak epilog to już w dużej części wspomnienie tych z rozmówców, którzy prawdopodobnie zginęli lub uciekli. Po wyjeździe Littella zaczęła się rządowa operacja wobec zbuntowanej dzielnicy i jej systematyczny ostrzał artyleryjski.

Zbuntowana dzielnica Baba Amr miasta Homs padła miesiąc po jego wyjeździe.

Dzisiaj próżno szukać w naszych mediach śladu wzmianki o wojnie w Syrii. Zajęci jesteśmy bardziej aktualnymi tragediami, ale tam nadal trwa wojna, której charakter, jak niemal wszystko co dzieje się na Bliskim Wschodzie wszedł już w fazę „nierozwiązywalną” i niezrozumiałą dla przeciętnego Europejczyka. Dążenie do wolności przeplata się z wojną religijną i klanową, a obrona reżimu zaczyna być także obroną swobody wyznania. Dlatego chyba warto na kilka godzin lektury przenieść się do Syrii roku 2012 i spojrzeć na ten konflikt z węższej perspektywy przebiegającego przez ostrzeliwaną ulicę człowieka.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 4

Zubek






czwartek, 29 maja 2014

JTAC zrzuca z platformy

Paul Grahame, Damien Lewis „Cel namierzony”, Wydawnictwo Literackie, 2014 rok
To książka dla wielbicieli akcji. Zaczyna się jak u Hitchcocka, mocnym akcentem, a potem temperatura akcji nie spada. Wspomnienia napisane zwykłym językiem żołnierza i z jego własnymi, nie wydumanymi przeżyciami, czyta się niemal jak beletrystykę. Bohaterem jest brytyjski żołnierz z Afganistanu. Ale nie zwykły piechociniec czy komandos ale specjalista, specjalista wsparcia powietrznego - JTAC.

W czasie drugiej wojny światowej, na froncie zachodnim, już w roku 1945, gdy walki toczyły się na terenie Niemiec, armia amerykańska stosowała prostą taktykę unikania strat. Gdy dochodzili do kolejnego miasteczka wysyłali zwiad, gdy napotykali opór to nie próbowano nawet zdobywać tej miejscowości przy pomocy piechoty i czołgów. Podciągano artylerię i rozpoczynano ostrzał potencjalnych celów, później wysyłano parlamentariuszy. Zazwyczaj przywozili oni z powrotem kapitulację garnizonu. Ta przewaga techniki, uzbrojenia i zaopatrzenia pozwalała unikać strat w ludziach. Kosztowała zużycie sprzętu i amunicji, ratowała życie żołnierzy.

Po lekturze „Cel namierzony” wydaje się, że podobną taktykę stosują wojska sojusznicze w Afganistanie. Atakują Talibów po to by zmusić ich do otwarcia ognia a potem wzywają wsparcie. Autor książki pełnił właśnie służbę w takim zespole wsparcia, w którym oprócz niego byli również żołnierze odpowiedzialni za kierowanie wsparciem artylerii i moździerzy.

Jedną z rzeczy, która natychmiast rzuciła mi się w oczy i szalenie spodobała, jest proste nazywanie... zabijania. Bo w tej książce żołnierze zabijają swoich przeciwników, nie „neutralizują ich” jak zdarza się czytać w książkach czy oglądać w hollywoodzkich filmach pełnych poprawności politycznej. Jeden z rozdziałów ma nawet tytuł „199 trupów”. Jeden z kolegów bohatera opowieści policzył, że dzięki kierowanym przez niego atakom zabito 199 rebeliantów, bo w tej opowieści przeciwników się zabija!  A żołnierze chcą przed wyjazdem przekroczyć dwustu zabitych. Brzmi to szokująco prawdziwie.

I taka jest cała książka, pełna akcji i szokujących prawd. I to nie tylko tych o zabijaniu, ale także tych pokazujących absurdalność wojskowej administracji. W kolejnej publikacji widzimy, że brytyjska armia w swojej administracyjnej części może niewiele różnić się od naszej własnej i dobrze znanej rzeczywistości.

Zespół wsparcia, w który służy autor, otrzymał do użytku samochód trzyosobowy, odkryty. Musicie wiedzieć, że na polu bitwy muszą oni stać na widoku, by sami widzieć i jest ich...5! Oczywiście złożyli zapotrzebowanie na lepszy pojazd, ale jakoś ciągle byli lekceważeni w przydziale. W związku z tym, gdy po raz kolejny zostali pominięci, znaleźli sobie sami stosowny wóz i go... ukradli. Scena jak z „MASH-a”.

I tak się dzieje mimo tego, że jak sam napisał, on i zespół, przy liczebnej przewadze rebeliantów (nawet 6/1), stanowili dla swojej kompanii, element „wyrównywania szans”!

Akcja książki (świadomie używam zwrotu odnoszącego się do fabuły) dzieje się w prowincji Helmand w Green Zone, z której oddział wspierany przez autora ma wyprzeć rebeliantów. Zielona Strefa to nie tylko nazwa kodowa, ale także teren autentycznie „zielony” z wysoką trawą, drzewami, idealny do działań partyzanckich.

W tym terenie każdy żołnierz chciałby mieć po swojej stronie sierżanta Grahame. To on, łamiąc wszelkie procedury, wspierał żołnierzy mających bezpośredni kontakt z wrogiem. Ogniem „platform”, kładzionym nawet o kilkadziesiąt metrów od własnych pozycji JTAC, zmuszał talibów do ucieczki i ratował własne oddziały.

Z drugiej strony, żołnierz taki jak sierżant Grahame, to koszmar każdego oficera tyłowego. Przekonał się o tym jeden z nich, kiedy zrugał Grahame w bazie powietrznej, gdy ten, od bladego świtu koordynując wsparcie powietrzne, wyszedł nieregulaminowo umundurowany zjeść na szybko coś do kantyny. W odpowiedzi nasz bohater przeprowadził „demonstrację siły” przez bombowiec B-1B, który lotem koszącym przeleciał nad bazą gdy odbywała się odprawa dowództwa.

Kilka słów wyjaśnienia. „Platforma” to każdy śmigłowiec i samolot przydzielony JTAC-owi do dyspozycji w jego strefie powietrznej. Były to Apache, A-10, F-15, F-16, F-18, śmigłowce Lynx, Chinook, myśliwce Harrier, bezzałogowe Predatory i francuskie Mirage. Co ciekawe nieważna była armia, która przysłała samoloty. Grahame kierował ogniem zarówno brytyjskich jak i amerykańskich, duńskich i francuskich „platform”. Narzeka tylko na współpracę z Francuzami, którzy odmawiali ryzykownych „zrzutów” - tak nazywa się każde „zrzucenie” bomb na cel.

