Cytat jakiś ciekawy

Drugi plan zbombardowania Pearl Harbor został obmyślony i wykonany przez admirała Franka A. Schofielda, który w 1932 roku opracował doroczne ćwiczenia Problem Floty XIV. Zgodnie z jego założeniami lotniskowce miały podejść niepostrzeżenie do Hawajów i zaatakować Pearl Harbor. Ku zaskoczeniu większości oficerów marynarki lotniskowce („Saratoga” i „Lexington”) odniosły całkowity sukces. Ich samoloty spadły na Pearl Harbor w niedzielę rano i zatopiły Flotę Pacyfiku.”

Thomas P. Lowry, John W.G. Wellham, „Atak na Tarent. Preludium do Pearl Harbor”


Wojenne historie

Wojenne historie

sobota, 24 grudnia 2011

Brytyjska Służba Bezpieczeństwa - początki


Nigel West „MI-5 Operacje brytyjskiej służby bezpieczeństwa 1909-1945”. Dom Wydawniczy Bellona, 1999 rok.

Ta ciekawa książka trafiła do moich rąk zupełnie przypadkowo. Od czasu zaglądam do kilku szczecińskich antykwariatów w celu ewentualnego wyłowienia za nieduże pieniądze różnych wojennych historii. I tu stoi na półce – twarda okładka, nieco sponiewierane wnętrze (gdzieś dostała wilgoci w swoim życiu) i ten herb... taki trochę kicz. No ale tytuł zaciekawił mnie na tyle, a i cena atrakcyjna, że wziąłem i przeczytałem.

Im dłużej czytałem tym bardziej otwierały mi się oczy. Ten brytyjski kontrwywiad, o którym tyle jest słychać, i który spowodował, że Niemcy do ostatniej chwili myśleli, że alianci wylądują w Pas-de-Calais, a wcześniej np. zmylił ich w czasie przygotowywania lądowania na Sycylię i miał wiele innych spektakularnych sukcesów, musiał ściśle współpracować z policją... bo nie mógł, zgodnie z prawem, sam dokonywać aresztowań.

Ale siłą tej pozycji nie jest pokazanie służby bezpieczeństwa w akcji (choć to także), ale obnażenie jej organizacji. Oczywiście dla nas ujawnienie nazwisk szefów MI-5 i poszczególnych jej wydziałów nie jest pewnie tak atrakcyjne jak dla Brytoli, ale skala szczegółowości pokazania struktury jednej z najważniejszych służb specjalnych świata robi wrażenie. A pierwsze dokumenty dotyczące działalności kontrwywiadu przekazano do archiwów publicznych dopiero w 1998 roku – West swoja książkę napisał w 1981 roku!

Nam służba bezpieczeństwa kojarzy się bardzo nieprzyjemnie (no nie wszystkim, niektórzy mają szczęście mieć na tyle mało lat, że nie pamiętają SB, UB i innych utrwalaczy władzy ludowej), ale dla Anglików Security Service to zgodnie z ich hasłem na godle Regnum Defende (broń królestwa). W każdym razie epizod współpracy z MI-5 raczej nobilituje niż kompromituje.

Brytyjska SB (że tak sobie zażartuję ;-) ) miała w swojej historii bardzo dużo pracy. Zjednoczone królestwo miało wielu wrogów zewnętrznych na całym świecie (w końcu nad nim właśnie nie zachodziło słońce), a także wielu wrogów wewnętrznych. Zaraz po pierwszej wojnie światowej musieli zająć się niebezpieczeństwem bolszewizmu („lud pracujący” podnosił głowę w Europie dopingowany przez Kraj Rad), problemami z Irlandią itd.

Najciekawsza jest oczywiście część poświęcona historii MI-5 w czasie drugiej wojny światowej.

Ciekawe jest to, że w czasie całej wojny w Wielkiej Brytanii wykonano 16 wyroków śmierci za szpiegostwo! Tylko 16 i wszystkie te przypadki omówione są w książce! Wg mnie, jak na sześć lat wojny, miliony jej ofiar, aktywność działania wszystkich wywiadów to niezwykle mało. Moje zdziwienie jest jednak sztuczne, bo kogoś kto przeczytał „MI-5...” nie powinno to dziwić. Autor bardzo szczegółowo opisał dość prosty system zabezpieczenia się Brytyjczyków przed szpiegostwem, profilaktykę licznych internowań, kategorii obcokrajowców, stref bezpieczeństwa. Uruchomiony na początku wojny i wzmacniany wraz z eskalacją niebezpieczeństwa grożącego wyspie pozwolił już na początku wyeliminować grupę potencjalnie groźnych mieszkańców.

Brytyjczycy byli także mistrzami w „odwracaniu” szpiegów. Złapanych „po cichu” przekonywano do współpracy i przez nich przekazywano do Niemiec fałszywe informacje. Najbardziej ciekawe jest to, że bardzo często Niemcy wykorzystywali jako potencjalnych szpiegów „zdrajców” z krajów okupowanych, których przerzucano do Anglii jako uciekinierów lub emigrantów. Zdarzało się, że owi, zaraz po wylądowaniu na wyspie, meldowali się w MI-5 i dalej działali już „odwróceni”. Pewien przypadek był nawet zabawny - jeden z tych agentów, nie mogąc zdobyć radionadajnika do kontaktu z Abwehrą, został przez nią skierowany do innego, również sterowanego przez MI-5 agenta.

Książka dość dobrze opisuje poszczególne siatki „krajowe” nazywane od miejsca pochodzenia szpiegów. Była nawet siatka „polska”, której pierwszym agentem był polski pilot zestrzelony nad Francją, który po ucieczce i przeprawie do Anglii przyznał się sam, że podjął się współpracy z niemieckim wywiadem. Inny Polak, który kierował siatką ruchu oporu w Paryżu, aresztowany i potem przerzucony do Anglii, za swoje zasługi dla Brytyjczyków został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego!

Dzięki takiemu działaniu brytyjskie służby mogły skutecznie mylić swoich wrogów zewnętrznych i skutecznie przeciwdziałać poczynaniom tych wewnętrznych, choć nie obyło się bez mniejszych i większych potknięć.

O największych dowiedziano się dopiero po wojnie gdy przeglądnięto archiwa niemieckie. W roku 1940, a więc w roku najbardziej niebezpiecznym dla Wielkiej Brytanii, Niemcy dysponowali ogromną wiedzą o brytyjskim systemie obronnym, strukturze organizacyjnej wojska i służb mundurowych, a nawet znali adresy biur służb specjalnych! W dużej części zawdzięczali to porwaniu z Holandii dwóch oficerów brytyjskiego wywiadu.

Inna historia już ma większe znaczenie dla współczesnego nam świata. Podczas gdy w czasie wojny brytyjskie służby bezpieczeństwa koncentrowały się na walce z wrogiem wspólnym z ZSRR, służby radzieckie nie traciły z oczu celu nadrzędnego – daniu całemu światu jedynego słusznego dobrobytu. Ponieważ historia opowiadana przez autora zamyka się w roku 1945, wspomina on o tym tylko przy okazji wymieniania pewnych nazwisk, ale faktem jest, że po wojnie sowieci umieścili w wysokich strukturach brytyjskich kilku doskonałych agentów.

Trochę kiepsko kończę tę wojenną historię, ale uwierzcie mi, że z tej książki dowiecie się o bardzo wielu sukcesach brytyjskiej służby bezpieczeństwa, które potwierdzą jej doskonałą opinię. Ja niecierpliwie szukam, również wydanej przez Bellonę, książki Westa o wywiadzie MI-6.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – 5.

wtorek, 15 listopada 2011

Nasza historia z V-1 i V-2

Michał Wojewódzki „Akcja V-1, V-2”, Instytut Wydawniczy PAX, 1975 rok.
To książka ciekawa z kilku względów. Po pierwsze opowiada historię niezwykłą i mimo pozorów mało znaną. Po drugie to posiadane przeze mnie trzecie wydanie pochodzi z roku 1975, czyli jeszcze głębokiej komuny, a tymczasem książka opowiada o dokonaniach Armii Krajowej, w ogóle nie wspominając o udziale w tym sukcesie komunistów z np. AL. To kolejna pozycja wskazująca, że owa komuna nie mogła tak do końca odciąć się od prawdziwej historii. Trzecią mocną stroną książki jest dziennikarski obiektywizm autora. We współczesnej Polsce, w tworzonej na nowo polityce historycznej, niemile widziane jest podważanie „legendarnych” osiągnięć naszych kombatantów. Michał Wojewódzki, podpierając się seriami wypowiedzi uczestników i świadków wydarzeń, pokazuje fakty i ogranicza wyciąganie wniosków w sytuacjach wątpliwych.

Niemcom po pierwszej wojnie światowej nie wolno było rozbudowywać artylerii, w związku z tym życzliwie patrzyli na próby swoich naukowców badających rakiety. Później ta życzliwość zamieniła się w realne wsparcie. Perspektywa stworzenia nowego rodzaju broni dla dążących do wojny nazistów była bezcenna, a ogromna ambicja Wernhera von Brauna była dodatkowym motorem, dopalaczem jej rozwoju.

Jedno jednak budzi moje wątpliwości - autor bardzo obszernie podpiera się cytatami z książki Juliusa Madera (publicysty wschodnioniemieckiego) „Geheimnis von Huntsville : Die wahre Karriere des Raketenbarons Wernher von Braun”, Berlin 1963. W ten sposób dzięki obu autorom możemy prześledzić historię nie tylko powstawania niemieckiej broni rakietowej, ale także, dość szczegółowo, sposób w jaki von Braun budował swój zespół, eliminując konkurencję i przejmując jej osiągnięcia. Na ile wiarygodne są ustalenia niemieckiego pisarza pozostaje kwestią otwartą. Zdecydowanie trzeba jednak przyznać, że niemieckie badania nad rakietami nie miały nic wspólnego ze zdobywaniem kosmosu (przynajmniej od czasu gdy przejęli je hitlerowcy).

Niemniej jednak przykład budowy Peenemunde jako jednego ośrodka projektującego i budującego prototypy latających bomb i rakiet, gdzie zespoły podległe dwóm rodzajom wojsk (V-1 Luftwaffe i V-2 armii lądowej) pracowały razem, korzystając z jednej bazy, pokazuje, nawet nam współczesnym, jak ważna i efektywna jest współpraca.

Ośrodek Peenemunde niemal od samego początku stał się przedmiotem badań polskiego wywiadu. Niestety wywiad AK miał dojścia tylko do zewnętrznych stref i mimo że sprawę traktowano bardzo poważnie szykując specjalne zestawy szczegółowych pytań i zadań dla agentów (zazwyczaj prostych ludzi bez technicznego wykształcenia), to nadal dysponowano tylko ogólnym zarysem działań w ośrodku. Posunięto się dalej - jeden z wywiadowców AK dobrowolnie zgłosił się na roboty do Niemiec (mógł wtedy wybrać miejsce pracy) i dowoził furmanką zaopatrzenie do bazy (ale też tylko do pierwszych posterunków zewnętrznej strefy).

Tak naprawdę bardzo długo Brytyjczycy nie wierzyli w możliwość budowania rakiet mogących dosięgnąć ich wyspy. Niektórym w Anglii wydawało się, że Peenemunde i domniemany niemiecki przemysł rakietowy to tylko niemiecka mistyfikacja. Dużą rolę w odkryciu prawdy mieli pewni Niemcy, a w zasadzie Austriacy, no trochę też Polacy ;-). Tu muszę zepsuć niespodziankę przyszłym czytelnikom. Przed wojną w Bydgoszczy mieszkał z pochodzenia Austriak, po wrześniu 1939 roku wprawdzie przyjął obywatelstwo niemieckie ale rozpoczął pracę z Armią Krajową. Jego syn, powołany do Wehrmachtu, został wraz ze swoją jednostką przeniesiony na Uznam w pobliże ośrodka! Młody Polak/Austriak/Niemiec potwierdził wszystkie informacje, których wywiad domyślał się wcześniej.

Informacje od wywiadu polskiego skonfrontowane z tymi z innych źródeł brytyjskich (także doskonałe czytanie zdjęć lotniczych) doprowadziły do nalotu na Peenemunde. Z całą pewnością opóźniło to uruchomienie produkcji broni V i ich użycie. Może nawet wpłynęło na losy wojny? Co by było gdyby Hitler i jego kompania dysponowali bombami V-1 jeszcze przed inwazją w Normandii? Jak na wojska zgromadzone przez całe tygodnie w Normandii wpłynęłyby bombardowania rakietami V-2?

Po przeniesieniu badań do centralnej Polski Armia Krajowa zaczęła działać w dwóch kierunkach. Osobno starano się dotrzeć do ośrodka (Pustków-Blizna) i zinfiltrować jego otoczenie, a swoją drogą starali się pozyskać części od rakiet, które spadały m.in. w okolicach Sarnak (na wschód od Sokołowa Podlaskiego). To tu udało się osiągnąć sukces i ukryć przed niemieckim zespołem poszukiwawczym całą rakietę V-2.

Operacja ukrycia, zabezpieczenia i transportowania zdobytych części V-2 oraz późniejszy „Most 3”, którym przerzucono części V-2 z Polski, opisana jest aż do znudzenia. Wydaje się, że autor dotarł do wszystkich żyjących świadków wydarzeń i zebrał od nich relacje. Super i to mu się chwali, ale dlaczego nie zrobił wyboru, nie zrelacjonował części na ich podstawie, a tylko najciekawsze udostępnił? Oczywiście może lepiej by się to czytało, ale w ten sposób (czasem nieco nużący przez powtarzanie tych samych wydarzeń przez kolejnych świadków) mamy czysty materiał, z którego sami możemy wyczytać historię. Autor np. przyznaje, że nie dotarł do żadnego z żołnierzy AK, który widziałby ową legendarną zdobytą przez AK rakietę V-2. Uczciwe przyznaje, że prawdopodobieństwo tego, żeby była to cała nierozbita rakieta jest niewielkie. Jako przykład podaje V-2, która rozbiła się w Szwecji, a którą udało się przechwycić służbom brytyjskim. Co ciekawe Polacy mieli pecha - owa „szwedzka” rakieta trafiła do Wielkiej Brytanii niemal tuż przed zdobyciem rakiety „polskiej”, co obniżyło znacznie rangę naszej zdobyczy.

