Cytat jakiś ciekawy

Doszłam do Berlina. Podpisałam się na Reichstagu: „Ja, Zofia Adamowna Kuncewicz przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę”

starszyna Zofia Adamowna Kuncewicz, sanitariuszka kompanii piechoty

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Wojenne historie

Wojenne historie

czwartek, 4 lutego 2016

Kobiety na wojnie - historia opowiadana

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, Wydawnictwo Czarne, 2010 r. Wysłuchana w audiobooku.

Książka, a w zasadzie opisanie jej, nieco poczekało. Samo „opisanie”, bo książkę wysłuchałem (bo przeczytać tak od razu się jej nie dało, wtedy jeszcze na rynku dostępny był tylko audiobook) jeszcze w zeszłym roku, zaraz gdy dowiedziałem się, że szanowna autorka dostała Nobla.

Przeczytać przecież trzeba było jakby podwójnie, czy nawet potrójnie. Po pierwsze staram się czytać przynajmniej jedną książkę każdego nowego noblisty literackiego, po drugie pierwsza/pierwszy reportażystka/reportażysta (żeby nie było wątpliwości co do pierwszeństwa absolutnego) z tą nagrodą! No i po trzecie – opisująca wojenne historie! Absolutna konieczność czytelnicza.

Myślałem, że posiadanie czytnika i doświadczenie w zakupie w księgarniach internetowych da mi przewagę i jako jeden z pierwszych przeczytam wojenne historie noblistki. I zdziwiłem się niezmiernie. Okazało się, że interesująca mnie pozycja była tylko do... wysłuchania, a słuchanie książki, mimo hipnotyzującego (a może właśnie dlatego) głosu Krystyny Czubówny nie jest tym samym, co jej czytanie i zabiera dużo więcej czasu. Dodatkowo wymaga robienia notatek i zatrzymywania się na środku chodnika dla spisania cytatu, czy ciekawego faktu. Ale zaciąłem się, wysłuchałem i teraz mogę z czystym sercem polecić.

Armia Czerwona, w czasie drugiej z wojen światowych, była jedną z nielicznych, która mobilizowała kobiety wysyłając je na pierwszą linię frontu. Tam pełniły one najróżniejsze funkcje: od najbardziej ewidentnych, jak się wydaje – sanitariuszek, kucharek i praczek do dużo mniej oczywistych – snajperek czy pilotów nocnych bombowców.

Autorka nie zostawiła sobie zbyt wiele miejsca na komentarze. Jej książka to rezultat bardzo wielu rozmów z uczestniczkami wojny, spisania ich i ułożenia w całość opowiadająca dzieje radzieckich kobiet walczących za ojczyznę i Stalina. I, jak się okazało, za niewdzięczny naród. Tak trochę od końca – problemem autorki było m.in. przebicie się przez mur niechęci do pokazania udziału kobiet w wojnie. Radziecki system socjalistyczno-komunistyczny, który tak łatwo zrównywał płeć, gdy przychodziło posyłać młode kobiety na front, po wojnie wrócił do patrzenia na wojnę oczami mężczyzn i ich wspomnień. Organizacje kombatanckie proponowały autorce rozmowy z weteranami, a jej rozmowom z byłymi czerwonoarmistkami potrafili przyglądać się mężowie, by te „czegoś nie chlapnęły”.

Zaraz po wojnie nie było wcale lepiej. Do traumy, przejawiającej się np. urazem do koloru czerwonego (żadnych czerwonych chustek, sukienek, elementów wystroju nawet długie dziesięciolecia po wojnie), dołączył ostracyzm środowiska lokalnego (zwłaszcza kobiet). „Bo przecież wiadomo do czego służyły te kobiety na froncie, kurwy jedne” - popularny także dzisiaj stereotyp o wykorzystywaniu kobiet – żołnierzy w celach seksualnych.

