Cytat jakiś ciekawy

Drugi plan zbombardowania Pearl Harbor został obmyślony i wykonany przez admirała Franka A. Schofielda, który w 1932 roku opracował doroczne ćwiczenia Problem Floty XIV. Zgodnie z jego założeniami lotniskowce miały podejść niepostrzeżenie do Hawajów i zaatakować Pearl Harbor. Ku zaskoczeniu większości oficerów marynarki lotniskowce („Saratoga” i „Lexington”) odniosły całkowity sukces. Ich samoloty spadły na Pearl Harbor w niedzielę rano i zatopiły Flotę Pacyfiku.”

Thomas P. Lowry, John W.G. Wellham, „Atak na Tarent. Preludium do Pearl Harbor”


Wojenne historie

Wojenne historie

środa, 9 lutego 2011

Ku pamięci commandosów (komandosów)


Hubert Królikowski „1. Samodzielna Kompania Commando (No 10 Cammando - 6th Troop)". Wydawnictwa Bellona i Magnum X, 2011 rok.

Są książki, które chce się mieć żeby do nich wracać. Czasem by przeczytać znów całą, czasem by mieć możliwość czytania najlepszych fragmentów, lub przejrzenia zdjęć. Książki, które budzą emocje, wzruszenia i jakieś takie pragnienie bycia z ich bohaterami. W wypadku książek wojennych zazwyczaj pragnienie nieracjonalne, bo przecież wojna to nie zabawa, ani nic szczególnie fajnego. Ale są książki, które budzą we mnie takie właśnie nierozumne uczucia (tak jak by były rozumne uczucia ;-).

Są jednak książki, które trzeba mieć. Nie niosą w sobie dynamitu uczuć, czy też innego ich ucieleśnienia, są jednak pełne faktów, które znać trzeba. Faktów, które gdy ktoś interesuje się daną historią, warto pamiętać, a na wszelki wypadek móc do nich zajrzeć. Autorzy tych książek swoją pracę traktują bardzo poważnie i poważnie traktują fakty w niej zawarte.

Książka Huberta Królikowskiego to ważna pozycja, bo do tej pory temu zasłużonemu oddziałowi nie poświęcono zbyt wiele uwagi w literaturze historycznej. Zazwyczaj był to np. rozdział poświęcony w książce o jednostkach specjalnych w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, lub wspomnienia. Bibliografia pod książką nie jest zbyt długa.

Żołnierze PSZ nie mieli zbyt wiele szczęścia do historyków, czy dziennikarzy, którzy utrwalili by ich historię na gorąco, lub zaraz po wojnie (mała uwaga dla mniej znających historię 1. Samodzielna Kompania Commando była częścią Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w czasie II wojny światowej). W powstającej „nowej” ludowej Polsce nie było miejsca dla reakcyjnych żołnierzy z Zachodu i ich bohaterskich czynów, a rząd i Polacy w Londynie mieli inne kłopoty. Mogliśmy więc z zazdrością patrzeć na książki powstające o żołnierzach brytyjskich, amerykańskich, a nawet niemieckich. Nawet nieliczne opracowania, zbiory reportaży, czy wspomnienia wydawane na Zachodzie nie były dla nas w PRL dostępne.

Teraz nasi historycy i entuzjaści starają się to zmienić i coraz więcej jest książek opowiadających wojenne historie poszczególnych oddziałów PSZ. Niestety coraz mniej jest świadków pamiętających tamte czasy.

Jedną z takich książek jest właśnie „1. Samodzielna Kompania Commando” opowiadająca o powstaniu i walkach pierwszego polskiego oddziału komandosów. Zapewne jednostki wypełniające zadania komandosów istniały już wcześniej i bardziej obeznani w temacie mogliby podać takie przykłady, tym niemniej prawdą jest, że to Brytyjczycy tak nazwali swój pomysł na małe, sprawne jednostki bojowe przeznaczone do zadań specjalnych – działań na tyłach wroga, szybkiego desantu morskiego, działania w ekstremalnych warunkach terenowych i akcji typu „zaatakuj, zadaj straty i wycofaj się”.