Demonstracja siły” - czasem JTAC nie może bezpośrednio zaatakować celu. Jest, mimo wszystko, zbyt blisko sił własnych, nie rozpoznano dokładnego jego położenia, itp. Wtedy może zalecić „platformie” „demonstrację siły”, czyli przelot lotem koszącym z wypuszczeniem flar. Taki „atak” potrafił spłoszyć talibów i sprawić, żeby ukryli się choć na czas pozwalający na ewakuację własnych wojsk.

Życie JTAC-a nie jest proste. Podczas gdy w czasie walki większość żołnierzy szuka schronienia i dobrego ukrycia Grahame, wraz z zespołem wsparcia ogniowego szukał miejsca, z którego mógł widzieć całe pole walki. Przez to byli widoczni dla talibów, którzy dysponowali RPG, wyrzutniami rakiet i moździerzami, a szybko zorientowali się w wadze stojącego gdzieś dalej pojazdu. Faktem jest jednak, że autor mógł w odpowiedzi na ich ostrzał zrzucić im na głowy np. 500-funtową bombę, czy ostrzelać z latającego czołgu A-10!

Z innej zaś strony miał on także ograniczenia, np. w późniejszym okresie mógł ostrzelać, czy dokonać zrzutu tylko na talibów, którzy wcześniej otworzyli ogień. Razem z sierżantem ze swojej bazy patrolowej autor wpadał któregoś dnia na kolejny pomysł wyglądający jak rodem z filmów. Sierżant stojąc za karabinem maszynowym samochodu patrolowego ruszył drogą łączącą dwie bazy patrolowe ostrzeliwując domniemane wyjście z bunkra rebeliantów. Skuteczność samej szarży samotnego samochodu nie była wielka ale spowodowała reakcję talibów, którzy wyskoczyli by odpowiedzieć na ogień. Na to czekał JTAC, który szybko wycofał sierżanta i jego kierowcę a wyjście z bunkra obrzucił bombami z „platformy”.

JTAC, jak chyba żaden inny żołnierz, ma możliwość „wydawania” pieniędzy sojuszniczych podatników. Gdy jego bazę rebelianci ostrzeliwali z moździerza 105 mm Grahame chciał ich zaatakować całym ładunkiem bombowca B-1B, którego koszt (ładunku znaczy się) wyceniono na 4,5 mln. dolarów!

Jak widać z powyższych przykładów książka warta przeczytania, zwłaszcza dla pasjonata militarnego i wielbiciela współczesnych wojennych historii. Ja na pewno za jakiś czas do nie wrócę.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: mocna 5 +

Ps. Żeby nie było, że historia zmyślona to znalazłem reportaż zrobiony z Zielonej Strefy przez wspomnianą w książce dziennikarkę.
Na obrazku miga nawet autor książki - http://www.liveleak.com/view?i=74a_1189264330





wtorek, 15 kwietnia 2014

Arnhem oczami dowódcy

Robert E. Urquhart „Arnhem”, Wydawnictwo Bellona, 1990 rok, wydanie drugie (wydanie pierwsze w Polsce -  1974, wydawnictwo MON)

Ostatnio wyczytałem, że słowo Arnhem kojarzy się nam, Polakom, z pierwsza bitwą stoczoną przez polskich spadochroniarzy w czasie drugiej wojny światowej. I tak jest rzeczywiście a raczej dobrze żeby tak było rzeczywiście, bo przecież z roku na rok świadomość historyczna jest coraz słabsza i nawet u całej rzeszy neonadpatriotów, którzy w ostatnim czasie przypomnieli sobie o Ojczyźnie, znajomość jej historii jest raczej płytka i fragmentaryczna.

W poznaniu owej historii może pomóc książka generała Urquharta „Arnhem”, dowódcy brytyjskiej 1. dywizji powietrznodesantowej, która wzięła na siebie najcięższe zadanie w ramach operacji Market Garden. Operacji mającej na celu opanowanie, biegnącego przez Holandię, korytarza, przez który oddziały brytyjskiej armii miałyby przedrzeć się na równiny Niemiec. Ostatnim punktem operacji miało być opanowanie mostów w Arnhem, które to zadanie powierzono gen. Urquhartowi i jego dywizji, wzmocnionej przez polską brygadę gen. Sosabowskiego.

Niestety ten punkt operacji nie poszedł po myśli aliantów. Brytyjska dywizja nie dała rady skutecznie opanować mostów i przyczółka na północnym brzegu Renu i poniosła przy tym ogromne straty.

Książka Urquharta jest właśnie o tym. 

Ostrzeżenie.
Tu małe wytłumaczenie wstępu jakim zacząłem ten wpis. To jest książka dla miłośników historii a nie nadpatriotów, którzy mogą poczuć się rozczarowani. Generał opisywał wydarzenia, które działy się po jego stronie rzeki, to je widział na własne oczy i one wpływały na jego ocenę sytuacji, a tu walczyło tylko ok. 300 Polaków. W związku z tym możemy wprawdzie znaleźć w książce wspomnienia o polskich żołnierzach, są one zawsze dobre ale zdecydowanie nieliczne, niejako proporcjonalne do ich ilości w stosunku do Brytoli. Dla „prawdziwego Polaka” i nadpatrioty będzie to rozczarowujące.
Koniec ostrzeżenia.

Tak naprawdę dla ludzi interesujących się historią wojsk powietrznodesantowych to lektura obowiązkowa. Rzadko zdarza się by generał i dowódca dywizji pisał książkę o jednej bitwie, jeszcze rzadziej zdarza się, by ta książka doskonale „się czytała”, bo jest napisana z nerwem i w dużej części składa się z doskonałych opowieści z pola walki. Zazwyczaj generałowie siedzą w sztabach, zlokalizowanych daleko za linią frontu, rzadko wyjeżdżając by rozpoznać sytuację na miejscu. To nie zarzut, taką mają robotę. Urquhart żył i dowodził swoją dywizją niemal bezpośrednio z „okopów” i w permanentnym okrążeniu.

Jedno Brytolom trzeba przyznać, jeśli chodzi o celebrowanie porażek i czynienie z nich powodów do dumy są bardzo podobni do nas. Bitwa pod Arnhem stała się dla nich symbolem walki wojsk powietrznodesantowych i jedną z ikon historii ich armii. Jednak w książce Urquharta można znaleźć mnóstwo przykładów w których bardzo brutalnie ocenia on planowanie i prowadzenie operacji i szuka tych którzy winni są jej niepowodzenia.

Ponieważ jest to najciekawszy wg mnie aspekt tej książki, oczywiście z punktu widzenia miłośnika historii (z innego beczki - uwielbiam historie pojedynczych żołnierzy i ich przygód i czynów, które opisuje), na nich się skupię.