Wracając do rakiety, lub jej części zdobytej przez AK, takie postawienie sprawy przez Michała Wiśniewskiego nie daje prostej odpowiedzi i pozostawia zagadkę do rozwiązania – jaki był stan rakiety zdobytej przez AK? Dla wojennej historii nie jest to takie istotne, dla Brytoli i tak najważniejsze były części urządzenia radiowego, a i tak do samolotu nie można było zapakować ich więcej niż 50 kg .

Dokładnie poznajemy za to skomplikowaną i czasem bardzo pomysłową drogę owych części przez Polskę, trzeba było je przecież bezpiecznie przewieźć i ukryć. Kolejną mniej znaną historią jest epizod z częściami już po przylocie do Włoch. Oficer, który jej konwojował, otrzymał polecenie oddania przesyłki tylko Polakom i to po podaniu ustalonego hasła. Władze w Londynie bały się, że gdy Brytyjczycy zbyt szybko i niejako nieoficjalnie przejmą przesyłkę, to rola polskiego wywiadu w jej zdobyciu może być specjalnie umniejszona. Jak widzimy, nawet dzisiaj, po ładnych kilku dziesięcioleciach od wojny, na przykładzie Enigmy trochę racji mieli.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – mocna 4.

Dla wszystkich zainteresowanych dobra wiadomość: w Forcie Gerharda w Świnoujściu do 22 kwietnia 2012 czynna jest wystawa dotycząca udziału polskiego ruchu oporu w walce z bronią V. Na wystawie można obejrzeć oryginalne części bomb latających i rakiet. Ja wiem, że to daleko z całej Polski, ale naprawdę warto odwiedzić fort!

piątek, 19 sierpnia 2011

Polscy komandosi na wojennej ścieżce

Mirosław Derecki „Na ścieżkach polskich komandosów”, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1980 rok.

Gdzieś tam poniżej znajdziecie recenzję bardziej współczesnej książki o pierwszych polskich komandosach „1. Samodzielna Kompania Commando (No 10 Cammando - 6th Troop)" Huberta Królikowskiego.

Tamta pozycja skupiała się przede wszystkim na szczegółach merytorycznych i technicznych istnienia jednostki. Ta, wydana na początku lat 1980, była jedną z pierwszych pozycji o polskich komandosach wydanych w Polsce. I zdecydowanie jest pełniejsza tego co można nazwać „mięsem” - przeżycia żołnierzy, ich szlak bojowy, ciekawostki. Autor dotarł do wydanych na zachodzie książek wspomnieniowych polskich komandosów, ich dzienników bojowych, książek autorów brytyjskich poświęconych ogólniej komandosom 2 wojny światowej, aż szkoda, że bibliografię trzeba odczytywać z przypisów, bo próżno jej szukać w książce.

Wydaje się, że najlepszym sposobem na oddanie jej charakteru będzie kilka historii, które opowiada ta książka.

Autor opisuje sytuację, gdy powracający po szkoleniu polski 6th Troop dołączał do reszty międzynarodowego Commando. Na miejscu powitał ich dowódca - podpułkownik Dudley Lister, który powiedział im, że komandosi są jedną rodziną, że poza godzinami służbowymi on i inni oficerowie będą razem z nimi pić i bawić się, że gdyby któremuś z komandosów przyszło bić się z żołnierzem angielskim, to on – Anglik, przyjdzie z pomocą nie swojemu rodakowi, a komandosowi. Te stosunki, tak inne od zhierarchizowanej armii ówczesnych czasów, podobały się żołnierzom, tym bardziej, że w zamian oczekiwano od nich tylko... zdyscyplinowania i ciężkiej pracy ;-)

Ale książka zawiera także bardzo dobry i szczegółowy opis walk, w których udział brała kompania komandosów.

Jednym z pierwszych zadań bojowych 1 Samodzielnej Kompanii Commando, już we Włoszech, była obrona wsi Pescopennataro nad rzeką Sangro (zima końca 1943 roku). Warunki spartańskie, dzielone z kompanią piechoty brytyjskiej. W pewnej chwili śnieg był tak duży, że odciął ich od reszty frontu i zaopatrzenie zrzucały im samoloty transportowe. Po miesiącu pełnienia wart i służby patrolowej kompania przeszła na inny odcinek frontu. Jeden z oficerów wspomina słowa majora brytyjskiego:

"Major Cook z Iskiness Regiment jest b. zdziwiony naszymi umiejętnościami: "Polacy wszystko potrafią - mówi - na nartach jeżdżą, spadochrony składają, kosze we dwu noszą, podczas gdy u Anglików ośmiu to robi, myją się w śniegu - to pełni życia ludzie!" Tak, bezsprzecznie bijemy Brytyjczyków i pomysłowością i temperamentem".

Znajdziemy tu także inne anegdoty dotyczące życia komandosów, oto kolejna z nich.

Po kolejnych zadaniach w marcu 1944 roku kompania trafiła na wypoczynek do miejscowości S. Andrea di Vico Equense u stóp Wezuwiusza. 24 marca ów wulkan... wybuchł! Chmara pyłu i kamieni pokryła okolicę:

"Wówczas to miało miejsce słynne "entree" jednego z sierżantów Samodzielnej Kompanii... Pewnego dnia do kancelarii kompanii wpadł jak burza ów nieustraszony obrońca Pescopennataro, wołając wielkim głosem: "Panie kapitanie! Dymamy, kurwa jego mać, lepiej z powrotem do naszego Pesco, bo, kurwa jego mać, zginiem tu spopielone! I potem Włochy będą nas po latach pokazywać jak tam w Pompei, za forsę, jako ichnie "komandosy rzymiańskie"!!! Niedoczekanie ichżesz, kurwa jego mać, panie kapitanie!!!".

Oczywiście w książce niektóre z wyżej wymienionych słów zastąpione zostały trzema kropkami, ale zakładając, że ten kto czyta wojenne historie musi być w pewnym stopniu uodporniony na żołnierski język, a przynajmniej tolerować go, na nasze potrzeby mogłem sobie pozwolić na wersję pełną żołnierskiej ekspresji.

Inna z anegdot, tym razem nie dotycząca polskich komandosów, na tyle jednak ciekawa, że warto ją przytoczyć.

"Saunders wspomina w "Zielonym berecie" o szczególnym "nokaucie", jaki otrzymał pewien belgijski sierżant w czasie wyprawy ku niemieckim liniom. Otóż otrzymał on serię ze "Schmeissera", pięć kul w okolicę żołądka, po czym padł nieżywy na ziemię. Okazało się jednak po chwili, że kule uderzyły w magazynek przewieszonego przez pierś Belga tommy-guna i choć jedna z kul w magazynku eksplodowała żołnierz odczuł to tylko jako potężny cios w splot słoneczny. Odzyskawszy przytomność, podniósł się ziemi i pomaszerował dalej cały i zdrowy".

Ów Belg pochodził z oddziału komandosów belgijskich, siostrzanej jednostki z 10 Commando.

W końcu postanowiono kompanię przekazać do polskiego 2 Korpusu. Komandosi mieli trafić do rodaków, pod polskie dowództwo. Co ciekawe nie byli z tego powodu szczęśliwi, obawiali się utraty samodzielności, tego jak ich potraktują bardziej tradycyjnie nastawieni polscy wyżsi oficerowie. Ich obawy okazały się uzasadnione. Przyzwyczajeni do innego traktowania w armii brytyjskiej musieli przyzwyczaić się do nowych ustaleń.

Jednak polskie dowództwo doceniało „swoich” komandosów, chwalono się nimi, odznaczano i awansowano. Miało to swój cel: tak skadrowana kompania była w przyszłości podstawą do stworzenia polskiego batalionu komandosów.

Wcześniej kompanię czekały walki o Monte Cassino, w których użyci byli na równi z piechotą.

Kolejną ciekawostką było przydzielenie do kampanii komando 111 Kompanii Ochrony Mostów złożonej z Włochów, którzy pod polskim dowództwem i w polskich mundurach chcieli walczyć z Niemcami.

Autor książki poświęca swoją opowieść nie tylko polskim komandosom. Na początku dowiadujemy się historii powstania oddziałów Commando i o ich pierwszych i najbardziej spektakularnych akcjach. W dalszych częściach książki, mimo że jest ona poświęcona polskim komandosom, autor nie zostawia jednak zupełnie na boku ich kolegów z innych krajów i możemy dowiedzieć się gdzie walczyli w tym czasie.

Książka, zwłaszcza w porównaniu z książką Huberta Królikowskiego, bardzo dobrze się czyta i jest naprawdę pełna wojennych opowieści. Jednak po ilości cytatów z wydanej w 1946 roku książki „Zielony talizman. Reportaże z dziejów Pierwszej Samodzielnej Kompanii Commando 1942-1944” nabrałem przede wszystkim ochoty na przeczytanie tej pozycji (już czeka na półce, niestety nie ta z 1946, ale jej najnowsze polskie wydanie).

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 4 z +.

sobota, 30 lipca 2011

Mniej znana historia polskiego odpowiednika SAS

Piotr Witkowski „Polskie jednostki powietrznodesantowe na Zachodzie”, Bellona 2009 rok.
Grzegorz Korczyński „Polskie oddziały specjalne w II wojnie światowej”, Bellona 2006 rok.

Gdzieś tam poniżej usprawiedliwiałem się z niedotrzymywania terminów inną pilną lekturą. Czas by owe pilne lektury przybliżyć. Otóż nasze zaprzyjaźnione muzeum w Świnoujściu w Forcie Gerharda (Zachodnim) postanowiło otworzyć wystawę poświęconą walce polskiego ruchu oporu z niemiecka bronią V. No i słusznie - od dawna taka wystawa się im należała (tzn. muzeum też, ale przede wszystkim wywiadowcom polskiego podziemia). Zostaliśmy zaproszeni, wraz z innymi zaprzyjaźnionymi grupami rekonstrukcyjnymi, do zrobienia stosownej oprawy. My tzn. Stowarzyszenie Zachód 1944. Jeśli chodzi o rekonstrukcję niemiecką sprawa była prosta – Luftwaffe, Kriegsmarine – wszystko pasuje do tematu i otoczenia nadmorskiego fortu, ale nasi Kanadyjczycy z 1st CanPara? W żaden sposób. I tu pojawiły się lektury i poszukiwania uwiecznione sukcesem – Samodzielna Kompania Grenadierów!

Samodzielna Kompania Grenadierów była jednostką specjalną Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w czasie drugiej wojny światowej. Jej przeznaczeniem była dywersja i sabotaż po wylądowaniu zachodnich aliantów na kontynencie oraz tworzenie trzonów oddziałów partyzanckich złożonych z licznych Polaków zamieszkujących Francję. Całość kompanii podzielona była na „piątki” w składzie: dowódca, zastępca dowódcy, miner, strzelec wyborowy, radiotelegrafista. Polska SKG była odpowiednikiem brytyjskich oddziałów SAS (Special Air Service). Niezły klimat i w dodatku doskonale pasujący do tematu wystawy.

Niestety nie ma książki, która byłaby monografią SKG, może jednostka za mała, może to, że nigdy jako taka nie weszła do walki, może temat zbyt grząski – w dzisiejszych czasach niechętnie mówi się o rozgrywkach „na górze” w rządzie londyńskim. Tak czy inaczej żeby poznać dzieje kompanii trzeba było przewertować kilka książek i sporą połać internetu.

Walka z bronią V

Oczywiście najważniejszym tematem była tym razem walka z niemiecką bronią odwetową – Vergeltungswaffe. Częścią Samodzielnej Kompanii Grenadierów był jej pion agenturalny, którego żołnierze działali na terenie Francji tworząc siatki podziemia. Tworzone struktury prowadziły działania wywiadowcze i sabotażowe. Ich celem było także przygotowanie do przyjęcia SKG i stworzenia oddziałów zbrojnych. Pierwszych agentów zrzucono do Francji już w 1943 roku. Potem w czasie pierwszych czterech miesięcy 1944 roku wysłano kilka zespołów, w sumie 23 ludzi.

W chwili gdy Niemcy rozpoczęli atakowanie Londynu pociskami V-1 kluczowe stało się zlokalizowanie ich wyrzutni, całej infrastruktury na terenie Francji i podanie namiarów dla bombowców RAF.

W akcji przeciwko wyrzutniom rakiet pustoszących Londyn szczególnie znaczące sukcesy odniósł porucznik Władysław Ważny („Tygrys”), którego zrzucono we Francji 5 marca 1944 roku. Zorganizowana przez niego siatka zdobyła informacje o lokalizacji 173 wyrzutni rakiet V-1, przesłała także do Londynu kilkadziesiąt informacji o transportach pocisków, lokalizacjach obsługi wyrzutni, magazynach paliw i efektach bombardowań. Niestety aktywność wywiadowcza i częste meldunki do Londynu przekazywane drogą radiową miały swoje konsekwencje. Niemieckie służby bezpieczeństwa zaciskały pierścień wokół grupy. W konsekwencji porucznik „Tygrys” zginął, walcząc w zasadzce 19 sierpnia 1944 roku w Montigny-en-Ostrevent.