A przecież gdy szły na wojnę, czasami w wieku 16 lat, na ochotnika by bronić ojczyzny, było im trudniej niż mężczyznom. Dostawały te same sorty mundurowe co oni (dużo później pojawiły się damskie mundury i bielizna), niekompletne (biedna była i w potrzebie ta ich ojczyzna), za duże, bo przecież owe uniformy produkowano w rozmiarach męskich.

Opowieść jednej z dziewcząt jak przez cały okres unitarny przechodziła w butach nr 42, podczas gdy nosiła... 35 byłaby nawet zabawna, zwłaszcza we fragmencie gdy podczas zwrotu w tył „wyskoczyła” z butów, gdyby nie tragizm tej sytuacji.

Trenowano je i traktowano jak mężczyzn ze wszystkimi niedogodnościami higienicznymi. Gdy któregoś dnia, jak opowiada jedna z bohaterek książki, jej oddział zaprowadzono do miejskiej łaźni, łaziebna nie chciała wpuścić „tych mężczyzn” do kobiecej części.

A one i tak starały się zachować kobiecość. Próbowały się malować, czesać, przerabiać mundury, nierzadko były za to karane przez surowych podoficerów i oficerów ale chciały zostać... kobietami... w tych męskich ciuchach.

Wstrząsające są wspomnienia sanitariuszek, które widząc pokiereszowane zwłoki i pokaleczonych i zdeformowanych rannych przyznają się, że bardziej od śmierci bały się tego by gdy je trafi pocisk czy odłamek nie oszpecił ich, nie pokaleczył nóg „a nogi miałam wyjątkowo ładne”, „nie śmierci się bałam ale tego jak będę wyglądała po śmierci”.

To właśnie opowieści sanitariuszek dominują w tych wojennych historiach. Zarówno tych z pierwszej linii frontu, jak i tych ze szpitali polowych. Te pierwsze czołgając się zbierały rannych z pola bitwy, zakładając im pierwsze opatrunki ratowały życie. Ich wspomnienia to setki i tysiące żołnierzy dosłownie wyciąganych z błota i ratowanych mimo braku podstawowych środków. Młoda, wtedy, sanitariuszka wspomina jak poprosiła kolegów z oddziału by oddali swoje kalesony na opatrunki i zabieranie ich, gdy przy kompletnym bezwstydzie ściągali je rozbierając się przy niej.

Sanitariuszki ratowały, mimo że żołnierze nie zawsze chcieli być ratowani. Już po wojnie jedna z żołnierek widząc na ulicach kalekich weteranów, bez nóg, rąk, żebrzących o kawałek chleba, bała się spotkać tych których ratowała, mimo że prosili o dobicie lub zostawienie na śmierć.

Jednak kobiecy, wojenny heroizm to nie tylko ratowanie życia ale także jego odbieranie. Ale tu także sporo jest kobiecej natury i emocji. Zawstydzenie, gdy snajperka zabija pięknego konia błąkającego się po przedpolu, tak silne, że obecne dziesięciolecia po wojnie. Opowieść niemieckiego oficera o radzieckiej snajperce, która zginęła, bo założyła czerwony szalik. Pilot nocnego bombowca wspominająca kompletne wyczerpanie po kilku nalotach w czasie nocy i wleczenie po ziemi mapnika, którego nie miała już siły nieść.

I wiele, wiele innych, których nie przytoczę, by nie psuć przyjemności czytania (jest już dostępne wydanie drugie, tym razem na papierze i w e-booku).

Te wszystkie opowieści sprawiają, że wojna opisywana przez autorkę, ustami jej rozmówczyń, staje się bardzo osobista. Aleksijewicz napisała, że „pisze nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie” i jest w tym absolutna prawda. Tak samo jak w zdaniu, które również pada w tej książce: „kobieca wojna jest straszliwsza niż wojna”. I choć można polemizować z tak filozoficznym stwierdzeniem ,to zaraz po przeczytaniu książki zgadzamy się z nim odruchowo i w 100%.