Generał nie oszczędza samego siebie. Gdy pisze o planowaniu operacji zauważa zastrzeżenia gen. Sosabowskiego dotyczące organizowania zbyt śmiałego i nieliczącego się z przeciwnikiem ataku. Jednak dostrzega także, że jednym z czynników, które wpłynęły na śmiały plan była długa bezczynność jego dywizji, obniżająca jej morale, i kilka wcześniejszych planów operacji, odwoływanych jeden po drugim. Bez względu na czynniki ryzyka, żołnierze i ich dowódcy chcieli wejść z powrotem do walki.

Dywizja, cały korpus i armia powietrznodesantowa miały tylko tydzień na przygotowanie największej w dziejach operacji powietrznodesantowej. To bardzo mało zważywszy na to, że do przerzucenia było ponad 30 tys. żołnierzy desantu powietrznego wraz ze sprzętem, wyposażeniem, zaopatrzeniem itp. Gdy myślimy o froncie zachodnim roku 1944 wydaje się, że przewaga materiałowa i sprzętowa była bezsprzecznie po stronie aliantów i tak było rzeczywiście, także jeśli chodzi o lotnictwo. Jednak mimo wszystko nie było tylu samolotów transportowych by przerzucić na jeden raz trzy dywizje i jedną brygadę. Stąd podzielono je na rzuty, paradoksalnie im dalej od swoich wojsk i odsieczy, tym rzutów było więcej. W konsekwencji 1. dywizja, najbardziej i najdłużej narażona na walkę, skakała w trzech rzutach. Dowództwo argumentowało to tym, że gdyby nie powiodło się którejś z dywizji amerykańskich, Brytyjczycy, odcięci od swoich, byliby skazani na klęskę absolutną.

Niestety także strefy lądowania i zrzutu brytyjskiej dywizji były dalekie od doskonałości. Słowo dalekie jest to kluczowe, od stref do głównego mostu było 12 km terenu miejskiego opanowanego przez przeciwnika!

Bitwa

Gdy myślimy o dywizji powietrznodesantowej to przed oczyma staje nam naprawdę wielka formacja ponad 11 tys. ludzi (dobrze „ponad” łącznie z polską brygadą). To potężna formacja, która jest w stanie stawić czoła większemu i lepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Żołnierze wojsk powietrznodesantowych są szkoleni i przygotowywani właśnie do takiej walki. Niestety przez podział jednostki na kolejne rzuty i odległość stref lądowania od celu generał Urquhart nie dysponował nigdy swoją dywizją w całości. 

W pierwszym dniu, gdy jeszcze wszyscy byli pełni optymizmu, do walki o zdobycie mostów (wbrew powszechnej opinii były ich trzy: pontonowy, kolejowy i drogowy)  mógł skierować tylko trzy bataliony 1. brygady spadochronowej, które na dodatek rozdzielono, tak, że szły różnymi drogami. Silniejsza i lepiej uzbrojona 1. brygada szybowcowa została by bronić stref zrzutu i lądowania na dni następne. W konsekwencji do mostu doszedł tylko 2. batalion płk. Frosta, który na swojej drodze nie napotkał silnego oporu. Pozostałe dwa bataliony uwikłały się w walki miejskie dzieląc się na jeszcze mniejsze jednostki.

Wiele wiadomo o kłopotach jakie napotkał sztab dywizji z łącznością. Z książki Urquharta wynika, że o ile łączność, a raczej jej brak, z Anglią i dowództwem armii powietrznodesantowej oraz XXX korpusem, który szedł im z pomocą, był dla niego uciążliwy, to kluczowe dla przegrania już pierwszej fazy bitwy okazała się łączność między batalionami, brygadą i dywizją. To przez to bataliony 1. brygady spadochronowej w mieście walczyły bez koordynacji i praktycznie samodzielnie i przez to batalion Frosta nie otrzymał w porę wsparcia.

Prowadzona w ten sposób walka w mieście praktycznie wykrwawiła 1. brygadę spadochronową i idący jej z odsieczą batalion South Stafford  1. brygady szybowcowej oraz 11. batalion z 4. brygady. Kolejnych żołnierzy stracił Urquhart w obronie stref zrzutu i lądowania oraz w próbie realizowania pierwszego celu przez 4. brygadę spadochronową, która potem musiała przedrzeć się do głównych sił.

20. września, po trzech dobach walki sytuacja ustabilizowała się na niekorzyść Brytyjczyków. Na przyczółku mostu w Arnhem resztkami sił bronił się 2. batalion Frosta, reszta dywizji zmuszona była wycofać się z prób dojścia do niego z odsieczą i przygotowała rejon obrony w miejscowości Oosterbeek leżącej w połowie drogi pomiędzy strefami zrzutu i lądowania i Arnhem. W kotle (generał podkreśla, że to niemiecka nazwa) znalazło się 3. tys. żołnierzy brytyjskich i polskich.

Generał stara się dociec przyczyny niepowodzeń w ataku swoich batalionów spadochronowych i widzi braki w ich wyszkoleniu w walce miejskiej. Dodatkowo przyczyniły się do tego typowe dla tego regionu wysokie płoty z siatki drucianej. 1. dywizja miała za sobą już niezwykle ciekawy szlak bojowy: działania komandoskie, Afryka, Sycylia, Włochy, ale w dużej części składała się z nowych żołnierzy, którzy nie przeszli jeszcze próby ognia. Te pierwsze ostrzelania przechodzili w czasie bardzo trudnych i wymagających walk miejskich, nierzadko z przeciwnikiem posiadającym wsparcie pancerne. To także wpływało na zdolność bojową oddziałów, Urquhart podaje wstydliwe przykłady gdy spadochroniarze uciekali przed wrogiem.

Ale generał zauważa także błędy, których nie rozumie, a które wg niego zaważyły także na losie bitwy. Ze zdziwieniem widzi, że przy ogromnej przewadze jaką nad Zachodnią Europą ma lotnictwo alianckie, jego żołnierze byli ostrzeliwani przez niemieckie samoloty i to w najbardziej newralgicznych chwilach, np. Niemcy zestrzeliwują i ostrzeliwują bezbronne szybowce drugiego rzutu szybowcowego polskiej brygady. Podobnie jak Niemcy w Normandii Urquhart zapytuje - „Gdzie są nasze myśliwce?”.

W innym miejscu szczegółowo opisuje zdobycie przez Amerykanów mostu w Nijmegen 20. września i nie rozumie dlaczego oddziały XXX korpusu nie wywalczyły natychmiast drogi do mostu w Arnhem, którego północny przyczółek trzymały jeszcze wtedy resztki batalionu Frosta.. Niemal wprost sugeruje, że gdy jego oddziały oddawały krew w obronie mostu i przyczółka, dowódcy piechoty i czołgów wstrzymali natarcie w obawie przed stratami!