Historia Samodzielnej Kompanii Grenadierów
Po upadku Francji zarówno rządowi jak i sztabowi Naczelnego Wodza trudno było zlekceważyć siłę Polonii Francuskiej – Polaków, którzy pracowali w zagłębiu węglowym, zasilonych dodatkowo żołnierzami, którym nie udało się uciec do Anglii. Tak w Wydziale Spraw Specjalnych (WSS) zrodził się pomysł „Operacji Bardsea” - powstania zbrojnego wywołanego przez Polską Organizację Walki o Niepodległość (POWN), kryptonim „Monika” i wspieraną przez przeszkolony w Anglii oddział specjalny. Plan ten stał się także kartą przetargową wobec Anglików, którym zależało na każdym działaniu przeciw Niemcom na kontynencie.

SKG powstała na początku 1943 roku w Wielkiej Brytanii. Od początku jej przeznaczenie było jasne – akcje dywersyjne i sabotażowe na tyłach frontu niemieckiego po utworzeniu drugiego frontu. Oddziały kompanii miały stanowić kadrę batalionu utworzonego z polonusów zamieszkałych na terenie Francji. Plan „Bardsea” z lutego 1943 roku zakładał wykorzystanie polskich emigrantów w północnej Francji do sabotażu, a potem wywołania zbrojnego powstania przeciw okupantom, które miało ułatwić siłom alianckim opanowanie tamtejszego zagłębia górniczego.

W związku z tymi zadaniami szkolenie żołnierzy SKG było wszechstronne i dużo bardziej intensywne niż np. szkolenie innych elitarnych jednostek drugiej wojny światowej – komandosów (w tym polskiej 1 Samodzielnej Kompanii Commando).

Pierwszym dowódcą i prawdziwym „stwórcą” ducha i ciała kompanii był mjr Edmund Galinat, postać barwna i nietuzinkowa. Niestety posiadał jedną podstawową wadę był człowiekiem „starego układu”, zaufanym żołnierzem marszałka Rydza-Śmigłego. I choć nadawał się do tej funkcji jak nikt inny musiał ją pełnić pod zmienionym nazwiskiem Zaremba! Niestety Galinat był zbyt niezależny i niepokorny, także wobec oficerów brytyjskich i podobno oni donieśli do władz polskich o jego prawdziwym nazwisku, co zakończyło jego dowodzenie kompanią.

Kompania była podzielona na dwie grupy bojowe: „K” utworzoną przede wszystkim z emigrantów polskich z Francji i byłych żołnierzy Legii Cudzoziemskiej oraz „S” złożoną m.in. z żołnierzy polskich zbiegłych z Werhmachtu.

Szkolenie i przygotowanie grenadierów stało na tak wysokim poziomie, że w czasie ćwiczeń z kanadyjską dywizję piechoty grenadierzy nie tylko potrafili wstrzymać jej marsz ale wzięli jej sztab do niewoli! Po tym zadaniu SKG zainteresowały się amerykańskie służby specjalne, które uzupełniły skład kompanii o trzy „piątki” złożone z żołnierzy amerykańskich polskiego pochodzenia.

Anegdota

Z Kanadyjczykami wiąże się jeszcze jedna anegdota. Gdy ich dywizja przybyła do rejonu zakwaterowania SKG kanadyjscy żołnierze z przykrością stwierdzili, że wszystkie okoliczne dziewczyny są już zajęte przez Polaków. Nie mogło się im to podobać. W takiej atmosferze do pubu wchodzi piątka żołnierzy, widząc piątkę Polaków siedzącą przy barze (grenadierzy starali się wszędzie poruszać swoimi „piątkami”) szukają zaczepki. Polacy świadomie nie reagują co tylko jeszcze bardziej denerwuje żołnierzy kanadyjskich. W końcu dochodzi do konfrontacji, ale wcześniej dowódca polskiej „piątki” prosi Kanadyjczyków żeby dobrali sobie jeszcze piątkę „żeby wyrównać szanse”. Polacy ostentacyjnie odkładają na bar swoje spadochroniarskie noże. Po chwili wraz z główną szybą z pubu wypada 10 Kanadyjczyków. Grenadierzy spokojnie dopijają swoje drinki. Przybyłej po incydencie żandarmerii wojskowej barman opowiedział, zgodnie z prawdą, jak to 10 Kanadyjczyków sprowokowało i napadło na 5 Polaków, którzy się tylko bronili!

Polskie piekiełko i koniec SKG

Niestety istnienie SKG przeplatane było „polskim piekiełkiem”, prawdopodobnie oficer doniósł na nieporządki w kompanii chcąc przejąc jej dowództwo, to zmieniała się struktura jednostek specjalnych sił sprzymierzonych, to o władzę nad kompanią i przyszłą jej akcją walczył MON, MSW, sztab Naczelnego Wodza i premier rządu.

Ostatecznie SKG nie weszła do akcji (z wyjątkiem wcześniej wspomnianych żołnierzy pionu agenturalnego). Jej drugi dowódca mjr Stefan Szymanowski (wcześniej zastępca Galinata), wraz z 17 instruktorami, odszedł do amerykańskiej szkoły sił specjalnych, której został komendantem. Grupę bojową „K” przekazano do 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (ale już po bitwie pod Arnhem), a część grupy „S” przekazano do Specjalnych Alianckich Powietrznodesantowych Sił Rozpoznawczych (Special Allied Airborne Reconnaissance Force, SAARF) mających zapewnić bezpieczeństwo żołnierzom przebywającym w obozach jenieckich na terenie Niemiec. O działaniach tej grupy wiadomo stosunkowo niewiele, szczegóły nadal tkwią w archiwach amerykańskich.

Oficjalnie kompanię rozwiązano we wrześniu 1945 roku.
Wyposażenie, uzbrojenie i umundurowanie SKG

Tu następuje małe wyjaśnienie dlaczego właśnie nam, „na co dzień” odtwarzających kanadyjskich spadochroniarzy przyszło tak łatwo przygotować się do pokazania żołnierzy SKG. Żołnierze SKG nosili umundurowanie podobne jak brytyjskie i polskie jednostki powietrznodesantowe (tak więc i kanadyjskie). Jedyną różnicą było używanie przez nich amerykańskich butów spadochronowych (tak jak kanadyjscy spadochroniarze). Wyposażenie i uzbrojenie było mieszanką sprzętu brytyjskiego i amerykańskiego. Cechą szczególną był szarobłękitny beret z polskim orłem.

Mam nadzieję, że ci z was, którzy doczytali ten przydługi tekst do tego miejsca nabiorą większej ochoty do zapoznania się z historią Samodzielnej Kompanii Grenadierów. Z powodu natłoku źródeł nie wystawię tym razem swojej oceny ograniczając się do polecenia książki Piotra Witkowskiego „Polskie jednostki powietrznodesantowe na Zachodzie”, która zawiera rozdział najlepiej omawiający historię polskich SAS-owców.

piątek, 24 czerwca 2011

Jak Czarne diabły wyzwoliły Europę.

Evan McGilvray „Marsz Czarnych Diabłów. Odyseja Dywizji Pancernej Generała Maczka”. Wydawnictwo Rebis, 2006 rok.
Najpierw muszę się wytłumaczyć. Nie pisałem długo - bo czytałem. Po pierwsze powyższą pozycję, która nie była łatwa do rozumnego ogarnięcia - czytałem ją długo posiłkując się internetem (o tym później). Po drugie zrobiłem sobie przerwę w czytaniu wojennych historii i przeczytałem historie innego typu (ale nie romans ;-)). I po trzecie z pewnego powodu musiałem w międzyczasie przeczytać wojenne historie innego rodzaju, z innych książek (kilku naraz), ale o jednym bardzo precyzyjnie wybranym temacie (o tym może w następnym wpisie).

Teraz wracamy do tematu, czyli „Marszu Czarnych Diabłów”. Jest to książka o polskiej jednostce wojskowej z 2wś napisana przez Anglika. To w naszych czasach, po 1989 roku, już nie jest nic nadzwyczajnego, bo jest już kilku anglosaskich autorów opisujących dokonania żołnierzy PSZ, ale nadal cieszy. Cieszy to, że dumni Anglicy i Amerykanie odkrywają, że nie wygrali tej wojny sami, cieszy także to, że niezależni i niezwiązani emocjonalnie historycy potwierdzają to, co wiedzieliśmy od dawna – wojska polskie na zachodzie „dawały radę”. Potwierdza to także Evan McGilvray, choć mógłby przyłożyć się bardziej do pracy.

Znów o tłumaczu.

Po znęcaniu się nad panią Katarzyną Brzozowską („Arnhem 1944. Ostatnie zwycięstow Niemiec”) pora na rehabilitację klanu tłumaczy wojennych historii. Przekładający na język polski „Marsz...” pan Jarosław Kotarski jest nie tylko tłumaczem, ale także współautorem książki. Zapewne znacie przypisy tłumacza z innych książek. Zazwyczaj ograniczają się one do rozstrzygnięcia spornych kwestii językowych albo podania w pełnym brzmieniu skrótu, lub oryginalnego tekstu. Tutaj jest inaczej – przypisy czasem prostują treść książki, uzupełniają ją o całe cytaty i treści. Tłumacz nie tylko przełożył książkę na j. polski, ale przeczytał także kilka innych pozycji opowiadających dzieje dywizji gen. Maczka. Taki tłumacz to skarb dla czytającego, niestety autor pewnie nie jest szczęśliwy, gdy jego, historyka poprawia, ktoś kto „tylko” tłumaczy.

Dlaczego tak długo?

Książka bardzo szczegółowo omawia drogę 10. Pułku Strzelców Konnych, autor korzystał z ich dziennika bojowego i z książki z 1947 roku, a więc poznajemy szczegółowo, niemal dzień po dniu ich marszrutę. Niestety jedyne i nieliczne mapy pochodzą także z owych publikacji i pokazują wydarzenia raczej bardzo ogólnie. Tak więc, aby właściwie zrozumieć drogę dywizji przez Europę, trzeba czytając książkę często zaglądać do atlasu. Z braku atlasu (wstyd) posiłkowałem się mapami google. To trudne, zwłaszcza gdy książkę czyta się w wannie albo przy załatwianiu potrzeb niższych, acz koniecznych.

Czy aby o dywizji?

Jak już zacząłem to warto żebym rozwiał wątpliwości tych, którym wydaje się że znajdą tu historię działań polskiej 1. Dywizji Pancernej – zgodnie z tytułem. Otóż nie, jest to opowieść poświęcona przede wszystkim żołnierzom 10. PSK, czyli jednostki pancernej wchodzącej w skład dywizji - treść jest trochę niezgodna z tytułem. Oczywiście dowiadujemy się z książki o drodze całej dywizji, ale tylko dlatego, że 10. PSK był jej istotną częścią i trudno nie wspomnieć o jednostkach współdziałających.

Skupienie się na jednej jednostce ma jednak swoje zalety, np. bardzo szczegółowo dowiadujemy się o jej sukcesach i stratach - łącznie z nazwiskami poległych i rannych żołnierzy!

Kilka słów o stratach, czyli największe zdziwienie.

Walki 1. Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Maczka nie były mi obce, choć nie znałem ich szczegółowo. Jak każdy kogo interesują wojenne historie znałem za to wiele historii o płonących jak zapałki czołgach, ginących w starciu z doskonałymi niemieckimi działami przeciwpancernymi, czołgistami alianckimi. Tymczasem z książki i przytoczonych danych wynika, że w czasie całej kampanii 10. PSK stracił 90 zabitych i 59 czołgów. Może to zabrzmi brutalnie ale to tylko 1,5 zabitego żołnierza na zniszczony czołg. A mamy tu do czynienia z jednostką rozpoznawczą, uzbrojoną w czołgi pościgowe, która operował zazwyczaj w pierwszej linii. Ciekawe prawda? Podobnie brzmią sprawozdania z potyczek - „dwa zniszczone czołgi, zabity wachmistrz Iksiński, ranni plutonowy Igrekowski i starszy strzelec Zeciński”.

Książkę serdecznie polecam do poczytania (koniecznie z jakąś mapą) i posiadania. To kawałek opisanej historii polskiego oręża, której w żadnej mierze nie musimy się wstydzić i rozważać słuszności jej ocen.

Na koniec smutno.

Jedna rzecz, którą odkrywają, dla siebie, Angole w swoich książkach jest naprawdę smutna, zwłaszcza jak się ją czyta napisaną przez obcokrajowca. Evan McGilvray także zauważa, że to co dla niemal całej Europy było świętem zakończenia wojny i początkiem upragnionego pokoju, dla żołnierzy dywizji było początkiem tułaczki po obczyźnie lub szykan po powrocie do kraju. Ilekroć dochodzę do tego momentu opowieści o losach żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie ogarnia mnie smutek i wściekłość na historię, która zmusiła tych żołnierzy do walki bardziej o „waszą” niż „naszą” wolność, a za bohaterstwo nagrodziła ich tak... niewłaściwie.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – mocna 4 (przede wszystkim za to, że się autorowi zachciało) + 1 specjalnie dla tłumacza = 5.

środa, 25 maja 2011

Tą bitwę rzeczywiście wygrali Niemcy, ale lepiej o tym nie czytać w tej książce

Janusz Piekałkiewicz, „Arnhem 1944. Ostatnie zwycięstwo Niemiec”, Agencja Wydawnicza AWM, prawdopodobnie 1997 rok (org. München, 1994 rok)

Dla czytającego ta książka to koszmar. I to na wielu płaszczyznach.

W zasadzie powinienem pominąć tę pozycję milczeniem, bo jej treść nie jest warta miejsca jakie zajmie ten tekst w niezmierzonej przestrzeni internetu. Na całe jej szczęście zawiera... zdjęcia, które stanowią najmocniejszą i chyba jedyną mocną stronę tej książki.

Ja jednak, jako człowiek z natury złośliwy jak gnom i wkurzony brakiem szacunku dla mnie jako czytelnika, najpierw skupię się na jej słabościach.

Autor – jak on to zrobił?

