Cytat jakiś ciekawy

“Jeden z naszych czołgów oberwał porządnie z panzerfausta. Wyskakuje z niego załoga. Przywarłą do ziemi bo niemcy leją z moździerzy i broni maszynowej. Dowódca, który był na wstępie przedstawiony, jako człowiek zawsze uśmiechnięty i różowy, a poza tym wielki myśliwy polujący na Tygrysy i Pantery, został zmuszony do rozstania się ze swoim czołgiem. Mało tego, w momencie wyskakiwania z czołga, został raniony odłamkiem z moździerza”.


Antoni Położyński, Stanisław Krasicki „Na froncie zachodnim 1944”

Wojenne historie

Wojenne historie

wtorek, 14 stycznia 2020

Pancerni porucznicy w rozpoznaniu

Antoni Położyński, Stanisław Krasicki „Na froncie zachodnim 1944”, wydane nakładem autorów, Londyn 1947 rok.

Tych 76 lat temu trudno było o wojenne relacje na żywo. Żyjącym w dzisiejszych czasach informacji natychmiastowej i z wielu źródeł może wydawać się to dziwne. Jednak my, czytający wojenne historie często spieramy się o to, które z tych spisanych przez bezpośrednich uczestników są bardziej wartościowe. Te napisane bezpośrednio po wydarzeniach, pełne emocji i żywych jeszcze wspomnień, czy te spisane później za to mające możliwość oprzeć się m.in. o dokumenty historyczne. Jedne i drugie mają swoje wady oraz niewątpliwe zalety.

Do kategorii tych pierwszych wspomnień, tych spisanych niemal na żywo należy “Na froncie zachodnim 1944”, która pokazuje walki polskiej 1. Dywizji Pancernej od lądowania w Normandii do walk w Holandii. To bez wątpienia ciekawa lektura ale trudno w niej szukać dokładnych opisów bitew pancernych. Spisana jest bowiem przez dowódców plutonu pancernego jednego ze szwadronów 10. Pułku Strzelców Konnych - jednostki rozpoznania dywizji generała Maczka.
Oczywiście w związku z tym perspektywa relacji jest dość wąska, sięga maksymalnie działań samego pułku i ew. wspieranych przez niego oddziałów, czy raczej (bo tak było częściej) oddziałów, które pułk zwiadu wspierały.

Dygresja.

Chciałem o tym napisać na koniec ale trochę szkoda wdzięcznego tematu bo może ktoś nie doczyta do końca. Książka i jej język pokazują jak ciekawie ewoluuje język polski. Bardzo często autorzy o swoim pojeździe piszą w dopełniaczu i tam gdzie my napisalibyśmy “czołgu”, oni piszą “czołga”. I tak jest np. “załoga czołga”, niby nic nadzwyczajnego ale przyzwyczaić się trzeba. Tak jak do snipera zamiast snajpera, czy specyficznych nazw trunków.

Trunki.

Wracajmy do tematu. Wąska perspektywa narracji ma swoje plusy. Dowódca plutonu był nie tylko dowódcą pododdziału ale także dowodził własnym czołgiem. Z opowieścią schodzimy więc do najniższego szczebla - jego załogi. Dowiadujemy się co pili i jedli w boju i na postojach, czego warto było szukać w normandzkich piwniczkach i kiedy jakość zdobywanych trunków gwałtownie się pogorszyła.

Dole i niedole żołnierza.

Dowiadujemy się jak odpoczywały i pracowały załogi czołgów. Jednak oczywiście ich najważniejsza pracą była walka a 10. pułk posyłany był w pierwszej linii, aby rozpoznać siły i umocnienia nieprzyjaciela, związać go walką, przełamać, zdobyć mosty, szukać przepraw. W zasadzie cały czas w ruchu i w zagrożeniu.

I tak towarzyszymy plutonowi Cromwelli od pierwszych walk w Normandii, w bitwie o Chambois, która była wielkim i ważnym tryumfem polskich pancerniaków, przez pościg za niemieckimi wojskami przez Francję, aż do wyzwalania Belgii i później pełnej trudnych dróg i licznych kanałów i rzek Holandii.

Niemal na żywo przeżywamy straty, czasem trudne bo osobiste i wielkie. Całe szczęście 10. Pułk Strzelców Konnych w większości odnosił sukcesy i te także są udziałem naszych bohaterów.

No właśnie - bohaterów. Książka pisana jest jak wspomnienia w pierwszej osobie, autorzy nie tłumaczą owego fenomenu podwójnego autorstwa ale wystarczy przeczytać biogram porucznika Położyńskiego by zrozumieć, że nie mógł on uczestniczyć w całej tak barwnie opisywanej kampanii. Został bowiem ranny w czasie walk w Belgii. Podejrzewam więc, że dalszą część wspomnień pisał już porucznik Krasicki. Wydaje się, że w książce można znaleźć opisany moment ranienia pierwszego z autorów.

Zgodnie z tym czego można oczekiwać w książce jest dużo anegdot. Axel, Holandia, teren niesprzyjający działaniu czołgów, wąskie, odsłonięte drogi na wałach, podmokły teren poprzecinany kanałami i do tego Niemcy doskonale przygotowani do obrony. I atak zdaje się bez precedensu. Pancerniacy zdając sobie sprawę z doskonałego przygotowania niemieckiego potrafią z precyzją przewidzieć położenie wrogich punktów oporu. Atakują mimo, a może raczej wykorzystując, mgły. Walą ze swoich dział i karabinów na ślepo poprzez tuman w miejsca w których spodziewają się punktów oporu i… wygrywają bez strat. Zaskoczenie jest kompletne!

Wszyscy, którzy choć pobieżnie zapoznali się z historią działań 1. Dywizji Pancernej znają historię ze zdobyciem kutra patrolowego. Tutaj jest jej poświęcony cały rozdział i można ją prześledzić ze szczegółami bitwy pancerniaków z flotą niemiecką (trochę przesadzam ale tylko trochę).

Są także momenty nostalgii i smutku. Żołnierze generała Maczka byli w pełni świadomi, że gdy oni wyzwalają Francję, Belgię i Holandię do ich kraju, zwyciężając jednego z wrogów wkracza drugi - Armia Czerwona. I że niesie ona ze sobą ustrój, który część z nich zdążyła poznać na własnej skórze, inni zaś znali doskonale z niedalekiej przecież historii. Nie było to dla nich łatwe.

Książka jest lekturą obowiązkową dla miłośników polskiej broni pancernej, PSZ na Zachodzie i wszelkich wojennych historii. Może nie jest do końca materiałem historycznym ale z pewnością dzięki ładunkowi szczegółu i emocji pozwoli lepiej zrozumieć wojenną historię. Książka dostępna jest na allegro.pl w więcej niż przyzwoitych cenach.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z + oczywiście za historię niemal na żywo.

Zubek

Ps. Swój egzemplarz dostałem pod choinkę. Dziękuję św. Mikołajom: Marcinowi, Agnieszce i Wiktorii.
z.