Czasami wydaje się, ze gdyby Urquhart nie był tak lojalny wobec swojej armii i dowódców, jego ocena operacji, lotnictwa, jednostek XXX korpusu mogłaby być niesłychanie ostra i zupełnie niecenzuralna. W końcu 1. dywizja powietrznodesantowa była pierwszą dywizją jaką dowodził i podczas pierwszej bitwy stracił ją w prawie 80%.

Ta książka to pozycja obowiązkowa w bibliotece każdego który interesuje się frontem zachodnim drugiej wojny światowej. Dobrze by było gdyby każdy z nich ją również przeczytał.  

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z +

środa, 9 kwietnia 2014

Walka podniebnego wywiadu

Taylor Downing „Podniebi szpiedzy”, Wydawnictwo Rebis, 2013 rok. Przeczytana w wersji ebook.

Dzisiaj zdjęcia lotnicze nie są już żadnym problemem. Każdy kto ma komputer i internet może zajrzeć do tajnej bazy marynarki wojennej niemal dowolnego kraju i spenetrować z powietrza obojętnie jaki kawałek ziemi przy pomocy przeglądarki Google. Oczywiście nie ma nic za darmo, a w zasadzie jest za darmo, ale zdjęcia będą sprzed kilku lat. I choć „nie ma nic za darmo” to już za pieniądze jest wszystko i za względnie niewielką sumę możemy mieć zdjęcia satelitarne niemal na żywo!

Ale widzieć to jedno, a rozumieć co się widzi to drugie. I o tym m.in. jest  książka „Podniebni szpiedzy. Aliancki zwiad lotniczy w II wojnie światowej”, dzięki której możemy poznać początki nowoczesnego systemu rozpoznania fotograficznego, które narodziło się właśnie podczas drugiej wojny światowej.

A nie były ona proste i jak się wydaje oczywiste. Przykładem jest tu przytoczone przez autora porównanie dwóch stylów wywiadu lotniczego: alianckiego i niemieckiego. Pierwszy swoją interpretację opierał na naukowcach i oficerach-specjalistach, tworząc coraz większe zespoły, drugi zatrudniał do interpretacji zdjęć podoficerów i zaniedbywał rozwój. W konsekwencji alianci, jak podaje autor za jednym z generałów, 80% swojej wiedzy wywiadowczej uzyskiwali ze zdjęć. Oczywiście liczba ta wydaje się mocno zawyżona (ów cytowany wysoki oficer służył w Indochinach i tam, przy braku Ultry i warunków do wywiadu osobowego, wywiad lotniczy mógł zdobywać tak znakomitą większość informacji), tym niemniej w książce znajdziemy przykłady gdy lotnicy i interpretatorzy dostarczali znakomitych i niezwykle cennych danych wywiadowczych.

Od początku

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Wielka Brytania nie była przygotowana do wojny, a w sposób szczególny nie była przygotowana do wywiadu lotniczego. Początek wojny to dla tej jej dziedziny przede wszystkim działania prywatne jednego człowieka Sidneya Cottona i stworzonego przez niego zespołu. To oni byli oczami wywiadu przed wojną i na jej początku, działając np. we Francji. Oni pierwsi, już jako zespół eksperymentalny RAF, dostosowywali samoloty do specyficznych wymagań wywiadu lotniczego. A takich samolotów nie było wtedy zbyt dużo – w grę wchodziła szybkość i możliwie wysoki pułap. Pułap, bo Cotton przekonał wojskowych, że możliwe i skuteczne jest robienie zdjęć z 10. tys. metrów, a nie jak byli dotąd przekonani z 3. tys.

Wyższy pułap to bezpieczeństwo dla samolotu i zdjęcia większego obszaru, ale także specjalne wymagania techniczne do wprowadzenia w samolotach i konieczność osiągnięcia mistrzostwa w interpretacji. Także mistrzostwa technicznego, więc Cotton wciągnął do współpracy prywatna firmę zajmującą się przed wojną interpretacją zdjęć lotniczych na potrzeby m.in. geologii i kartografii i mającą potrzebny, specjalistyczny sprzęt.

Jednak pozostał w duchu cywilem z mnóstwem nie pasujących do wojska zachowań. Gdy podczas jednej z narad był świadkiem gdy oficjalny RAF-owski oddział zwiadu lotniczego odmówił marynarce zdjęć konkretnych baz niemieckich jeszcze tego samego dnia poleciał wykonać te zdjęcia. Nazajutrz mógł pokazać je na kolejnym spotkaniu wprawiając w zachwyt admirałów, a we wściekłość lotników! Nikt nie lubi gdy wytyka się mu błędy.

W konsekwencji gdy już żołnierze zrozumieli wagę wywiadu lotniczego i właściwej interpretacji zdjęć jednostce Cottona zmieniono status z eksperymentalnej i włączono ją do regularnej służby, a jej twórcę wysłano do cywila. W ten sposób powstała kolejna wybitna postać skrzywdzona przez wojnę – armia nie chciała już jego usług uznając, że jest, jak by to powiedziano dzisiaj, zupełnie z nią nie kompatybilny. Jednocześnie jednak uznawała, że wie tyle i jest na tyle cenny iż nie wolno dopuścić by mógł wykorzystać go ktoś inny – nawet sojusznik. Cotton do końca wojny nie mógł już sobie znaleźć zajęcia.

Za to zapoczątkowane przez niego dzieło kwitło. W posiadłościach, najpierw w Wembley, potem w Medmenham (to miejsce zostało ikoną lotniczego szpiegostwa) powstał i był ciągle rozbudowywany potężny ośrodek wywiadu lotniczego i interpretacji zdjęć. Zespoły specjalistów pracowały nad odczytywaniem zdjęć i np. budowaniem map plastycznych i modeli najważniejszych obiektów. Pracowali zarówno dla lotnictwa (interpretując cele bombardowań a potem ich wyniki), dla marynarki (szukając niemieckich okrętów w ich portach i na morzach) jak i ostatecznie także dla armii (interpretując np. ruchy wojsk, budowanie umocnień przez przeciwnika i rozpoznając teren).

Przy odczytywaniu zdjęć pracowali zawodowi żołnierze ale przed wszystkim umundurowani cywile: profesorowie geolodzy, geografowie, archeolodzy czy inżynierowie. Tworzono bazy danych obiektów na terenie okupowanej Europy korzystając z przewodników, przedwojennych pocztówek i planów. Dla każdego z nich zakładano „teczkę”. Bo istnienie np. mostu to tylko część informacji, trzeba było potwierdzić jego nośność, szerokość, nawierzchnię, wysokość przęseł. To wszystko sprowadzało się do żmudnej pracy i milionów wykonanych zdjęć!

Pełna archiwa

Archiwum Fotografii powiększało się, w najważniejszym okresie wojny, o milion odbitek miesięcznie. Jego organizacja była tak doskonała, że mimo iż dziennie potrafiło spływać do 350 zamówień archiwiści byli dumni z tego, że potrafili znaleźć właściwe odbitki w kilka minut.