Janusz Piekałkiewicz napisał niejedną książkę historyczną i jest bez wątpienia postacią bardzo zasłużoną, ale... No niby zawsze jest jakieś „ale”, ale tym razem jest ono wyjątkowo jednoznaczne. Rok wydania książki – 1994 powoduje, że popełnionych przez autora błędów faktycznych nie usprawiedliwia nic. Już sama jego przedmowa, mimo że bardzo krótka, zawiera ich kilka. Potem pojawia się ich coraz więcej. Jeśli ktoś chciałby uczyć się bitwy z tej książki - niech tego nie robi, a zaoszczędzony czas poświeci na przeczytanie innej, bardziej właściwej, pozycji.

Autor przyjął ciekawą formę, która mogłaby ułatwić czytelnikowi zapoznanie się z historią. Książka podzielona jest na rozdziały – poszczególne dni bitwy. Każdy z nich rozpoczyna się relacją brytyjską, potem niemiecką, a kończy się częścią „A było tak”, czyli obiektywnym opisem autora. Pomysł jest świetny, niestety autorowi zabrakło źródeł i w konsekwencji do błędów opisu dołącza miszmasz relacji wojskowych i prasowych. Brrrr...

Tłumacz to podstawa

Dodatkowo nieszczęsne pomieszanie faktów pogłębia działanie, a raczej nie działanie tłumacza. Trudno jest winić tłumacza gdy nie widziało się na oczy i nie umiało przeczytać oryginału, jeśli więc pokrętny i niegramatyczny język książki i liczne błędy wynikają z błędów autora, a nie z braku chęci do pracy przez tłumacza, to serdecznie przepraszam.

Tłumaczem tej książki, a mimo polskiego autora była ona tłumaczona z języka niemieckiego, jest Katarzyna Brzozowska. Jej prawdopodobnie zawdzięczamy np. niemiecką nazwę Nimwegen, zamiast przyjętej w naszej literaturze Nijmegen, artylerię przeciwpancerną zamiast przeciwlotniczej i odwrotnie oraz niektóre całkiem niegramatyczne zdania. Ta książka powinna być na indeksie książek dla dzieci i młodzieży, mogą się oni nauczyć z niej, mimochodem, wielu błędów językowych.

Mocna strona osłabiona

Jak już napisałem powyżej mocną stroną tej książki są zdjęcia. Niestety osłabiają je podpisy. Nie trzeba być wielkim znawcą wojennego sprzętu, żeby poznać, że Pantera to czołg, czyli takie „coś z wieżą”, a nie działo samobieżne „czyli takie coś bez wieży”. Ten i podobne błędy każą baczniej i z większą rezerwą przypatrzyć się innym podpisom, które trudniej zweryfikować na pierwszy rzut oka. Może to kolejne błędy tłumacza...

Mimo wszystko zdjęcia

To one są najlepsze, wiele z nich nie było bowiem szerzej publikowanych. Autor dotarł do zdjęć z archiwów niemieckich i możemy przypatrzeć się bitwie od drugiej strony. Widzimy jeńców brytyjskich i polskich. Rannych i zabitych spadochroniarzy. Takich zdjęć, w tej ilości, nie można zobaczyć w książkach wydawanych przez dawnych aliantów.

I właśnie dla tych zdjęć warto tę książkę przeczytać (przejrzeć) i warto ją posiadać w swojej bibliotece.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 3

wtorek, 24 maja 2011

"Tędy przeszły czołgi"

Bohdan Tymieniecki „Na imię jej było Lily”, Wydawnictwo MON, 1987 rok (org. Londyn, 1971 rok)
Książkę tę polecił mi kolega Wojtek, gdy na forum wrzuciłem kilka cytatów z książki o polskiej 1 kompanii Commando. Napisał, że można tam znaleźć ciekawą opowieść o komandosach, ale nie chciał zdradzić szczegółów. I dobrze zrobił. Wiedziony ciekawością znalazłem książkę na allegro i wydałem 4 złotówki (+ kolejne 8 złotówek za przesyłkę!). Po kilku dniach już sam mogłem przeczytać: „Cichutko podszedłem. To kochany Jedwab wydawał instrukcje swoim wisielcom: „Uwaga, boys, oczy otwarte, w nocy mogą przyjść szwaby. Ale pamiętajcie, nie strzelać. Załogi czołgów pomęczone. Nie budzić! Wszystko po cichu... nożami”.Co za piękne maniery mają ci z dziesiątego Międzynarodowego Commando, co za delikatność!”.

Przyznacie, że już sam cytat wart tych kilku złotych. A jest jeszcze reszta książki. A mamy tu, podzieloną na poszczególne rozdziały/opowiadania, historię podchorążego, a później już oficera, od kampanii wrześniowej, przez Francję, Anglię, Afrykę, aż do zakończenia kampanii włoskiej. Wszystko to napisane jak - trochę powieść awanturnicza, a trochę opowieść przygodowa z nutką patriotyzmu.

Mamy tu bowiem bohatera z iście ułańską fantazją, który gdy trzeba wypije, gdy trzeba pobije, jest niepokorny wobec wyższych szarż, ale szanuje przełożonych, których... szanuje. Przede wszystkim jest jednak pełną gębą czołgistą – zawodowcem, choć lubi podkreślać, że do wojska trafił z poboru.

Rusza w nas tą strunę patriotyzmu, która odpowiada za dumę z rodaka radzącego sobie z innymi nacjami i przeganiającego innych żołnierzy. Gdy przeczytałem, że w szkole pancernej w Afryce nasz bohater po nieudanych pokazie strzelań wykonanych przez południowoafrykańskich czołgistów, specjalnie dla generała, głównego brytyjskiego inspektora broni pancernej, strzela 5 na 5, to aż zakrzyknąłem z radości! Na pohybel Afrykanerom!

I taki jest porucznik Tymieniecki, to doskonały czołgista i doskonały dowódca grupy czołgów. Wprawdzie za nic ma dyscyplinę, oprócz tej na polu walki, ma często bardzo złe zdanie o swoich (i nie tylko swoich) przełożonych, kombinuje jak zarobić na boku parę złotych (funtów raczej), ale gdy przychodzi do walki to powierzają mu coraz bardziej odpowiedzialne zadania.

Wszystko to opisuje bez żadnego patosu i z humorem. Czyta się to wyśmienicie po prostu. Takie książki mają jedna wadę, choćby były nie wiadomo jak „grube” to i tak są za krótkie i pozostawiają niedosyt. Ta dodatkowo nie jest za obszerna - wszystkiego 200 stron.

A teraz na poważnie.

Mimo, że jest naprawdę dobrze napisana książka, którą czyta się jak opisy przygód, to jednak relacjonuje prawdziwą wojnę i uczucia, które wtedy miotały sumieniami żołnierskimi. Zabici koledzy, niedoszkolone oddziały piechoty, durnie bez doświadczenia za dowódców, miłości frontowe i problemy z aprowizacją. Jest tu wszystko. I z tego wyłania się obraz polskiej armii na Zachodzie. I nie jest to ładny obraz: piechota nie wyszkolona należycie, ginie dowodzona przez niedoszkolonych oficerów, sztabowcy wysyłają na śmierć pancerniaków bez doświadczenia i wyszkolenia. Od dowództwa odsuwa się doświadczonych oficerów na rzecz „leśnych dziadków” z wyzwolonych oflagów.
To nie jest miły obraz PSZ. Całe szczęście są jeszcze zdjęcia, bardzo dobrej jakości, jak na czas druku książki, i podpisane... cytatami z niej samej. Naprawdę fajne do obejrzenia, a z tymi podpisami przenoszące nas w konkretne miejsca i emocje.

To, że autorem zdjęć i obwoluty książki jest sam autor dodaje jej jeszcze autentyczności i zbliża nas do tego niezwykłego oficera.

To książka do której z pewnością wrócę – dzięki Wojtek (J-23).

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 6.

wtorek, 3 maja 2011

Ostatnie dni przed Overlord

David Stafford „10 dni do D-Day. Ostanie chwile przed wyzwoleniem Europy”, Wydawnictwo Magnum, 2004 rok.
Większość książek z D-Day w tytule skupia się na samej inwazji. To tam działy się najciekawsze rzeczy – krwawe walki, wybuchy, krew i flaki, czyli wszystko to co czytelnicy książek wojennych lubią najbardziej. Oczywiście generalizuję i upraszczam, bo wszyscy lubimy czytać o duchowych rozterkach żołnierzy, o ich tęsknocie za pozostawionymi narzeczonymi, bezsennych nocach po zabiciu pierwszego człowieka... Ale mimo wszystko pociągają nas przede wszystkim bohaterskie czyny lądujących w Normandii: spadochroniarzy, komandosów, rangersów, piechociarzy itd.

Pewnie dlatego większość autorów wydarzeniom bezpośrednio przed inwazją na kontynent poświęca tyle miejsca ile jest to konieczne dla wyjaśnienia tła historycznego i złożoności problemu zaplanowania wielkiego desantu.

W „10 dniach...” jest inaczej. Tu akcja zaczyna się w niedzielę 28 maja, dziesięć dni przed atakiem i przez kolejne dziesięć rozdziałów pokazuje nam przygotowania kilku osób w różny sposób z nim związanych. Od Churchilla, przez Eisenhowera, Hitlera, żołnierzy jednostek przygotowanych do walki, służb specjalnych, szpiegów, bojowników francuskich do dziewczyny pracującej w pomocniczych służbach floty brytyjskiej. Wszyscy oni, mimo że dzieliła ich ranga, znajomość tajemnic, płeć, kraj który chcieli bronić, czekali na ostateczny dzień inwazji, o którym wiedzieli, że musi nastąpić i z którym wiązali swoje nadzieje.

Z powodu mnogości wątków trudno jest omówić wszystkie ciekawe wojenne historie w tej książce. Uważam, że warto jednak opowiedzieć o tych z nich które, wg mnie, z punktu widzenia historii i nas – Polaków są najistotniejsze.

Spokojny kraj

Bardzo uderzyło mnie, że w maju i czerwcu 1944 roku Anglia żyła już życiem kraju spokojnego – działały teatry, kina, restauracje i puby. Rząd zajmował się już tym jak będzie wyglądało życie powojennej Wielkiej Brytanii. A przecież nic nie było jeszcze rozstrzygnięte! Dzisiaj już wiemy, że inwazja powiodła się i za niecały rok III Rzesza upadnie, ale wtedy nic nie było pewne. Ten optymizm i to sięganie myślą w przyszłość jest naprawdę ciekawe i warte zapamiętania.

Innym wątkiem, z Polską w tyle głowy, jest to czym zajmował się Winston Churchill np. jego kłopoty z przywódcą Wolnych Francuzów. Charles de Gaulle chciał widzieć Francję wielką i nie zgadzał się by o jego kraju decydowali Anglicy i Amerykanie. Tymczasem alianci potrzebowali go by wygłosił przemówienie do Francuzów w dniu inwazji, wezwał ich do walki i współpracy przy wyzwalaniu ojczyzny. Premier Wielkiej Brytanii coraz mniej cierpliwie znosił kaprysy Francuza. Raz podlizywał mu się, innym razem zdenerwowany kazał odsyłać go do Algierii w kajdankach. A to tylko jeden z problemów z którymi borykał się Churchill, była jeszcze okupowana Jugosławia i jej walki wewnętrzne, bliski wschód z podnoszącymi głowę Arabami i Żydami, Grecja z budzącym się ruchem komunistycznym, Indie i wojna z Japonią, itd. itp.

Gdzie tu Polska? - Zapyta uważny czytelnik.

Ano właśnie. Gdy poznamy bliżej skalę problemów przed jakimi stawała Wielka Brytania pod koniec drugiej wojny światowej, trochę trudniej dziwić się temu, że polskie sprawy nie były najważniejsze dla brytyjskiego premiera. Na nasze ziemie wkraczała już wtedy Armia Czerwona, a Stalin obiecywał, że Polacy sami zadecydują o swoim istnieniu. Oczywiście Churchill wiedział, że Stalinowi nie wolno ufać, ale wiedział także, że bez niego nie pokona się Hitlera i możliwość zawarcia separatystycznego pokoju ZSRR i III Rzeszy była wielkim zagrożeniem dla planów zachodnich aliantów. Czy mógł on, wiedząc, ze po wojnie zadłużona i biedna Wielka Brytania, będzie miała mnóstwo własnych kłopotów lepiej zadbać o nas?

Szpiedzy tacy jak on

Inną historią jest gra szpiegowska prowadzona przez podwójnego agenta o pseudonimie Garbo (wg aliantów) i Arabel (wg Niemców). Naczelnym zadaniem kontrwywiadu brytyjskiego było upewnienie Niemców, że inwazja, bez względu na wszystko, nastąpi w najwęższym punkcie Kanału La Manche – w Pas de Calais. Stworzono w tym celu fikcyjna armię z prawdziwym i już legendarnym generałem G.S. Pattonem, rozciągnięto fałszywą siec radiową, zbudowano obozy wojskowe z dmuchanymi czołgami i wozami bojowymi. W portach stały makiety barek desantowych. Jednak jedną z najważniejszych ról w tej dezinformacji zagrał właśnie Garbo – Hiszpan, który sam zgłosił się z chęcią współpracy do Anglików i później został jednym z najbardziej zaufanych agentów niemieckiego wywiadu – Abwehry (tej od kapitana Klossa). Oczywiście agentem kierowanym przez brytyjski kontrwywiad. Garbo/Arabel potrafił być tak wiarygodny, że jego depesze docierały nawet do samego Hitlera, a dla uwiarygodnienia swojej postaci uprzedził Niemców o lądowaniu aliantów w Normandii!

Ale nie tylko dla tych wątków warto przeczytać „10 dni...”. Bo poznajemy tu także postać francuskiego/rumuńskiego Żyda ukrywającego się w Paryżu, czy młodą dziewczynę pełniącą swoją funkcję w centrali szyfrów Royal Navy i agentów SOE we Francji.