Przy brytyjskich Commandach komandosów (Commando – nazwa dla jednostki specjalnej, bliżej nie sprecyzowanej wielkości) powstało Commando międzynarodowe, w skład którego wchodziła właśnie kompania polska (wtedy zwana 6th Troop).

Autor opisuje szczegóły szkolenia jednostek specjalnych, poszczególne etapy przemieszczania się polskiego oddziału i wreszcie jego walki we Włoszech. Poświęca cały rozdział by omówić wyposażenie, uzbrojenie i umundurowanie jednostki. Dzięki pracowitości autora możemy śledzić proces przekształcania się brytyjskiego 6th Troop w 1. Samodzielną Kompanię Commando i w końcu w 2. Batalion Komandosów Zmotoryzowanych, który rozwiązano w Anglii w lipcu 1947 roku.

Jednak w tej szczegółowości autora tkwi również słabość książki. Bo wprawdzie znajdziemy w niej nazwiska żołnierzy kompanii, wszystkich jej dowódców od początku do końca istnienia (do dowódców plutonów w batalionie włącznie), ale brakuje tu emocji i szczegółów o które aż się proszą niektóre opisywane wydarzenia.

Bitwy i potyczki komandosów opisywane są krótko i nawet nie treściwie, widać, że autorowi zależało na tym, żeby zaznaczyć w książce szlak bojowy kompanii, ale nie starczyło czasu, lub pomysłu na to by dodać jej nieco życia i prawdziwych wspomnień, poruszanych już tu wielokrotnie wcześniej emocji. Nie znajdziemy tu nawet faktów, które tłumaczyłyby długą listę odznaczeń zamieszczoną w załączniku. A przecież nie rozdawano ich za darmo.

Dlatego ta właśnie książka należy do kategorii publikacji, które mieć trzeba, zaglądać do nich w poszukiwaniu zapomnianych faktów czy dat, ale ja nigdy już nie wrócę do niej by przeczytać ją w całości. Autor nie napisał książki poświęconej pierwszym polskim komandosom, a poświęcił im pracę naukową. Wydawnictwo należą się brawa za je opublikowanie w formie książki.

Teraz trochę dziegciu. W książkach opowiadających wojenne historie bardzo ważne są zdjęcia (zazwyczaj archiwalne). Stare zdjęcia z natury swojej bywają złej jakości, więc żeby jej nie pogarszać wydawcy zazwyczaj publikują je na kredzie. Ale nie tym razem. Bellona i Magnum X postanowiły, ze od niosących wartość historyczną zdjęć ważniejsze są rysunki umundurowanych żołnierzy, które spotykamy również w początkach rozdziałów. Mamy więc wkładkę kolorową z rysunkami. Gdyby chociaż były to zdjęcia rekonstruktorów, których grupa jest na tylnej okładce...

Inna moja uwaga mogłaby dotyczyć niemal wszystkich książek wydawanych przez Bellonę, które posiadam lub czytałem. Mam wrażenie, że wydawnictwo to bardzo oszczędza na ostatniej korekcie. Bez żadnego trudu można w książce znaleźć literówki, a spacja uciekła im nawet przy opisywaniu autora na okładce. Wstyd.

W moim 6-gwiazdkowym rankingu – słaba 4 (i to tylko za solidny zapis historii).

wtorek, 8 lutego 2011

Obywatele na wojnie

Stephen E. Ambrose „Obywatele w mundurach. 7 czerwca 1944 – 7 maja 1945. Od plaż Normandii do Berlina”. Wydawnictwo Magnum, 2008 rok.

Książka jest kontynuacją „D-Day: 6 czerwca 1944: Przełomowa bitwa II wojny światowej” tegoż samego autora, który jest w Polsce znany przede wszystkim z innej - „Kompania braci. Od Normandii do Orlego Gniazda Hitlera. Kompania E 506 pułku piechoty spadochronowej 101 Dywizji Powietrznodesantowej”, sfilmowanej w serial o tym samym tytule. Na powyższych przykładach można przekonać się, że pan Ambrose lubi podtytuły, które bez żadnych wątpliwości wyjaśniają treść książki.