W celu przygotowywania kompletów odbitek z oryginalnych negatywów zainstalowano kopiarkę Williamson Multiprinter Kodaka, która potrafiła robić 1000 odbitek na godzinę! Pod koniec wojny w archiwum było około 7 mln. zdjęć z 80 tys. lotów bojowych.

Ale zanim zdjęcia trafiły do archiwum przechodziły przez ręce interpretatorów na trzech etapach. Po wylądowaniu samolotu natychmiast wyjmowano z niego aparaty i już na lotnisku robiony pierwszy przegląd zdjęć szukając bardzo konkretnych celów. Na tym etapie chodziło o to by jak najszybciej odczytać i przesłać do adresatów informacje pilne np. o najnowszym stanie obrony p.lot obiektu nad który zaraz wyruszą bombowce. Potem zdjęcia trafiały do Medmenham gdzie pochylała się nad nimi kolejna grupa specjalistów. Oni mieli za zadanie wyczytać z nich jak najwięcej zanim przekażą je wyspecjalizowanym wydziałom z których każdy szukał już konkretnych celów. Byli to specjaliści od infrastruktury drogowej i kolejowej, lotnictwa, fabryk, uzbrojenia itp.. Ten trzeci etap to specjalne badania w celu odnalezienia ważnych celów dla skatalogowania ich lub odkrycia nowych zagrożeń.

Kobiety rządzą

W ten sposób Constance Babington Smith, zajmująca się lotnictwem, została jedną z najważniejszych twarzy wywiadu lotniczego drugiej wojny światowej gdy w małym krzyżyku na zdjęciu rozpoznała najnowszą broń III Rzeszy – V-1, ostatecznie potwierdzając jej istnienie.  

Zresztą kobiety w zespole interpretacji fotografii lotniczej stanowiły znaczny procent. Co ciekawe i mało spotykane w armiach tej wojny, potrafiły dowodzić mężczyznami i być liderkami zespołów.

A'propos kobiet, jedną z nich była Sara Churchill, córka premiera, a z nią wiąże się anegdota pokazująca inną cechę w którą musieli uzbroić się pracownicy wywiadu lotniczego – absolutną dyskrecję. Na początku listopada 1942 roku Sara odwiedziła swojego ojca, który powiedział jej, że właśnie rozpoczyna się operacja Torch i 542 okręty z żołnierzami koalicji wylądują w Afryce. „543” - poprawiła go córka, dopiero wtedy wyjawiając, że od trzech miesięcy pracowała w zespole przygotowującym dane do operacji.

Dobra prasa

Jednym z zadań wywiadu lotniczego było sprawozdawanie wyników bombardowań wykonywanych przez RAF. Ponieważ skutki tychże, w wyniku mało celnych bombardowań, często nie były dobre, a więc i analizy nie mogły ich chwalić, lotnicy nie specjalnie lubili interpretatorów. Ale i na to znalazła się rada, a zrodziła się wskutek obserwacji lotników w kantynach, którzy podobnie jak współcześni ludzie, chętnie sięgali po prasę z obrazkami. Powstał periodyk „Evidence in Camera”, pismo zawierające najbardziej spektakularne, a możliwe do upublicznienia, zdjęcia lotnicze Niemiec i okupowanej Europy. Lotnicy je pokochali, a wizerunek zwiadu lotniczego został uratowany.

Samotni piloci

Oczywiście nawet najlepsi interpretatorzy nic by nie wskórali gdyby nie mieli zdjęć a tych dostarczali lotnicy - piloci jednych z najszybszych samolotów drugiej wojny światowej. Maksymalnie odciążonych, pozbawionych uzbrojenia i opancerzenia a za to wypakowanych paliwem. Przede wszystkim Spitfirów i Mosquito w najróżniejszych wersjach, później także amerykańskich P-38 Lightning. A latali wszędzie, nad  niemal całą Europą, w Afryce i nad Morzem Śródziemnym, na Dalekim Wschodzie. Do legendy przechodzili ci z nich, którzy potrafili dokonać rzeczy bohaterskich, gdy po raz drugi przelatywali na niskim pułapie nad celem, gdy wykonywali po kilka lotów dziennie, lub długie sięgające kilku tysięcy kilometrów loty, po drodze fotografując kilkanaście wybranych celów. Najczęściej samotnie. To właśnie jeden z nich, Peers Fane odkrył „Tirpitza” schowanego w norweskim fiordzie i na oparach paliwa wrócił swoim Spitfirem do bazy ze zdjęciami.

Część z nich spędziła miesiące w ZSRR, w okolicach Murmańska, stamtąd wykonując loty rozpoznawcze nad Norwegią. Towarzyszyła im oczywiście grupa interpretatorów pierwszej fazy.

Pomysłowi jak Dobromir

Interpretacja zdjęć lotniczych wymagała także nie lada pomysłowości. Jednym z najważniejszych przyrządów był stereoskop, proste urządzenie, które pozwalało na zobaczenie zdjęć w trójwymiarze. Oczywiście specjalnych zdjęć, dwóch zdjęć jednego obiektu zrobionych przez ten sam samolot aparatami pod różnym kątem. Dzięki specjalnemu urządzeniu można było dzięki temu osiągnąć efekt trzeciego wymiaru i zobaczyć o wiele więcej niż z płaskiego zdjęcia. Inżynierowie opracowali specjalne urządzenia pozwalające zmierzyć wysokość obiektów na podstawie cienia itp. Praca interpretatorów to dziesiątki patentów ułatwiających im pracę.

Wywiad lotniczy miał największe zasługi w przygotowaniu operacji Overlord. 

Wtedy to powstała przeważająca ilość zdjęć lotniczych, a pozwoliły one przygotować się nie tylko strategom ale także dowódcom niższego szczebla, którzy dostali pakiety fotografii odcinków, które musieli atakować.

Dzięki fotografiom dowódcy w D-Day mogli przygotować się na napotkanie konkretnych przeszkód i umocnień, a lotnictwo wiedziało dokładnie jakie cele powinno atakować by utrudnić Niemcom przemieszczanie posiłków.

Zespoły modelarzy wykonywały na podstawie zdjęć modele i mapy plastyczne. Wykonano 32 oryginały z który wykonywano odlewy gipsowe wysyłane do jednostek. Wykonano ogromne modele linii brzegowej (25 m2) – 63 oryginały i co najmniej trzy kopie każdego z nich.  To właśnie te modele zobaczyli żołnierze szykujący się do inwazji i na nich uczyli się co ich czeka.

Co ciekawe lotnicy zwiadowcy brali udział także  w akcji dezinformacyjnej i tworzeniu fikcyjnej armii duchów stacjonującej naprzeciwko Pas-de-Calais. Po przygotowaniu wszystkich atrap i modeli to samolot wywiadu lotniczego wykonał zdjęcia a interpretatorzy z  Medmenham wskazali co jeszcze trzeba poprawić nim pozwoli się zrobić zdjęcia Niemcom!