To spojrzenie na wojnę inne niż zazwyczaj i wydaje się, że takie jej pokazanie sprawia, że jest nam bardziej bliska i bardziej ludzka.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 5.

środa, 13 kwietnia 2011

Niemożliwa droga

Stanisław Sosabowski „Najkrótszą drogą” Wydawnictwo Bellona, 1991 rok (org. Londyn, 1957 rok)
To zdecydowanie najważniejsza książka Generała i zdecydowanie najważniejszy autor książki o polskiej 1 Samodzielnej Brygadzie Spadochronowej. Tych książek nie powstało zbyt wiele, a te co są nie doczekały się zbyt wielu wydań. Tym bardziej cenna jest opowieść twórcy brygady i jej dowódcy od samego początku, gdy nie nazywano jej „spadochronową”, poprzez jedyną bitwę, którą stoczyła, do pożegnania w atmosferze, która dzisiaj możemy śmiało nazywać skandalem.

Ciekawa jest już sama geneza książki. Do jej napisania zobligowała Generała uchwała Związku Spadochroniarzy Polskich. Nikt inny nie mógł zrobić tego lepiej niż jej twórca i dowódca w najbardziej krytycznych dla niej okresach.

Historycy mówią o dwóch szkołach pisania książek przez bezpośrednich uczestników wydarzeń. Jedni skłaniają się ku pisaniu na gorąco, zaraz po ich zakończeniu, inni uważają, ze lepiej odczekać aż opadną emocje, dostępne będą kolejne materiały źródłowe i opowieść będzie pełniejsza. Ale co z emocjami, które da się uwiecznić tylko „na żywo”?

Polecenie napisania książki otrzymał Generał 11 lat po tym jak rozstał się z brygadą, 10 lat po zakończeniu II wojny światowej. To wystarczająco dużo czasu żeby jego wspomnienia i historia brygady nie były naznaczone piętnem emocji związanej z niesprawiedliwym potraktowanie go przez Brytyjczyków i polskich przełożonych. I tego tematu w tej książce nie ma (pojawia się w napisanej później biografii „Droga wiodła ugorem”). Trochę szkoda, ale dzięki temu otrzymujemy obiektywną relację.

Lata 50-te nie były dla Generała łatwe. Po kilku nieudanych eksperymentach z własnym interesem, emerytowany generał został magazynierem w fabryce urządzeń elektrycznych. Książkę pisał wieczorami, po powrocie do domu, w weekendy i w czasie przerw w pracy.

Wracajmy do samej książki i wojennej historii, którą opisuje. Trudno jest ocenić wiele aspektów powstania pierwszej polskiej wielkiej jednostki spadochronowej, ale warto pochylić się nad jednym z nich, tym najbardziej znaczącym i najbardziej odbijającym się na jej historii.
Przeznaczenie do Kraju

Przeznaczenie do wsparcia powstania powszechnego w okupowanej Polsce stało się przyczyną powstania brygady. Zarówno sam Generał jak i jego zwierzchnicy budując jednostkę myśleli, że wesprze ona Armię Krajową podczas powstańczego zrywu. Jej przerzucenie „najkrótszą drogą” - powietrzną miało pozwolić by jako pierwsza jednostka wojska polskiego na Zachodzie uczestniczyła w wyzwalaniu Ojczyzny. Takie życzenie stało się jej szczęściem i przekleństwem.

Szczęściem, bo podniosło to jej prestiż i w ogóle pozwoliło zaistnieć. Można domyślać się, ze gdyby nie przeznaczenie krajowe władze polskie w Wielkiej Brytanii nie pokusiłyby się o powołanie do życia drogiej i czasochłonnej jednostki. Bardziej prawdopodobne byłoby zasilenie niedoszłymi żołnierzami brygady którejś brygady strzelców, czy 1 Dywizji Pancernej. Tymczasem wszystkie jednostki polskie w Wielkiej Brytanii cierpiały na braki osobowe, nawet po zasileniu ich żołnierzami z Bliskiego Wschodu.

Prawdopodobnie brygada była również atrakcyjna dla młodych oficerów, którzy nudząc się monotonną służbą na Wyspach szukali możliwości powrotu bojowego do kraju. Brygada stała się rezerwuarem i jednostką szkoleniową dla Cichociemnych, których Generał traktował jak własnych żołnierzy (w książce można znaleźć jego żal z powodu ustanowienia innej odznaki spadochronowej dla Cichociemnych, którzy do tej pory nosili „zwykły” znak spadochronowy).

Ale Kraj był także przekleństwem brygady. Mało brakowało, a pozostała by ona jedną z jednostek wyszkolonych i doskonale przygotowanych do walki, która nie wzięła w niej udziału. Zarówno Generał jak i część jego zwierzchników bronili brygady przed włączeniem jej w skład sił alianckich walczących na kontynencie.

Czy słusznie?

Wg mnie nie. Oczywiście łatwo jest pisać takie rzeczy 66 lat po wojnie, teraz gdy przeczytało się już kilkanaście książek na ten temat. Jednak wszystko wskazuje na to, że nawet wtedy chłodno myślący człowiek musiał zauważyć niemożność wykonania planu przerzucenia brygady do kraju. Do listopada 1943 roku Polacy musieli wiedzieć, że na wyspach nie ma samolotów, które mogłyby przerzucić jednostkę do Polski. Używane do przewożenia Cichociemnych i zrzutów sprzętu bombowce były do tych lotów specjalnie przebudowywane, a i tak mogły zabierać na pokład ograniczoną ilość sprzętu i ludzi. W związku z kilkoma czynnikami, które musiały współgrać ze sobą (długie noce, pełnia księżyca, dobra pogoda) do Polski przerzucono tylko 316 Cichociemnych w ciągu czterech lat! Zależności musiały być jasne.

Po odwiedzinach Generała w USA (przełom 1943/1944 roku) odkryto C-47 Dakota, których Amerykanie używali jako wielozadaniowych samolotów transportowych, także do transportu i zrzucania spadochroniarzy. Jednak nawet wtedy musiano zauważyć, że misja przerzucenia Dakotami brygady do Polski musiałaby się skończyć nieszczęściem. Powolna (jak na warunki 1944 roku) kolumna transportowa, pozbawiona w najbardziej newralgicznym momencie ochrony myśliwców, padłaby łupem myśliwców niemieckich i dobrze zorganizowanej obrony przeciwlotniczej. Nawet dobrze przygotowane do dalekich rajdów załogi i samoloty specjalnej jednostki RAF ponosiły ogromne straty gdy latały ze zrzutami dla walczącej Warszawy.

Łyżka dziegciu

Moim jedynym zastrzeżeniem do postaci Generała jest właśnie konsekwentne budowanie w swoich żołnierzach i przełożonych przekonania o przeznaczeniu do Kraju.

Generał i jego przełożeni jak wilki walczyli o maksymalnie odwleczenie terminu przekazania brygady pod dowództwo brytyjskie. Ze wspomnień Generała wynika także, że już po przejściu do 1 Korpusu Powietrznodesantowego, nadal jego priorytetem było oszczędzenie stanu osobowego brygady, która miała przecież nadal lecieć do Polski!

To nie mogło się nie odbić na jego stosunkach z Brytyjczykami, którzy nie rozumieli tych założeń. I źle się to dla Generała skończyło – niedługo po bitwie o Arnhem, na prośbę Brytoli, Generała odwołano ze stanowiska.

Już choćby z tego widać, że szansa, by alianci poparci sprzętowo (a tylko oni dysponowali flotą lotniczą, która miałaby szansę przenieść brygadę do Polski) przerzucenie brygady do kraju była iluzorycznie mała. Zdecydowanie zawiniła tu nasza dyplomacja, która chyba nawet nie starała się przygotować ich do takiej decyzji. Nawet wsparcie dla walczącej Warszawy zaczęto na serio organizować dopiero 3 sierpnia!

Zastanawiam się także na ile iluzja wszechstronnej pomocy lotniczej (przerzucenie 1 SBS, zrzuty zaopatrzenia, bombardowania wskazanych celów), stworzona przez rząd i sztab Naczelnego Wodza w Londynie wpłynęły na decyzję o Powstaniu Warszawskim?

Jak widać z moich powyższych przemyśleń książka Generała pozwoli zapoznać się nie tylko z powstaniem i historią 1 SBS, ale może także, choć trochę między wierszami, naświetlić kwestie polityki rządu polskiego w Londynie.

Jednak, mimo wszystko, nie jest książka dla każdego. Żeby cieszyć się z jej czytania, trzeba interesować się wojskiem i jego historią, niby nie jest to nic niezwykłego, bo dotyczy wszystkich książek z historiami wojennymi, ale ta jest szczególna. Generał omawia w niej wszystkie aspekty powstawania i funkcjonowania brygady. Omawia jak zdobywał i traktował oficerów, podoficerów i szeregowych, kapelanów i służby wewnętrzne... To niemal dokładna instrukcja obsługi tworzenia i scalania wielkiej jednostki bojowej. Jest tu wiele szczegółów, które dla szukających tylko ciekawych historii będą po prostu nużące, zainteresują za to maniaków wojskowości.

Do niedawna ta książka była bardzo słabo dostępna, jej jedyne polskie wydanie z roku 1991 kosztowało na aukcjach ponad 100 zł. Cale szczęście w tym roku wydało ją wydawnictwo LTW i jest do kupienia za „normalne” pieniądze.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 5 z +

wtorek, 29 marca 2011

Legenda Supergenerała

George S. Patton „Wojna jak ją poznałem”, Wydawnictwo MON, 1989 rok (org. 1947 rok).

No cóż, generał Patton to bez wątpienia jedna z bardziej barwnych postaci drugiej wojny światowej. Zapewne niewiele osób potrafi wymienić choć jednego innego dowódcę z kilku alianckich armii. Za to z pewnością każdy kto liznął chociaż tematu zna nazwisko gen. Pattona. Był on bez wątpienia postacią nad wyraz barwną i był utalentowanym wyższym dowódcą. Są tacy, którzy twierdzą,że to mój ulubiony generał, w takim wypadku zawsze powtarzam, że cenię go bardzo za jego podejście do wojny, talent dowódczy i konsekwentne realizacje swoich idei, ale gdyby ktoś wsadził mnie w wehikuł czasu i przeniósł na front zachodni drugiej wojny światowej, nie chciałbym być podwładnym Pattona. Oj nie.

Generał Patton był konsekwentny także w byciu oryginałem, nawet książkę ze swoimi wspomnieniami „wydał” dwa lata po swojej śmierci! Oczywiście nie dyktował swojej książki przez medium, ale faktem jest, że zmarł on w wyniku wypadku drogowego w roku 1945 (pół roku po zakończeniu wojny w Europie), a książkę wydała jego żona w roku 1947.

Stąd bierze się ciekawa konstrukcja książki, która składa się z listów generała do żony, które pisał ze świadomością, że będą one czytane także na spotkaniach z przyjaciółmi (tzw. listów otwartych) oraz relacji z poszczególnych etapów kampanii i poszczególnych bitew pisanych przez samego Pattona na podstawie pamiętników pisanych na bieżąco. Listy dotyczą okresu wojny od lądowania w Afryce do końca kampanii sycylijskiej, relacja („krótkie sprawozdanie... jest w pośpiechu spisaną osobistą relacją na użytek rodziny oraz kilku starych i bliskich przyjaciół”!) dotyczy okresu od lądowania w Normandii (ale lądowania samego generała, czyli od 1 sierpnia 1944 roku) do zwycięstwa (dla przypomnienia - 8 maja 1945 roku). Każdy z rozdziałów drugiej części zakończony jest podsumowaniem strat własnych i nieprzyjaciela.

Jest jeszcze część trzecia ciekawa dla wojskowych i miłośników wojskowości. Patton przelewa na papier swoje doświadczenie dowódcze i porady dla przyszłych pokoleń żołnierzy, niektóre są naprawdę szczegółowe dotyczą np. pasa do karabinu. Generał stara się także krótko analizować kluczowe momenty ze swojej żołnierskiej kariery.

Czytając książkę trudno oprzeć się wrażeniu, że piszący ją bardzo lubił swoją osobę. Niby każdy z nas powinien się lubić, to zdrowe i naturalne, ale Patton uważa, że zawsze miał rację, nawet jak okazało się, ze nie miał racji, to i tak ją miał. Czasami ciężko strawić tak wielką dawkę miłości własnej. To trudne, ale jednocześnie trzeba wziąć pod uwagę, że jego relacje mają piętno pisania ich dla publiczności. Postanowiono nie wydawać pamiętników generała, które pewnie mogłyby zawierać więcej „mięsa” i gorących przemyśleń. W zamian dostajemy relacje wielokrotnie poprawiane. Najpierw Patton sam spisywał ze swoich pamiętników, ugładzając je i likwidując co bardzo kontrowersyjne fragmenty. Później, po jego śmierci, materiał przeszedł zapewne kolejną cenzurę rodziny i zafascynowanego nim oficera redagującego książkę.

Tym niemniej otrzymujemy bardzo wyraźny obraz niesłychanie ciekawej postaci. Patton pochodził z rodziny bogatej, z tradycjami wojskowymi. Był znakomitym sportowcem i startował nawet na Igrzyskach Olimpijskich. Już od pierwszej wojny światowej, w czasie której organizował amerykański korpus czołgów, był zainteresowany wojskami pancernymi. Niestety w okresie międzywojennym bardzo zachowawcza armia amerykańska nie chciała przyjąć jego koncepcji użycia czołgów w walce. Później okazało się, że był jednym z lepszych dowódców prowadzących do boju swoje dywizje pancerne.