Jak widać więc po pełnym tytule, ta książka Ambrosa dotyczy działań wojennych prowadzonych na zachodnim froncie drugiej wojny światowej od dnia następnego po lądowaniu w Normandii do zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami, choć owe wojska do tytułowego Berlina nie doszły.

Z Berlinem wiąże się pewna różnica pomiędzy znanymi historykami, dziennikarzami i pisarzami, Ambrose napisał, że nie spotkał żadnego amerykańskiego żołnierza, który opowiedziałby mu o chęci dojść aż do Berlina, a Cornelius Ryan w swojej książce „Ostania bitwa” wymienia całe jednostki amerykańskie chcące zdobyć stolicę III Rzeszy.

Ale wracajmy do książki.

Dlaczego „obywatele w mundurach”? To bardzo ciekawe spostrzeżenie autora, który zauważa, że USA (bo książka dotyczy przede wszystkim wojsk amerykańskich) miały w 1939 roku armię zawodową liczącą 160 tys. żołnierzy (dla porównania dodam, że Polska chce mieć obecnie docelowo armię 120 tysięczną), tymczasem już pięć lat później ich siły zbrojne liczyły 8 milionów żołnierzy. Żołnierzy, którzy wcześniej byli zwykłymi obywatelami, zapewne nie tyle miłującymi pokój, co po prostu niemyślącymi o wojnie.

Stany Zjednoczone nie tylko zmobilizowały i przeszkoliły miliony żołnierzy, ale potrafiły stworzyć system, który w sposób masowy kształcił dla tej armii oficerów, bo tych, którzy przed wojną byli zawodowcami była w sumie mała garstka (subiektywnie).

Ci, którzy z tej książki chcieliby się uczyć historii drugiej wojny światowej, lub choćby jej części zwanej drugim, zachodnim frontem europejskim muszę nieco rozczarować. Oczywiście ta historia jest tu szkieletowo opisana, ale dla Ambrosa ważniejsze jest to co przeżywali żołnierze, od prostych szeregowych do oficerów.

Dlatego możemy tu znaleźć mnóstwo cytatów z ich wypowiedzi i widać, ze autor miał szczęście rozmawiać z bardzo wieloma z nich. To właśnie te relacje, często emocjonalne, są najważniejszym atutem tej książki. Zawiera ona także sporą garść anegdot i opowieści z życia wziętych, niektóre śmieszne inne trochę straszne.

Innym ważnym elementem są rozdziały monograficzne w części trzeciej, która obok tych poświęconym poszczególnym bitwom, czy kampaniom stanowi może najciekawszą część książki. Te rozdziały można czytać osobno i także jakby osobno od historycznej ciągłości książki. Dowiadujemy się z nich jak wyglądała noc na froncie, jak pracowali lekarze, sanitariusze i pielęgniarki, lotnicy, czy nawet jak wyglądali dekownicy i spekulanci.

Mnie szczególnie zainteresował rozdział poświęcony uzupełnieniom. Był to temat w zasadzie mi nie znany, a jak się okazało niesłychanie ciekawy. Według Ambrosa system ten przyczynił się do dużych strat wśród nowo przybyłych na front i był delikatnie rzecz ujmując nieefektywny. W największym skrócie chodziło o to, że w przeciwieństwie do innych armii Amerykanie nie wycofywali swoich wykrwawionych jednostek z pierwszej linii (co najwyżej cofali je dla odpoczynku), a uzupełniali je żołnierzami nadchodzącymi ze Stanów, którzy po krótkim pobycie w ośrodku pośrednim byli kierowani pojedynczo (nie jako zwarta formacja, drużyna, pluton, kompania) do jednostek frontowych. Żołnierze ci często nie mieli szczęścia zebrać niezbędnego doświadczenia i ginęli, lub byli ranni tak szybko, że weterani nie widzieli potrzebny uczenia się ich imion. Taki system uzupełniania stanów „w biegu” prowadził do tego, że niektóre dywizje miały 300% „stanu” – 100% na froncie, 100% w szpitalach, a 100% na cmentarzach. Z opisu autora wynika, że system być może miał swoje zalety, ale przede wszystkim miał wady i spowodował wiele niepotrzebnych śmierci.