Już w czasie kampanii we Francji, Belgii, Holandii i Niemczech wojskom towarzyszyły mobilne zespoły interpretatorów, które na gorąco pomagały dowódcom w podejmowaniu kluczowych decyzji, dostarczając gotowych informacji wywiadowczych.

Historia wywiadu lotniczego to doprawdy fascynująca opowieść sięgająca do najważniejszych wydarzeń drugiej wojny do których przykładali swoje ręce „podniebni szpiedzy”. To historie wielu operacji specjalnych m.in. rajdu na Bruneval, zbombardowania zapór w Zagłębiu Ruhry, zbombardowania więzienia w Amies w celu uwolnienia więźniów. Poszukiwania stanowisk V-1 i V-2 oraz śledzenia postępów nad najnowszymi wynalazkami niemieckich uczonych. To także historia pojedynczych ludzi, takich jak Dirk Bogart, który był w czasie wojny interpretatorem zdjęć.

Niestety to także opowieść o tarciach pomiędzy armią i lotnictwem, o przepychankach kompetencyjnych i podgryzaniu się przez sojuszników gdy do walki włączyli się Amerykanie.

Dla tego wszystkiego warto przeczytać tę książkę.

I nie należy zniechęcać się niekompetencją i niechlujstwem tłumacza i kogoś kto śmie się nazywać redaktorem merytorycznym. Polskie tłumaczenie roi się od błędów, począwszy od przeniesienia części osiągów samolotów z mil na km bez przeliczenia przez co podane dane są o ok. 1,6 raza za niskie, po „jednosilnikowy B-17” (prawdopodobnie jedyny taki egzemplarz na świecie) i brytyjską „21. dywizję powietrzno-desantową”.

Mój apel do Wydawnictwa Rebis, które skądinąd bardzo sobie cenię. 

Należę do sporego grona wielbicieli historii i czytania o niej w książkach. Ośmielam się zadeklarować w naszym imieniu, że z przyjemnością przejrzymy każdą Waszą następną publikację by wyeliminować błędy, które kompromitują Was, a nas wkurzają, bo zmieniają opis historii. A to wstyd z którym musimy żyć wszyscy. Różni nas tylko to, że Wy za te błędy bierzecie pieniądze, które my płacimy.

W moim osobistym, 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z + (dlatego, że moja bujna wyobraźnie pozwala mi wyobrazić sobie ową publikację bez błędów wydawcy).  

środa, 5 lutego 2014

Kurierki, agentki i kobiety szpiedzy

Marek Łuszczyna  „Igły”, Dom Wydawniczy PWN, 2013 rok

To książka, którą czyta się świetnie. Filmowe opisy przygód kobiet uwikłanych w działalność wywiadowczą drugiej wojny światowej. Krótkie opowieści przenoszące nas z okupacji w Polsce do Anglii i z powrotem na kontynent, by wraz z kolejną bohaterką uciec przed Gestapo lub polec w nierównej walce.

Ostrzeżenie!
Filmowe, barwne opisy, z rozmowami bohaterów i oddaniem ich myśli mają jednak w wykonaniu autora jedną wadę. Jeśli należysz do tych, którzy cierpią okrutnie oglądając wojenne fabuły, spłaszczaną i interpretowaną na potrzeby scenariusza historię, to lepiej nie czytaj tej książki. Pan Marek Łuszczyna nie jest historykiem, jest dziennikarzem i choć wśród braci dziennikarskiej jest wielu utalentowanych i prawych poszukiwaczy historii, Pan Marek nie należy do nich. Zapewne dużo pracy kosztowało go poszukiwanie informacji o bohaterkach jego książki i chwała mu za to niezmierna, ale... Gdyby choć część tego czasu poświęcił na zgłębienie tła historycznego wydarzeń, które rozgrywały się wokoło jego bohaterek, to może nie popełnił by tylu historycznych błędów i przeinaczeń!

Przecież trudno się czyta tekst dotyczący historii mniej znanej, gdy znajdujesz w nim oczywisty błąd popełniony przez piszącego, a przy trzecim tego typu błędzie zaczynasz powątpiewać w wydarzenia, o których czytasz pierwszy raz! To naprawdę frustrujące, gdy musisz odłożyć ciekawą lekturę i sprawdzać fakty by być pewnym, że nikt cię nie nabiera.

Ale jeśli jej jeszcze nie czytaliście i potraficie przeczytać ją z przymrużeniem oka na historyczne „pomyłki” autora dotyczące tła akcji, to mogę Was zapewnić, że wszystkie bohaterki żyły naprawdę i najważniejsze opisane ich przeżycia są prawdziwe.

Bohaterki Marka Łuszczyny – Igły:

Halina Szwarc – szesnastoletnia dziewczyna, która z rozkazu ZWZ podpisuje volkslistę, kończy niemiecką szkołę i pracuje dla wywiadu i referatu N zajmującego się propagandą skierowaną do Niemców. Dzisiaj może wydawać się, że jej konspiracyjni przełożeni zbyt wiele wymagali od tak młodej dziewczyny.

Benita von Falkenhayn – z przyjemnością przeczytałem o tej Niemce zakochanej w polskim szpiegu rotmistrzu Sosnowskim. Opowieść ta potwierdziła historię z serialu „Pogranicze w ogniu”, choć w nim historia rotmistrza-szpiega, prowadzonego przez por. Adamskiego (doskonale grany przez Cezarego Pazurę), opowiedziana była nieco inaczej. Ciekawe jest, że tym razem polski oficer wychodzi na szuję, a jego niemiecka przyjaciółka na bohaterkę.

Halina Szymańska – jeden z najmniej znanych epizodów drugiej wojny światowej. Mówi się o tym, że hitlerowskie Niemcy nie miały szans na zwycięstwo, bo nawet ich największy szpieg, szef wywiadu Abwery – admirał Canaris, pracował dla Anglików. I tak było rzeczywiście, a skrzynką kontaktową Canarisa była właśnie Maria Szymańska, ewakuowana przez niego z Poznania do Berna (Szwajcaria).

Klementyna Mańkowska – pracowała dla „Muszkieterów”, alternatywnej wobec ZWZ (AK), pracującej na rzecz Brytoli,  organizacji wywiadowczej. Wg mnie jest ona jedną z najciekawszych postaci z tej książki. Prowadziła działania w Polsce i we Francji, dała się, za zgodą „Muszkieterów”, zwerbować Abwerze i przez Niemców była przerzucona do Anglii. Ale ta opowieść to także opis „polskiego piekła”, które dotknęło „Muszkieterów”.