Ale Patton był także człowiekiem oczytanym i inteligentnym. W książce już na jednej z pierwszych stron dowiadujemy się, że właśnie skończył czytać Koran. Był także osobą głęboko wierzącą i był wielkim patriotą. Uważał, że nie ma lepszego żołnierza niż żołnierz amerykański i nie ma lepszej armii niż armia USA. Potrafił jednak przyznać np. że - „Oddziały polskie prezentują się najlepiej ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem, łącznie z brytyjskimi i amerykańskimi” - co bardzo mu się chwali. Jak na praktykującego chrześcijanina klął jak szewc (choć tego akurat w książce nie ma). Jego legendzie służyły także gesty od których nie stronił, naśladując np. starożytnych wodzów – po przejechaniu Renu przyklęknął na jedno kolano i wziął garść ziemi jak Scypion Afrykański i Wilhelm Zdobywca - „Widzę w swoim ręku ziemię Niemiec”.

Patton był niesłuchanie konsekwentny w głoszeniu swoich poglądów, kłócił się z przełożonymi, potrafił naciągać rozkazy i omijać je, by móc realizować swoje wizje prowadzenia walki. Trudno się tego dowiedzieć z książki, ale jego cięty i niewyparzony język niejednokrotnie przysporzył mu wiele nieprzyjemności i zaważył na jego karierze.

Jest jedna rzecz, która w generale przyprawia mnie o wyższe ciśnienie. Uważał on, że podstawą dobrego żołnierza jest jego w pełni regulaminowy wygląd. Nawet w pobliżu linii frontu potrafił ścigać żołnierzy za brak jakiejś części umundurowania, czy wyposażenia. Dywizjom, które schodziły z linii frontu polecał organizować defilady, które wg niego miały podnosić morale armii. Jedno co mogło podobać się żołnierzom w takim podejściu do regulaminu to to, że równie twardo traktował swoich oficerów.

Patton to postać tak wielowątkowa, a historia dokonań jego i jego armii tak ciekawa, że żeby ją poznać warto zacząć od przeczytania jego własnej książki, by potem przejść ew. do biografii napisanych przez kilku historyków. Można obejrzeć także film „Patton” z 1970 roku. Ale jeśli jeszcze nie znacie generała z bliska koniecznie zacznijcie od tej pozycji.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 5, za książkę która konsekwentnie, w duchu samego generała, buduje jego legendę.

wtorek, 15 marca 2011

Rangersi w akcji

William B. Breuer „6. Batalion”, Wydawnictwo Amber, 2006 rok.

To opowieść o jednym z najciekawszych epizodów ostatniej wojny światowej. Setka amerykańskich rangersów, wsparta filipińskimi partyzantami, uwolniła ze znajdującego się 40 km w głąb pozycji japońskich obozu jenieckiego ponad 500 jeńców. Miejscem akcji są Filipiny i ich największa wyspa Luzon.

Trochę historii, czyli nauka z książki

Przed wojną Filipiny były pod kontrolą Stanów Zjednoczonych i po rozpoczęciu wojny amerykańsko-japońskiej stały się jednym z pierwszych celów ataku armii japońskiej. Praktycznie nieprzygotowane do wojny siły amerykańsko-filipińskie i tak bardzo długo stawiały opór koncentrując się na obronie półwyspu Bataan i wyspy-twierdzy Corregidor. Gdy w kwietniu wojska broniące Bataanu poddały się Japończycy postanowili przenieść 70 tys. jeńców do obozu O'Donnel mieszczącego się ponad 100 km dalej. W tym „marszu śmierci”, bo niemal całą drogę jeńcy przeszli pieszo, podczas którego nie dostawali wody i jedzenia, byli brutalnie traktowani i zabijani z byle powodu, zginęło blisko 10 tys. ludzi.

Po roku znaczną część żołnierzy filipińskich, po podpisaniu „lojalki” wobec nowych władców, zwolniono do domów. Jeńców amerykańskich przerzucono do obozu Cabanatuan nazwanego tak od pobliskiego miasteczka. Jeńcy niedożywieni, zmuszani do pracy w polu – na rzecz armii japońskiej, bez opieki lekarskiej (poza tą prowadzoną przez własnych, pozbawionych lekarstw i środków opatrunkowych, lekarzy) nadal umierali. Nieliczne przypadki ucieczek karane były śmiercią 10 jeńców za jednego uciekiniera.

Ale „6. Batalion” nie opowiada tylko o cierpieniach jeńców na Filipinach i ich uwolnieniu. Mówi także o organizacjach konspiracyjnych, które powstały by wspierać mieszkańców obozu. O siatkach ludzi dobrej woli, którzy organizowali jedzenie, lekarstwa i przerzucali je na teren obozu, którzy potrafili zorganizować pocztę dostarczającą listy za druty i z powrotem. I którzy, niejednokrotnie, płacili za to najwyższą cenę.

Autor zapoznaje nas także ze zbrojnym podziemiem filipińskim, partyzantką wspieraną przez amerykanów i komunistami dla których Japończycy i „kapitalistyczni” partyzanci byli jednakowymi wrogami.

Klaps, akcja!

Jednak, zgodnie z tytułem książki, głównym jej bohaterem są żołnierze jednej z kompanii 6. Batalionu Rangersów, którzy dokonali rajdu 40 km w głąb japońskiego terytorium i uwolnili ostatnich 511 jeńców obozu Cabanatuan.

Im bliżej amerykańskie siły były Filipin i Luzonu tym więcej amerykańskich jeńców wywożono do pracy w Japonii. Wszyscy jeńcy którzy nadawali się jeszcze do pracy potrzebni byli słabnącej z dnia na dzień machinie wojennej cesarstwa. W ten sposób do początku roku 1945 w obozie pozostało tylko ok. 500 jeńców. Jednak im bliżej wojska amerykańskie były obozu tym rosło prawdopodobieństwo, że Japończycy zabiją pozostałych w obozie żołnierzy amerykańskich. Do dowództwa wojsk USA donosili o tym przywódcy miejscowych partyzantów.

Powstał plan odbicia jeńców i przerzucenia ich za amerykańskie linie. Dokonali tego rangersi (ok. 100 ludzi) przy wsparciu miejscowych partyzantów (druga 100). Przeszli oni ponad 40 km w głąb nieprzyjacielskiego terenu, odbili obóz, powstrzymali nadchodzące posiłki japońskie i osłaniając karawanę ponad 100 wozów ciągnionych przez woły przeszli z jeńcami do amerykańskich linii. W porównaniu ze stratami japońskimi, które prawdopodobnie wyniosły kilkuset żołnierzy, straty amerykanów były minimalne.

Gdyby nie to, że jest to prawdziwa opowieść, oparta o „prawdziwe fakty” to wyglądałoby to na scenariusz amerykańskiego filmu propagandowego, zwanego czasami amerykańskim kinem wojennym.

Serdecznie polecam lekturę i zaręczam, że nawet poznanie szczegółów historycznych, które zdradziłem powyżej, wam jej nie zepsuje.

Dla mnie ta książka ważna jest także dla tego, ze pozwoliła mi poznać jedną z ciekawszych jednostek specjalnych drugiej wojny światowej – zwiadowców z Alamo. Podobnie jak żołnierze z LRDG (o których już tu pisałem przy okazji jednej z książek) była to jednostka zwiadu, tylko, że oni powstali dla specyficznych działań na wyspach Pacyfiku, a ich jednostkami transportu nie były samochody, a ścigacze torpedowe i łodzie podwodne.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym - 5

To nie koniec, bo jeszcze o tytule

Oczywiście nie mogę sobie odmówić przyjemności przyczepienia się do tytułu. Właściwy brzmi: „The Great Raid on Cabanatuan” i bardziej obrazowo oddaje treść książki, wg mnie jest także bardziej nośny marketingowo. Nie rozumiem zmiany tytułu. I tym bardziej nie rozumiem tego jak go zmieniono, jako że film, który jak mi się wydaje był ostatecznym impulsem do wydania książki na polskim rynku, nosi tytuł „VI Batalion” (też różny od oryginału „The Great Raid”, 2005 rok). Skąd ten pociąg do zmiany tytułów u polskich dystrybutorów i wydawców?

Dygresja historyczna

Odbicie jeńców z obozu Cabanatuan przypomniało mi inną wojenną historię. W Europie również miało miejsce podobne wydarzenie, niestety jego koniec nie był tak dobry. Gdy 3 Armia gen. Pattona przekroczyła Ren dowiedziano się, że w oflagu XIIIb w Hammelburgu, 100 km za niemieckimi liniami przebywają jeńcy amerykańscy. Jednym z nich był zięć gen. Pattona wzięty do niewoli w Tunezji. Z żołnierzy 4. Dywizji Pancernej wydzielono grupę bojową liczącą 57 pojazdów (w tym 19 czołgów i działa pancerne) i 314 żołnierzy, która przedarła się do obozu i uwolniła jeńców. Niestety podczas odwrotu grupa wpadła w zasadzkę i po walce poddała się. Historycy winą za ten nieudany rajd obarczają Pattona i jego prywatny interes w uwolnieniu zięcia. Ja zastanowiłbym się nad winą wielkiego ego generała, który cierpiał z powodu przeniesienia części zainteresowania opinii publicznej na wydarzenia na Pacyfiku. A o uwolnieniu więźniów z Cabanatuanu pisały wszystkie amerykańskie gazety...

piątek, 11 marca 2011

Dobry Wermacht, lepsze SS

Richard Hagreaves, „Niemcy w Normandii”, Dom Wydawniczy Rebis, 2009 rok

Należę do pokolenia, które było wychowywane w, delikatnie rzecz ujmując, niechęci do Niemców. To oni byli winni wszystkim nieszczęściom, które spotykały Polskę. To oni byli barbarzyńskimi najeźdźcami, hordami Hunów mordującymi nas na przestrzeni wieków. Oczywiście byli wśród nich „dobrzy Niemcy”, ale byli oni nieliczni, no i zazwyczaj byli komunistami.

Prawdopodobnie właśnie z komunistami wiąże się owa, tworzona przez szkołę, media i ogólną propagandę, interpretacja historii. Na tle złych Niemców, nasi bracia w socjalizmie i przewodnicy po komunizmie – władcy ZSRR - mieli wychodzić na oswobodzicieli i zbawców, a ich wojenne i powojenne „wyczyny” w Polsce (te poza wojną z Niemcami) miały pójść w zapomnienie.

Polityka ta przez wiele lat odnosiła skutek, który znamy najlepiej z filmów o kapitanie Klosie i czterech pancernych z psem. Efektem jej padły także książki, z których mogliśmy dowiedzieć się o armii niemieckiej tylko tego co odbywało się w tle bitew z udziałem „oręża polskiego”, a i wtedy zazwyczaj pokazywano wojskową masę, całe jednostki i ew. ich dowódców. Jedynie z nielicznych ukazujących się na naszym rynku książek zachodnich historyków mogliśmy dowiedzieć się, że pod drugiej stronie frontu też walczyli ludzie, którzy mieli swoje wątpliwości, przemyślenia, czy rodziny.

Tak stworzona pustka nie mogła pozostać długo niezagospodarowana na wolnym rynku III RP. Dzisiaj na półkach księgarskich książek omawiających działania armii niemieckiej – Wermachtu, jednostek SS, poszczególnych formacji, oddziałów, udziału w bitwach itd. jest więcej niż tych opisujących jednostki alianckie, a chyba nawet i polskie.

W bliskiej mi rekonstrukcji historycznej drugiej wojny światowej również rozkwita rekonstrukcja jednostek niemieckiej armii. Niejednokrotnie rekonstruktorzy jednostek niemieckich są lepiej przygotowani, mają lepsze wyposażenie i imitacje uzbrojenia niż ich alianccy odpowiednicy. Niestety, co wydaje mi się szczególnie niefortunne, znają oni także historię działań „swoich” jednostek lepiej niż inni.

Czy to dobrze, czy źle? Nie wiem, mam wątpliwości. Wydaje mi się, że po prostu wahadło przez ponad czterdzieści lat wychylone w jedną stronę musiało kiedyś odbić.

Powrót do meritum

Ale dość tego przydługiego wstępu, pora wrócić do meritum sprawy – książki. „Niemcy w Normandii” są monografią omawiającą normandzką bitwę z punktu widzenia żołnierzy niemieckich. Oczywiście jest wiele książek o tych bitwach i wszystkie z nich pokazują walkę obu stron, odnosząc się również do strony niemieckiej, jej oddziałów i żołnierzy. Wszystkie one jednak „widziane” są z punktu obserwatorów alianckich.

Tu mamy odwrócenie relacji, razem z Niemcami i marszałkiem Rommlem szykujemy się do odparcia anglo-amerykańskiego ataku. Widzimy jakie emocje targają dowódcami i żołnierzami, gdy z miesiąca na miesiąc, a potem z tygodnia na tydzień przygotowują swoje stanowiska, zapory i pola minowe na plażach. Mamy okazję bardzo dokładnie poznać relację pomiędzy Hitlerem, sztabem Naczelnego Dowództwa Wermachtu, a jego oddziałem - Naczelnym Dowództwem na Zachodzie.

Hitler i jego marszałkowie upatrywali wielkiej nadziei w inwazji na zachodzie. Dopóki ona nie nastąpiła musieli być na nią gotowi, co blokowało duże siły Wermachtu na zachodzie Europy, tymczasem na wschodzie Armia Czerwona posuwała się wciąż naprzód. Gdyby udało się odeprzeć aliancką inwazję we Francji, z dużym prawdopodobieństwem można by założyć, że na następny tego typu atak Anglików i Amerykanów nie byłoby stać zbyt szybko. Wtedy większość sił można by rzucić do walki z Rosjanami, tocząc tak naprawdę walkę tylko na jednym froncie (oczywiście nie licząc walk we Włoszech).