Czytając nie sposób zapomnieć, że jest to książka napisana przez amerykańskiego historyka dla Amerykanów. I czasami bardzo to czuć, nie tylko dlatego, ze inne nacje pojawiają się tylko w tle (są tu także Polacy), ale przede wszystkim z powodu kolejnego pomysłu autora. Ambrose dla wzmocnienia „obywatelskości mundurowej” swojej książki sięgnął do historii mniej nam znanej – amerykańskiej wojny o niepodległość, czy wojny secesyjnej. Wtedy to także do boju stanęli zwykli obywatele, a oficerami zostawali najwybitniejsi z nich. Co ciekawe Ambrose zauważa, że czasami żołnierze XVIII, czy XIX-wieczni mieli się lepiej niż ich wnukowie służący w nowoczesnej armii drugiej wojny światowej. Na przykład gdy amerykańscy żołnierze marzli w zimie w Ardenach, bojąc się ruszyć, bo każdy taki ruch mógł wywołać ostrzał artyleryjski, to żołnierze Waszyngtona zakładali w zimie w miarę wygodne obozy i gotowali sobie jedzenie na ogniskach. Podobnie działo się w nocy, która dla żołnierzy drugiej wojny światowej była normalnym czasem działań wojennych, a dla żołnierzy nawet jeszcze XIX-wiecznych okresem przerwania walk, palenia ognisk i odpoczynku.

Jak widać nie jest to książka jak wiele innych opisujących bitwy i wojny. Sięga dużo głębiej w emocje i dużo głębiej w organizacje życia na froncie i poza nim.

Lektura obowiązkowa dla interesujących się udziałem w WW2 wojsk amerykańskich i zdecydowanie ciekawa dla tych, którzy chcą poznać jak żyli i walczyli żołnierze ostatniej wojny światowej (no w tym wypadku raczej jej bardziej cywilizowanego , zachodniego frontu europejskiego.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym, książka dostaje mocną 5.    

Wstęp, czyli dlaczego?

Gdy półtora roku temu wracałem do moich zainteresowań literatura historyczną i wojenną opisującą drugą wojnę światową okazało się, że wprawdzie w księgarniach jest dużo takich książek, ale nie wszystko można tam znaleźć i trzeba sięgać do antykwariatów, czy aukcji internetowych. I tu rodzi się problem dla człowieka, który jest zainteresowany jakąś wiedzą bardziej szczegółową niż ogólny temat WW2. Mnie odnowiła się miłość do polskich spadochroniarzy: 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej, Cichociemnych i tematu zachodniego frontu europejskiego. Oczywiście znalezienie spisu koniecznych lektur nie było trudne, każda porządna książka historyczna zawiera bibliografię i po przeczytaniu 2-3 można wyrobić sobie listę koniecznych lektur.

Kłopot jest wtedy gdy chcesz owe książki posiadać/zakupić albo w ich dostanie do rąk (nawet tylko do przeczytania) jest naprawdę trudne. Jak ocenić książkę po samym tytule i autorze? Niby można, ale lepiej byłoby przeczytać recenzję kogoś tak jak ja zainteresowanego tematem.

I tu dochodzimy do narodzin owego problemu. Mimo, iż w internecie jest podobno wszystko, bardzo trudno jest znaleźć niezależne recenzje książek wojennych, książek opowiadających wojenne historie. Nawet gdy są to zupełnie nowe pozycje, lub wznowienia starych to i tak najczęściej trafiają się tylko teksty reklamowe wydawców.

Uważam, że w życiu przeczytałem już wiele książek i mogę sobie pozwolić na to, by na mój skromny sposób wypełniać tę lukę. Natchnęli mnie do tego: moja osobista bratowa, która prowadzi  http://poleczkazmigdalami.blogspot.com/ podsuwając mi w ten sposób pomysł oraz mój przyjaciel Marcin, najlepszy wyszukiwacz książek jakiego znam, któremu zawdzięczam wiele "białych kruków" ze swej skromnej kolekcji.

Zapraszam do czytania, zarówno "Wojennych historii", jak i książek, a może przede wszystki książek.