Anna Louise „Lone” Mogensen – Dunka urodzona w Polsce. Opowieść z romantycznym i tragicznym finałem pokazująca jednocześnie, że nie tylko w Polsce toczono walkę podziemną z Niemcami, a Dania była niemal równie dobrym terenem dla szpiegów jak północna Francja. Przyznam się - zupełnie nieznany mi epizod drugiej wojny światowej. Nie znalazłem żadnego potwierdzenia na opisany przez autora udział „Lone” w lądowaniu w Normandii (bzdura?).

Elżbieta Zawadzka „Zo”, generał – z całą pewnością kobieta najbardziej ze wszystkich bohaterek „Igieł” znana. Jedyna cichociemna, kurierka Armii Krajowej, a przede wszystkim kobieta-żołnierz i feministka, która chciała, by kobiety traktować w wojsku na równi z mężczyznami.

Władysława Macieszyna -  kobieta szpieg i kurier od czasów pierwszej wojny światowej. Kurierka Pierwszej Brygady, znana i ceniona przez Józefa Piłsudskiego. Macieszyna była też senatorem w II RP. W czasie wojny najpierw w kobiecym oddziale „Dysk”.

Dygresja osobista.
Człowiek uczy się przez całe życie I nawet czytając tak pophistoryczną książkę może dowiedzieć się czegoś nowego. „Dysk” był oddziałem kobiecym, dywersyjno-sabotażowym, wykonującym również wyroki śmierci na kolaborantach, co w warunkach drugiej wojny było niezwykłe, nawet w konspiracji. Ale istniał i działał, więc pozwolę sobie przeprosić koleżanki i kolegów z GRH Borujsko, z którymi spierałem się o to, że nie jest możliwe by, składająca się z przedwojennych oficerów AK dopuszczała kobiety do wykonywania egzekucji. Wydawało mi się to zupełnie niezgodne z tradycjami wojska II RP.
Po dygresji.

Później zostaje kurierką przewożącą materiały wywiadowcze z Wiednia do Warszawy, w czasie ostatniej wyprawy wpada, ale zdąży jeszcze... No przeczytajcie sobie.

Malwina Gertler, Manci Howard, Lady Howard of Effingham – Węgierska Żydówka z polskim paszportem i brytyjska arystokratka. Postać ciekawa, ale chyba niespecjalnie godna znalezienia się w zacnym gronie antyhitlerowskim. Tym bardziej, że nawet oskarżenia w stosunku do niej nigdy nie zostały potwierdzone, a Anglicy internowali ją w czasie wojny raczej na podstawie podejrzanego zachowania niż dowodów. Związana z handlarzem bronią, na którym ciążyły również podejrzenia o szpiegostwo na rzecz Niemiec. Historia godna romansu szpiegowskiego.

Maria Sapieżyna – pracuje dla wywiadu polskiego we Francji przede wszystkim jako kurierka pomiędzy okupowaną Francją i Vichy, później poznaje włoskiego dygnitarza i wyjeżdża z misją do Rzymu. Ma audiencję u papieża Piusa XII, który nie robi na niej dobrego wrażenia. Aresztowana i więziona, najpierw we Włoszech, potem w Niemczech. Po wojnie okazuje się, że ów włoski dygnitarz chciał ją wykorzystać do nawiązania rozmów z Brytyjczykami.

Krystyna Skarbek -  mój ulubiony kobiecy szpieg. I nie tylko mój – podobno Ian Fleming oparł na jej osobowości postać Vesper Lynd z „Casino Royale”, a wcześniej romansował z nią. Autor robi jej krzywdę skupiając się głównie na tym wątku jej biografii oraz na szczegółach jej tragicznej śmierci. Każda śmierć szpiega rodzi pytania, ale nie uprawniają one do snucia absurdalnych historii. Ten rozdział możecie sobie odpuścić i przeczytać raczej którąś z książek poświęconych Krystynie Skarbek.    

Marek Łuszczyna ma niedobrą tendencję do przeceniania dorobku swoich bohaterek i ich wpływu na losy wojny. Oczywiście wszystkie były ciekawymi i bohaterskimi kobietami (no, prawie wszystkie), ale rzadko się zdarza, by pojedynczy człowiek mógł wpłynąć znacząco na losy wojny lub rozstrzygnięcie bitwy. Autor „Igieł”, by podnieść wartość swoich heroin, przypisuje im efekty ich czynów, na które pracowały dziesiątki innych ludzi. To źle, zwłaszcza że może mieć podłoże w celowym uatrakcyjnianiu publikacji.

Mimo to i jeszcze raz - książkę stanowczo warto przeczytać, bo pokazuje sylwetki kobiet, o których próżno szukać informacji w szerokim tego słowa znaczeniu (choć każda z nich ma np. swoją notkę w Wikipedii). Uprawiały one trudny i niewdzięczny wojenny fach i stawały się jego ofiarami. Dzisiaj łatwiej nam o nich zapomnieć niż o żołnierzach ze sławnych bitew, ale pamięć o ich życiu należy się  im w stopniu nie mniejszym.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: -4 (ocena obniżona za błędy historyczne).






         

środa, 29 stycznia 2014

Opowieść o emocjach

Kevin Ivison „Saper”, SIW Znak, 2013 rok

To opowieść o życiu żołnierza, który wiedziony impulsem i podziwem dla zespołów saperskich wybrał, jak się wydaje, jedną z najtrudniejszych karier w wojsku brytyjskim. Drogę, która w konsekwencji doprowadziła go do końca kariery i napisania tej książki.

Powód napisania książki najbardziej oddaje jej oryginalny tytuł: „Red One. A bomb disposal expert on the front line” („Czerwona Jedynka. Saper na linii frontu”; tłumaczenie moje autorskie, oddające ducha), gdyż cała książka kręci się wokół akcji w Iraku, na odcinku drogi zwanym Czerwoną Jedynką.

Cała historia autora, jego trafienie do wojska, wybór specjalizacji, wcześniejsza służba i doświadczenia na innych frontach są tylko drogą do Czerwonej Jedynki. To, o czym pisze później, jest jej konsekwencją, tak jak samo jej napisanie.

Kevin Ivison nie był zwykłym saperem. Od momentu, w którym poznał w czasie służby w Północnej Irlandii żołnierzy z zespołu rozbrajania min pułapek, sam chciał zostać kimś takim. I konsekwentnie tak kierował swoją wojskową karierą, przez wiele kursów specjalistycznych, które zaliczało niewielu z kursantów. Ostatecznie autor stał się ekspertem od rozbrajania IED (Improvised explosive device, Improwizowane ładunki wybuchowe), najgroźniejszej broni używanej przez rebeliantów Irackich i Afgańskich przeciwko wojskom koalicji. Z opowieści wynika, że jest to rodzaj takiego super sapera, który działa w pojedynkę, ale jest otoczony całym kordonem pomocników i zespołów ochrony.