Mniej znane wojenne historie

Książka Hargreavesa, oprócz tego, że szczegółowo omawia poszczególne bitwy w Normandii dodaje także i rozszerza nowe, nieznane mi w tym zakresie, jej wątki. Dzięki niej poznałem działania U-bootów przeciwko flocie inwazyjnej, próby działania Luftwaffe (która przez np. Ryana przedstawiona była jako samobójczy atak dwóch samolotów na plaże pełne amerykańskich żołnierzy), która w Normandii próbowała nawiązać walkę z aliantami.

Innymi ważnym elementem książki są relacje z badań opinii publicznej przeprowadzanych przez SD wśród Niemców. Można się przekonać jak bardzo nastrój Niemców zależał od propagandy przygotowanej przez służby Goebbelsa. I jak czasem, mimo jego starań, nastroje siadały i oddawały coraz uczciwiej ogólną sytuację. Najlepszym przykładem jest rozpoczęcie ostrzeliwania Anglii bombami V-1, które na początku wzbudziły entuzjazm dla nowej broni, a z czasem, mimo starać propagandy, przyniosły rozczarowanie nie przynosząc wymiernego skutku.

Autor wiele emocji i przekonań prostych żołnierzy na froncie wyczytuje z ich listów pisanych do domu. Żołnierze w listach pozwalają sobie na delikatne tylko sugestie dotyczące trudniejszej z dnia na dzień sytuacji w polu, ale za to bardzo często bezkrytycznie przedstawiali wiarę w swojego wodza. Z tych listów bardzo łatwo wysnuć wniosek o doskonałym morale hitlerowskich żołnierzy. Nie przeczę, że rzeczywiście mogło ono takie być, jednak podważyłbym sam dowód. Przecież Niemcy, jak każda inna armia świata, cenzurowali listy żołnierskie. Szeregowiec, czy podoficer mieli pewność, że ich list, zanim przeczytają go narzeczona, żona, czy rodzice, przeczyta jego dowódca albo ktoś jeszcze, a przypadki siania defetyzmu były surowo karane. Wydaje się także, że żołnierze mogli nie chcieć martwić bliskich swoim ciężkim położeniem i brakiem nadziei.

Hipotetyczna przyszłość przeszłości

Ogólnie myśl książki jest taka, że Niemcy przegrali w Normandii tylko przez przewagę w artylerii i lotnictwie alianckim, oraz przez pomyłki i niedociągnięcia wyższych, a nawet najwyższych oficerów Wermachtu. Gdyby nie upieranie się przy nieracjonalnych rozkazach Hitlera i jego marszałków rezydujących w dalekich od Normandii Niemczech, dzielny żołnierz niemiecki i jego doskonali dowódcy nie przegraliby swojej walki, lub chociaż nie ponieśli tak katastrofalnych strat. Podobne tezy zawsze trochę mnie śmieszą, bo próba zgadywania jaka byłaby przyszłość naszej przeszłości teraz gdy niemal wszystko już wiemy nadal jest niesłychanie trudna, a wtedy teraźniejszość była po prostu płynna i jedno inne zburzenie fali powodowałoby inne jej odbicia w przyszłości. Na inne decyzje sztabu Wermachtu na zachodzie inne byłyby odpowiedzi sztabów alianckich itd. Nie wiadomo jak by było, wiadomo na pewno, że wszystko byłoby... inne, niekonieczne lepsze dla Wermachtu.

Warto przeczytać

Lubię czytać książki historyczne, które oprócz opowieści o bitwach i kampaniach, cytowania danych i mapek ze strzałkami, dają także obraz tego jak czuli tę wojnę zwykli żołnierze i jak wyglądało ich życie na froncie. To właśnie dają „Niemcy w Normandii”, którzy pokazują nam żołnierzy niemieckich jako zwykłych, jak to się teraz mówi, Europejczyków. Ludzi takich samych jak ich przeciwnicy, tak samo tęskniących za bliskimi i przeżywających śmierć swoich przyjaciół. Żołnierzy, nie nadludzkich bohaterów, bojących się śmierci i ran, których do walki motywowała nie tyle ideologia nazistowska, ale przede wszystkim poczucie koleżeństwa.

Oczywiście trudno jest mi okazywać współczucie dla niemieckich ofiar normandzkiej bitwy, bo choć były one ogromne to ciężko zapomnieć, że Niemcy bronili nie swojej Ojczyzny, ale swojej zdobyczy, którą zagarnęli zbrojnie cztery lata wcześniej. Ale dzięki lekturze książki Hargreavesa potrafię bardziej docenić kunszt niemieckiego żołnierza, jego wyszkolenie i uzbrojenie. Po tej i innych tego typu lekturach trudno też mi patrzeć na hitlerowskich żołnierzy jak na hordy barbarzyńskich Hunów.

W moim rankingu 6-gwiazdowym – książka dostaje 4

czwartek, 3 marca 2011

Pustynna przygoda z LRDG

Steven Pressfield „Polowanie na Rommla”, Dom Wydawniczy Rebis, 2008 rok.

Nie jest to książka historyczna, ale z całą pewnością jest to książka opowiadająca wojenną historię. „Polowanie na Rommla” to beletrystyka czystej wody, przygodowa opowieść osadzona w realiach drugiej wojny światowej. Czyli niby nic specjalnego, księgarnie pełne są książek - harlekinów dla mężczyzn, które zamiast miłości i romantyzmu proponują strzelaniny, krew i trupy. Jednak jest kilka „szczegółów” wyróżniających tę książkę, które sprawiły, że sięgnąłem po nią na księgarską półkę.

Po pierwsze akcja toczy się w realiach wojny na pustyni i dotyczy działań mało znanej formacji LRDG (Long Range Desert Group – Pustynne Grupy Dalekiego Zasięgu tłumaczone także jako Pustynne Grupy Dalekiego Zwiadu). Nie znalazłem żadnych innych książek, wydanych w Polsce, które poruszyłyby obszernie ten temat.

Po drugie autor dołożył starań, by w swojej powieści pokazać prawdziwe realia tamtej walki, zarówno jednostek pancernych jak i jednostek LRDG. Rozmawiał z żołnierzami - weteranami LRDG, historykami, znawcami działań tej jednostki. To zdecydowanie zwiększa prawdopodobieństwo, że historia którą opowiada dla nas Steve Pressfield, mimo że fikcyjna, jest oparta na prawdziwych przeżyciach żołnierzy walczących na pustyni.

Trochę historii prawdziwej.
Oddziały LRDG powstały z konieczności. Wojska brytyjskie walczące w północnej Afryce z oddziałami włoskimi i niemieckimi musiały mieć swoje „oczy i uszy” w terenie. Jednocześnie niesłychanie trudny teren pustyni i ogromne odległości, które trzeba było pokonać, wykluczały typowy rekonesans wykonywany przez wydzielone w zwykłych jednostkach oddziały zwiadu. Były żołnierz i przedwojenny znawca pustyni Ralph Bagnold wystąpił o powołanie specjalnej służby rekonesansu, której zadaniem byłyby dalekie rajdy pustynne na tyły wroga.

Z czasem oddziały LRDG zwiększyły zakres swojej pracy z rekonesansu i pozyskiwania danych wywiadowczych do działań kurierskich, aktywnej współpracy ze służbami prowadzącymi ataki na tyły wroga (np. SAS, komandosi), czy samodzielnego organizowania zasadzek i ataków na cele priorytetowe.

W skład nielicznego grona żołnierzy LRDG wchodzili zarówno Brytyjczycy: Anglicy, Szkoci jak i żołnierze z byłych kolonii: Nowej Zelandii, Afryki Południowej, Australii. Łączyło ich jedno - każdy z nich był specjalistą w swojej dziedzinie, ale posiadał także wiedzę i umiejętności pozwalające zastąpić każdego innego członka patrolu. Musieli także wytrzymywać długie i trudne wyjazdy w małej grupie członków jednego patrolu.

Autor „Polowania na Rommla” przygodę swojego bohatera – młodego angielskiego oficera zaczyna od walk jednostek pancernych na pustyni. Później dopiero „oddelegowuje go” do LRDG i to od razu do poważnej misji. Patrole LRDG mają za zadanie odnaleźć sztab „Lisa pustyni” i zabić go!

Kolejne misje bohatera książki dotyczą już bardziej typowych zadań pustynnych patroli – odnalezienia drogi, którą będą mogły poruszać się kolumny pancerne atakujących oddziałów brytyjskich.

Książka pełna jest opisów żołnierskiego życia na dalekich patrolach. Trapiących ich problemów z paliwem, wodą, amunicją. Emocji związanych z walką, zabitymi i rannymi towarzyszami, czy rywalizacją pomiędzy patrolami. Patrole kryją się i uciekają przed liczniejszymi i lepiej uzbrojonymi oddziałami niemieckimi i włoskimi, czasami jednak zmuszone są podjąć walkę. Dowiadujemy się także jak bardzo nieprawdziwy jest obraz gorącej i suchej Afryki Północnej.

Książka wbrew krzykliwemu tytułowi nie jest tanią sensacją z wojną w tle, ale ciekawą powieścią, dzięki której możemy zajrzeć za kulisy działań służb specjalnych i tego aspektu wojny w Afryce o których nie wiadomo zbyt wiele w Polsce.

No i warto dowiedzieć się jak skończyło się spotkanie bohatera z generałem Rommlem ;-)

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – książka dostaje 5 w swojej kategorii oczywiście.

piątek, 25 lutego 2011

O kobietach dzielnych i tajnych

Monika Siedentopf „Agentki wywiadu w czasie II wojny światowej”, Wydawnictwo Muza S.A. 2007 rok.

Na tle książek mówiących o drugiej wojnie światowej to pozycja unikalna. Przede wszystkim dlatego, że dotyczy tylko kobiet – agentek, a w dodatku agentek tajnej służby SOE z sekcji F, czyli tych, które działały na terenie Francji.

Dygresja o tytule.
Niestety, zapewne ze względów marketingowych, polski wydawca postanowił „ubarwić” nieco tytuł (co jest typowe dla naszych wydawców, dystrybutorów filmów itp., którzy mają nas za imbecyli, nie rozumiejących w miarę dokładnego przekładu). Niemiecki oryginał brzmi „Absprung über Feindesland” co można przetłumaczyć jako „Skok na terytorium wroga” - pewnie wg wydawcy nie oddawał on treści książki. Niestety zmieniając tytuł popełniono dwa bardzo poważne błędy: po pierwsze agentki o których mówi książka podlegały brytyjskiej SOE (Special Operations Executive - Kierownictwo Operacji Specjalnych), która nie była wywiadem i miała inne zadania. Drugi błąd opisałem powyżej, czyli trudno jest pisać o agentkach wywiadu II wojny światowej, by później opisywać tylko ich działalność na terenie jednego kraju.


Wracając do unikalności książki – druga wojna światowa była jednym z ostatnich konfliktów zbrojnych w których udział kobiet w walce był mocno ograniczony. Nie licząc wojsk Armii Czerwonej i jej pokrewnych, kobiet nie spotykało się na linii frontu. Pełniły one funkcje pomocnicze na tyłach, były sanitariuszkami w szpitalach polowych (ale znów - nie w pierwszej linii). W konspiracji pełniły rolę łączniczek, czy sanitariuszek. Nawet Niemcy w okresie gdy posyłali już na front starców i dzieci nie mobilizowali kobiet.

„Agentki wywiadu...” opowiadają historię kobiet, które pełniły jedne z najbardziej niebezpiecznych funkcji w tej wojnie – były agentkami służby specjalnej, powołanej z inicjatywy brytyjskiego premiera do „podpalenia Europy”. SOE powstało w lipcu 1940 roku, czyli już po przegraniu przez Francuzów i Anglików wojny o Francję. Churchill postanowił powołać tajną organizację, której zadaniem miało być atakowanie wojsk niemieckich i ich struktur na terenie państw okupowanych oraz wsparcie materialne i osobowe tworzących się tam organizacji podziemnych. SOE miało strukturę podzieloną na sekcje odpowiadające poszczególnym krajom, np. sekcja polska – P, francuska – F, norweska – N, itd.

Dygresja polska
Polska sekcja SOE nie miała zbyt wiele do roboty. Cały ciężar organizacji łączności z krajem, wsparcia wojska podziemnego, planowania zadań itp. wziął na sobie Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza, czyli armia polska w Wielkiej Brytanii. Oczywiście przy ścisłej współpracy z SOE, dzięki czemu organizowano przerzuty Cichociemnych, broni, amunicji i zaopatrzenia dla polskiego podziemia. Cichociemni byli więc odpowiednikami agentów SOE, tylko podlegającymi bezpośrednio pod dowództwo Armii Krajowej, a nie jak w przypadku innych krajów pod kierownictwo SOE.


SOE działało samodzielnie i niezależnie od struktur wojskowych, także od wywiadu MI6, i podlegało pod Ministerstwo Wojny Ekonomicznej.

Oczywiście SOE, jako nowa struktura, musiało zacząć od werbowania agentów, których można by wysłać z misjami do krajów okupowanych np. Francji. Sekcji F wydawało się, że nie jest to problem, bo w Anglii sporo było Francuzów i ludzi mówiących po francusku. Jednak plany uruchomienia we Francji podziemnej armii napotkały na opór i niechęć samych... Francuzów. Jeszcze w roku 1941 okupacja nie dała im się na tyle we znaki, żeby chciało im się jej sprzeciwić. Często agenci SOE musieli działać samodzielnie, wśród niechętnych tubylców. Z czasem okupacja stawała się bardziej uciążliwa, Niemcy wywozili żywność, zamykali restauracje, zabierali młodych ludzi na roboty przymusowe. To właśnie ten ostatni element represji spowodował decyzję o wysłaniu do Francji kobiet – agentek SOE. Kobiecie łatwiej było się poruszać po okupowanym terenie i naturalnie wzbudzała mniej podejrzeń. Jednak decyzja o zatrudnieniu agentek nie była łatwa. Już samo powstanie i działanie SOE budziło sprzeciw brytyjskich kół wojskowych. Konserwatywni żołnierze zawodowi nie widzieli potrzeby prowadzenia „brudnej, niedżentelmeńskiej wojny”, skrytych ataków prowadzonych przez agentów i aktów sabotażu na tyłach wroga. Tym bardziej trudno było zaakceptować udział w tej wojnie kobiet. Ale decyzja zapadła i do końca wojny ponad czterdzieści agentek SOE trafiło do Francji. Po przeszkoleniu fizycznym, psychicznym, saperskim (prawie wszystkie potrafiły konstruować i odpalać ładunki wybuchowe)i radiotelegraficznym, pełniły przede wszystkim funkcje łączniczek i radiotelegrafistek.