Jedno zastrzeżenie.
Trudno powiedzieć, dlaczego w tych żołnierskich opowieściach, mimo że część z nich zbierana była już w latach dziewięćdziesiątych, tak mało jest tego, co nam wydaje się oczywiste – stalinowskiego terroru, historii o wykorzystywaniu seksualnym. Bo nie ma ich wiele. Jednak te, które się pojawiają trochę tłumaczą, jak mi się wydaje, te braki. Te wówczas młode dziewczyny nie przypadkowo do armii szły na ochotnika. Ich światem była wszechobecna komunistyczna propaganda. Zderzenie z oficerem, który po wódce narzeka na system i Stalina, w tym wypadku mogło być szokiem. Kilka rozmówczyń Aleksijewicz przyznaje się do późnych refleksji o sensie systemu, w którym żyły i walczyły, ale wydaje mi się, że, podobnie jak w wypadku męskich weteranów „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, krytykowanie komunizmu i Stalina może dla nich równać się z kwestionowaniem i umniejszaniem heroizmu ich samych - żołnierzy, którzy dla niego walczyli.

Temu także możemy zawdzięczać np. wydające się, z naszego punktu widzenia, nieprawdopodobne opowieści o opiekowaniu się i karmieniu niemieckich dzieci. Nie zgadza się to z naszymi stereotypami o zachowaniu radzieckich żołnierzy, choć z drugiej strony – oni też byli ludźmi. I o tym także jest ta książka.

Nie przeczytałem żadnej innej książki Swietłany Aleksijewicz, ale już ta jedna tłumaczy, wg mnie, nagrodę Nobla. Polecam do przeczytania, zwłaszcza tym którzy interesują się historią drugiej wojny światowej. Pozycja obowiązkowa dla rekonstruktorek kobiecych postaci owej wojny, bez względu na odtwarzaną stronę. Tyle prawdy o kobiecie na wojnie niełatwo jest znaleźć.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z plusem.

Zubek

Ps. Książka ta przypomina mi inne, z serii „Świadkowie historii” (http://www.wojennehistorie.pl/2012/05/swiadkowie-historii-gos-jej-tworcow.html), tylko tam autorzy mieli do wykorzystania ogromne brytyjskie archiwa przechowujące głosy i wspomnienia żołnierzy. Swietłana Aleksijewicz sama zbierała (w latach 1978 – 2004) swoje wojenne historie. Pełen szacunek.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Karbala - współcześni bohaterowie w książce, czyli zanim obejrzysz film - poczytaj.

Piotr Głuchowski, Marcin Górka „Karbala”. AGORA S.A., 2015 rok.

Wielu moich znajomych do tej pory przekonanych jest o tym, że w Iraku prowadziliśmy działania stabilizacyjne, budowaliśmy szkoły, pomagaliśmy ludziom i demokracji. Polscy żołnierze ginęli, bo źli terroryści podkładali bomby pod niosące pokój i radość konwoje. Tego przez lata mogliśmy dowiedzieć się z naszych mediów, tak mówili politycy, generałowie i ich rzecznicy. Kłamcy.

Ta książka pokazuje inny świat tej wojny, bo jest właśnie opowieścią o wojnie. I to nie taką, która pozwala na gadanie o „okupacji”, „polskich okupantach”, „wstydzie za Polaków”, „najemnikach” itp. bzdury pisane przez miłujących pokój ludzi, którzy mogą go miłować i wypowiadać publicznie takie słowa, bo żołnierze, tacy jak jak bohaterowie „Karbali”, stoją na straży jego bezpieczeństwa. I to na tyle komentarza dla kilku moich znajomych, którzy są żywym przykładem tego, że czasami, mentalnie, naprawdę jesteśmy czterdzieści lat za Ameryką (znaczy w latach 70.).

„– Uznaliśmy, że nie ma sensu o tym szerzej informować – tak to po dekadzie wytłumaczy generał Bieniek w rozmowie z tygodnikiem „Wprost”: – Przekazywanie informacji, że Irak płonie, nie wpłynęłoby dobrze ani na świadomość żołnierzy w Polsce, ani na rodziny misjonarzy, ani na resztę naszego społeczeństwa”. Ten cytat z książki niech starczy za komentarz do kłamstw jakimi nas karmiono. Książka jest zbyt ciekawa i ważna by skupiać się na tym temacie, ale jeszcze do niego wrócę (na koniec).