Nie zdradzę jakoś specjalnie żadnej tajemnicy i nie popsuję przyjemności czytania, gdy przedstawię, jak ważny w swojej pracy jest taki ekspert. On sam przedstawia jedną ze swoich akcji niemal w pierwszych akapitach książki. Po pierwsze, idąc do wykrytej bomby IED dysponuje własnym zespołem, zakłócaniem elektronicznym, robotami, podoficerami rozpoznania. Drugim kordonem jest oddział, który zabezpiecza otoczenie pod kątem kolejnych ładunków. Kolejny oddział zabezpiecza perymetr przed dostępem ludności cywilnej i wypatruje ew. obserwatorów zamachowców. Uzupełniają ich czołgi i wozy pancerne tworzące zarówno osłonę jak i punkty dalekiej obserwacji. Nad całą sceną krążą śmigłowce bojowe, a nad nimi samolot szturmowy Tornado, które mają za zadanie rozpoznanie i skuteczny atak w razie jakiejkolwiek aktywności rebeliantów. I to wszystko dla jednego sapera idącego rozbroić jeden ładunek podłożony pod drogą!

Bo ekspert od rozbrajania IED to żołnierz-specjalista niesłychanie cenny. Jego doświadczenie, w wypadku Brytoli zdobywane także w Irlandii, czyni go kimś niezbędnym na wojnie, którą siły regularnego wojska toczą ze źle uzbrojoną partyzantką, dla której podstępne uderzenie jest jednym z niewielu możliwych sposobów walki. W ten sposób każdy wyjazd patrolu czy konwoju zaopatrzeniowego jest zagrożony przez atak przy pomocy IED. A rozbraja je i uczy jak wykrywać takie zagrożenie właśnie Bomb disposal ekspert i jego zespół.

Największą sprawą Kevina była bomba na odcinku drogi Czerwona Jedynka, gdy jeden z ładunków eksplodował niszcząc pojazdy konwoju i zabijając żołnierzy, a natychmiast odkryto drugi, który, jak się wydawało, czekał na akcję ratunkową.

Teraz najważniejszym graczem stał się on i jego zespół. Niestety, jak się okazało, ani armie świata nie różnią się od siebie, ani waga pracy na wysuniętej placówce i w skrajnym zagrożeniu, ani cenność Kevina i jego zespołu nie okazały się takie ważne. Wskutek błędów dowództwa i kwatermistrzostwa w kluczowym momencie zawiodły, z zupełnie banalnych powodów, środki techniczne i na polu walki został człowiek i bomba.

I to na prawdziwym polu walki, bo tym razem nie było pełnej osłony, czołgów i samolotów, był za to agresywny tłum cywilów i padające z ukrycia strzały, trupy przyjaciół w zniszczonych pojazdach i presja czasu.

Nie zdradzę zbyt wiele gdy napiszę, że skończyło się dobrze, choć nie do końca. Dla Kevina Ivisona była to misja, która, jak sam to napisał, zużyła wszystkie jego pokłady odwagi. Żeby to zrozumieć trzeba przeczytać to, co sam napisał (sam, bo książka nie wygląda na napisaną przez ghostwritera). O emocjach, które odczuwał, o swoim strachu i o tym, jak przełamywał go, by zmusić się do działania.

„Czerwona Jedynka” była jedną z ostatnich akcji autora w Iraku. Na szczęście kończyła się jego zmiana i mógł wrócić do spokojnej służby garnizonowej. I tu zaczyna się najbardziej tragiczna część opowieści. Tytułowy saper-ekspert po przeżyciach wojennych nie może się znaleźć w normalnym życiu. Dręczą go koszmary i wspomnienia, a system nie potrafi mu pomóc. Lekarze i wojskowi psycholodzy nie zauważają jego problemu każąc czekać „aż samo przejdzie”. I to wszystko w armii, która ma ogromne negatywne doświadczenia z żołnierzami, którzy byli poddawani stresowi bojowemu. Po wojnie o Falklandy więcej brytyjskich żołnierzy popełniło samobójstwo niż zginęło w czasie samych działań bojowych!

Autor opisuje jak skuteczną pomoc znalazł dopiero po opuszczeniu wojska, dopiero cztery lata po swojej najważniejszej akcji, już jako weteran. Jednym z elementów terapii stało się napisanie książki.

Tej właśnie, która stała się opowieścią o saperze-specjaliście, o wojnie w Iraku, bezdusznym i głupim systemie, w którym żołnierze dokonują bohaterskich czynów, bo ich dowódcy zaniedbują swoje obowiązki. Dla mnie symbolem tej opowieści stał się przewód za 10 funtów. Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, przeczytajcie „Sapera”.

Coś dla tych, którzy uważnie obejrzeli okładkę książki.
Pisanie listów do różnych instytucji i firm zawsze uważałem za stratę czasu, bo jeszcze chyba nie dożyliśmy czasów, gdy głos pojedynczego obywatela czy konsumenta wart będzie dla nich choć napisania odpowiedzi. Są jednak takie chwile, że ciekawość i jakiś rodzaj wzburzenia powodują, że zwalczam swoją niechęć:

„(...) Z dużą ciekawością nabyłem wydaną przez Wasze wydawnictwo książkę Kevina Ivisona “Saper” To niezwykła książka i serdecznie gratuluję jej wyboru.

Mam jednak pytanie. Cała książka poświęcona jest brytyjskiemu saperowi, który pełnił służbę w brytyjskiej armii, wśród brytyjskich żołnierzy. W swoich wspomnieniach przez niemal wszystkie przypadki odmienia brytyjskich żołnierzy.

To dlaczego na okładce znajduje się amerykański saper? I żeby nie było mowy o pomyłce w opisie okładki jest odwołanie do praw autorskich U.S. Army?

Gdy rozmawialiśmy na ten temat z kolegami ze stowarzyszenia wpadliśmy na dwie hipotezy.
Może Wasza graficzka, Magdalena Zawadzka, nie powinna robić takich rzeczy, bo się nie zna, a z nieznanych powodów nie poprosiła o konsultację? Może to wina wydawnictwa, które zleciło wykonanie okładki nie dając Pani Magdalenie Zawadzkiej żadnej informacji o książce?

Padł też domysł bardziej cyniczny. Jeden z naszych kolegów dopatruje się w tej okładce chwytu marketingowego, po prostu opowieści o amerykańskich żołnierzach mogą sprzedawać się lepiej, a więc takie drobne oszustwo może zwiększyć sprzedaż. Ja osobiście nie chcę w to wierzyć.

Będę wdzięczny za wyjaśnienie tej sprawy, bo chciałbym moim czytelnikom wyjaśnić stanowisko wydawnictwa”.

Oczywiście odpowiedź, mimo że powołałem się na Wasz autorytet, nie nadeszła...

Mimo to -
W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5+