Były wśród nich sprzedawczynie, gospodynie domowe, właścicielki firm, a nawet hinduska księżniczka. Były proste dziewczyny z prostą motywacją walki z okupantem i wybitne umysły. Wszystkie były młode i miały jakiś związek z Francją. Najczęściej były Francuzkami, ale często np. tylko wychowały się tam. Wszystkie mówiły bardzo dobrze po francusku, co przydawało się zwłaszcza wtedy gdy agenci z którymi współpracowały, np. mężczyźni radiotelegrafiści z SOE mówili po francusku z obcym akcentem.

„Agentki wywiadu...” opowiadają dość szczegółowo historię tych z nich, którym się nie udało – po kilku miesiącach, tygodniach, dniach od wylądowania we Francji wpadły w ręce gestapo. Przerzucane na teren okupowany były różnie: statkami, na spadochronach, małymi samolotami, które lądowały na przygotowanych przez ruch oporu lądowiskach.

Na miejscu zdarzało się im podejmować pracę agentów SOE – organizować ruch oporu i akty sabotażu, ale najczęściej zostawały łączniczkami poszczególnych siatek konspiracyjnych, czy ich radiooperatorkami. Nie była to praca łatwa i przyjemna, nie była także bezpieczna. Jak już napisałem wszystkie bohaterki książki swoją służbę zakończyły gwałtownie – aresztowane przez organy bezpieczeństwa III Rzeszy.

Niestety, co przykro stwierdzić, ale nam, Polakom, doświadczonym w konspiracji chyba wolno, część „wpadek” następowała niemal na własne życzenie. Agentka, która przed wojną działała w Paryżu, wróciła na swoje „stare śmieci”. To, że działała pod nowym, fałszywym nazwiskiem tylko wprowadzało zamieszanie i dekonspirowało ją. Inne trafiły do służby, mimo że ich zewnętrzna postać zwracała powszechną uwagę i pozwalała łatwo zapamiętać – jedna była zjawiskowo piękna, druga była hinduską księżniczką o ciemnej karnacji skóry.

Autorka ujawnia, ze część bardzo poważnych „wsyp” Resistance (francuski ruch oporu) „zawdzięczała” zdrajcy o którym wiedział brytyjski wywiad MI6 i którego wykorzystywał do własnych potrzeb, nie informując o nim kierownictwa SOE. W ten sposób rozgrywki pomiędzy dwoma brytyjskimi służbami powodowały śmierć i cierpienie agentów SOE i współpracujących z nimi bojowników ruchu oporu.

Dzięki książce losy agentek SOE możemy śledzić do końca ich wojennej drogi – śmierci w niemieckich obozach koncentracyjnych. Mimo że jest ona Niemką, a może właśnie dzięki temu, ukazuje ona bestialstwo mordów na agentkach, czyli żołnierzach posiadających stopnie wojskowe, wykonywanych już pod koniec wojny szybko i bez procesów.

Szkoda, że możemy poczytać tylko o kilku z kilkunastu agentek SOE we Francji. Szkoda, że autorka nie rozszerzyła swego tematu na inne okupowane kraje. Szkoda, że przy opisywaniu działalności agentek nie pokazała więcej działalności ruchu oporu we Francji. A przydało by się, my, dumni z Armii Krajowej zwykliśmy lekceważyć to co działo się w innych krajach, a już szczególnie we Francji.

Szkoda, ale chwała pani Monice Siedentopf za pokazanie losów kilku z bohaterskich kobiet, które wniosły swój skromny w porównaniu z milionami ofiar, lecz ogromny w porównaniu z ofiarą z własnej śmierci, wkład w pokonanie hitlerowskich Niemiec.

W moim rankingu 6-gwiazdowym – książka dostaje mocną 4 z +

Ps. Nie chciałem wymieniać personalnie żadnej z agentek o których mówi książka (lepiej przeczytajcie samemu ich historie), ale zrobię jeden wyjątek. Jedną z bohaterek książki jest Polka – Krystyna Skarbek, która jest postacią naszego panteonu sławnych agentów. Autorka przytacza jej akcję brawurowego uwolnienia z rąk gestapo brytyjskich i francuskich bojowników, krótko omawia jej dokonania i śmierć po wojnie.

środa, 16 lutego 2011

Kolejny ważny most

Stephen E. Ambrose „Most Pegasus. 6 czerwca 1944”. Wydawnictwo Magnum, 2004 rok.

Napisałem już o jednej z książek Ambrosa i jego długich tytułach. Tu mamy wyjątek, bo z tytułu możemy dowiedzieć się tylko czasu opisanego wydarzenia i ew. miejsca, jeśli ktoś już trochę tej historii liznął. Jeśli nie, to już z pierwszych stron książki się tego dowie. To nie kryminał i nie ma tajemnicy, za to jest świetna wojenna historia.

Mała dygresja.
Wzmiankowany wyżej most tak naprawdę nazywa się Pegasus Bridge, od znaku który przyjęli brytyjscy spadochroniarze. Ok, tak się nazywa, czy jednak tłumaczenie tytułu jest dobre? Dlaczego przetłumaczono tylko jedno słowo nazwy, a nie dwa? Np. Most Pegaza (wikipedia upiera się przy tłumaczeniu Most Pegaz)? Taka ciekawostka.

Ta książka jest inna od „Obywateli...”, nadal wprawdzie skupia się na ludziach, ich przeżyciach i emocjach, tło strategiczne i taktyczne wojny pokazując w dalszym planie, ale ma znacznie mniej bohaterów. W „Obywatelach...” Ambrose podjął się bardzo trudnej misji przekazania nam przeżyć milionów żołnierzy amerykańskich w ciągu 11 miesięcy wojny w Europie. Tutaj mamy wzmocnioną kompanię, 181 żołnierzy brytyjskich i jedną dobę w Normandii. Dodatkowo możemy poznać ich przeciwników.

Trochę historii, czyli tła w wielkim uproszczeniu.
Gdy zachodni alianci planowali lądowanie w Normandii założyli, że główne uderzenie skierują naprzód i w kierunku swojego prawego skrzydła, atakując port Cherbourg. Powstał problem ochrony skrzydła lewego, czyli szybkiego zajęcia i utrzymania terenu pomiędzy rzekami Orne i Dives. Zadanie to otrzymała brytyjska 6 Dywizja Powietrznodesantowa. Z pomocą miały im przyjść czołgi, jednostki piechoty i artyleria, którzy mieli lądować na plażach Normandii. Żeby jednak mogło do tego dojść spadochroniarze nie mogli pozwolić by Niemcy zniszczyli mosty na rzece Orne i kanale Caen, które to przeprawy wodne oddzielały tereny desantu 6 DPD od plaż. Gdyby tak się stało dywizja lekkiej piechoty (jaką po wylądowaniu stają się spadochroniarze) łatwo uległaby przewadze sprzętowej pancernych wojsk niemieckich. A miała wylądować w Normandii kilka godzin przed desantem z morza!

Bystrzejsi czytelnicy już mogli się domyślić, że książka Ambrosa dotyczy właśnie tych mostów. I tak jest, bo zadanie zdobycia i utrzymania mostów na Orne i kanale Caen otrzymała kompania D z 6 Brygady Powietrznodesantowej 6 DPD.

Mała dygresja.
Brytyjskie dywizje powietrznodesantowe składały się w czasie wojny z dwóch brygad spadochronowych (żołnierze wchodzili do walki przy pomocy skoku z samolotu ze spadochronem) i jednej brygady powietrznodesantowej (inaczej szybowcowej, której żołnierze lądowali na polu walki w szybowcach).

Autor dość umiejętnie skonstruował swoją opowieść (szczegółów nie mogę zdradzić, żeby nie popsuć zabawy), dawkuje napięcie i prowadzi nas i swoich bohaterów od wstąpienia do wojska, poprzez szkolenie do wypełnienia misji. Ale nie poznajemy całej kompanii lecz jej reprezentantów: dowódcę majora Howarda, jego oficerów, sierżanta, kaprala, pilota szybowca. Dowiadujemy się jak wyglądało ich życie poza służbą i kto czekał na nich w Anglii gdy oni walczyli w Normandii.

Książka przedstawia nam także, choć trochę mniej szczegółowo, bohaterów drugiej strony barykady – pułkownika wojsk pancernych, majora - dowódcę piechoty strzegącej mostów, sierżanta spadochroniarza, czy szeregowców (w tym Polaka siłą wcielonego do wojska).

By zdobyć mosty w stanie nie naruszonym potrzebne było szybkie działanie, tego nie mogli zagwarantować nawet spadochroniarze, takie zadanie mogli wykonać tylko żołnierze w szybowcach, które wylądowałyby (a w zasadzie rozbiły się kontrolowanie, bo na tym polegało bojowe lądowanie szybowca) w pobliżu, umożliwiając żołnierzom szybki atak.

I tak też się stało, szesnaście minut po północy, 6 czerwca 1944 roku kompania D w 5 szybowcach (szósty się zgubił i lądował ponad 20 km dalej) wylądowała nieopodal mostów na kanale Caen i rzece Orne. Szybowiec nr 1, najbliższy celu wylądował niecałe 40 metrów od mostu! A przecież była noc, a nawigacja ówczesna w porównaniu ze współczesną była prymitywna. Niemiecy, mimo że posiadali umocnienia, ustawione gniazda karabinów maszynowych i działo nie mieli szans z dobrze wyszkolonymi Brytyjczykami. Żołnierze Howarda w ciągu dziesięciu minut opanowali mosty, zdemontowali instalację niemal gotową do ich wysadzenia (Niemcy byli pewni, że zdążą, w razie czego, założyć materiały wybuchowe do przygotowanych kabli) i przygotowali się na kontratak.

Wkrótce dołączyli do nich spadochroniarze z 7 batalionu 5 brygady spadochronowej, których zadaniem było wesprzeć obronę mostów. Przez resztę nocy spadochroniarze i piechota szybowcowa odpierali niemieckie ataki. Nad ranem usłyszeli wystrzały artylerii okrętowej i odgłosy walki desantu na plażach – to w Normandii lądowały wojska sprzymierzonych. Gdy około godz. 13.00 czuli się już jak oblężeni osadnicy na amerykańskiej prerii (porównanie Ambrosa) usłyszeli dźwięki dud, to nadchodziła obiecana pomoc – komandosi dowodzeni przez lorda Lovata, który szedł wyprostowany obok swojego dudziarza. Wkrótce nadjkechały czołgi, które wsparły obronę mostu, a przejeżdżając przez niego ruszyły na pomoc 6 DPD.


Na cześć tego wspaniałego wyczynu władze francuskie oficjalnie nazwały most na kanale Caen Mostem Pegaza (Pegasus Bridge), a gdy stary most dożył swych dni i trzeba było zastąpić go nowszym, zdemontowano go i przeniesiono w całości do muzeum w Ranville!

Książkę Ambrosa, jak wszystkie jego publikacje, czyta się jak powieść sensacyjną. Pełna jest opowieści i anegdot pokazujących czyny niezwykłe i momenty zabawne. Bo obok sierżanta, który jedynym czynnym piatem (ręczna broń przeciwpancerna), jednym strzałem zatrzymuje niemieckie kontrnatarcie pancerne, czytamy opowieść o grupie żołnierzy, którzy metodą prób i błędów, nauczyli się korzystać z niemieckiego działa i przy jego pomocy zatopili kanonierkę płynącą po kanale. Czytamy o szczeniackich wygłupach i okradzeniu magazynów wojskowych z proszku i mydła, by rozsypać je po ziemi i o majorze Howardzie, który po 200-kilometrowym marszu kompanii nie pozwolił odpocząć oficerom dopóki nie zadbali o swoich podwładnych.

Ambrose nie pozostawia swoich bohaterów jako żołnierzy, towarzyszy im także po wojnie. Dowiadujemy się co robili w cywilu, jak i kiedy zmarli albo jak żyją współcześnie (oczywiście dla autora w czasach wydania książki). I znów nie brakuje momentów, które mogą wzruszyć. Dawni wrogowie zostają przyjaciółmi i razem prowadzą wykłady w szkołach wojskowych. Brytyjski kapral i niemiecki sierżant, którzy strzelali do siebie przy moście w nocy 6 czerwca po wojnie poznają się na zjeździe spadochroniarzy i „zakopują topór wojenny”.

Do tego trzeba dodać historię kawiarni przy moście i jej dzielnych właścicieli, którzy w czerwcową noc 1944 roku częstowali zdobywców mostu szampanem, a wcześnie dostarczali wywiadowi brytyjskiemu danych o obronie mostu i mamy niemal kompletny obrazek z książki Ambrosa.

Niemal kompletny, bo jednak warto przeczytać książkę w której znajdziesz drogi czytelniku (no i droga czytelniczko też) i więcej i lepiej. A propos lepiej, mój brat, który właśnie czyta „Pacyfik” autorstwa Ambrosa młodszego twierdzi, że nie „lepiej”, a wprost gorzej. Jak przeczytam to dam znać.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – książka dostaje bardzo mocną 5 z +