Bo „Karbala” to książka bardzo dobra. I to nie tylko bo ma szansę większej ilości ludzi opowiedzieć historię walk polskich żołnierzy w Iraku, ale także że ową szanse wykorzystuje. To świetnie napisana opowieść, w stylu filmów amerykańskich, która trzyma czytelnika w napięciu serwując mu kolejne wojenne historie. I to historie prawdziwe, bo autorzy dotarli i zdobyli zaufanie weteranów i bohaterów z Karbali. A to nie jest byle co. Bo znalezienie ich mogło nie być trudne, choć część z nich odeszła już do cywila i rozpoczęła inne życie, chcąc zapomnieć o wojnie, ale przekonać ich do szczerości i opowieści... Żołnierze nie lubią dziennikarzy i wolą trzymać ich na dystans, tego uczą nasze służby mundurowe - „odeślij do rzecznika!”. Tego uczy praktyka, na którą solidnie zapracowali koledzy dziennikarze – szukający sensacji lub bezrefleksyjnie powtarzający słowa rzeczników i polityków.

Tym razem jednak udało się. „Karbala” jest reportażem z wojny napisanym opowieściami żołnierzy, od dowódców do szeregowych. Od tych którzy podejmowali decyzję o wysłaniu żołnierzy do walki i być może na śmierć, do tych, którzy stanęli przed wyborem „albo my ich, albo oni nas”.

Książka, wbrew powszechnej opinii, nie jest poświęcona tylko i wyłącznie obronie City Hall w Karbali. Sama akcja jest jakby tylko pretekstem do opisania wydarzeń z kwietnia i maja 2004 roku oraz całego tła politycznego, społecznego i wojskowego Iraku z początku XXI wieku. No i udziału w tym wszystkim Polaków i naszego wojska.

Może tych, którzy spodziewają się czegoś w stylu „Helikoptera w ogniu” i „Byliśmy żołnierzami” ten opis nieco zaniepokoi, ale niesłusznie. Wprowadzenie do sytuacji, pokazanie tła całej akcji powoduje, że lepiej rozumiemy to, co działo się przez te tygodnie, miesiące i lata.

A miłośnicy akcji nie będą żałowali z całą pewnością. Bowiem „Karbala” to nie tylko te kilka dni i nocy obrony karbalskiego „ratusza” (3-6. kwietnia 2004 roku) przez pododdziały polskie i bułgarskie, ale także udział polskich żołnierzy w operacji „Żelazna szabla” - odzyskaniu Karbali z rąk partyzantów sadryjskich i oczyszczeniu miasta przez Amerykanów i Polaków.

I to akcji pisanej żołnierskimi opowieściami i obrazami jak z wyżej wymienionych filmów.
Dwa przykłady.

Pierwszy:
Naprzeciwko szóstki polskich żołnierzy zbiera się tłum manifestantów. Wznoszą wrogie okrzyki, ale nie widać broni, krzyczeć każdemu wolno. Polacy są to m.in. po to, by tego pilnować. Jednak w pewnej chwili z tłumu wychodzi starszy mężczyzna i spod ubrania wyciąga karabinek z urżniętą kolbą, przeładowuje i zaczyna unosić broń. Kapitan Kalisiak (jeden z głównych bohaterów książki, dowódca obrony City Hall, dzisiaj pułkownik) wydaje snajperowi prosty rozkaz - „Odstrzel dziada!”. Snajper przyklęka, celuje... Strzały padają równocześnie: seria z kałacha” trafia w niebo, strzał ze „snajperki” w splot słoneczny partyzanta...

Drugi:
Polscy żołnierze zajmują budynek hotelu. Ich zadaniem jest obserwacja i powstrzymanie ew. przemieszczającego się nieprzyjaciela. Od czasu do czasu są ostrzeliwani, na całe szczęście mało skutecznym ogniem. Gdy zagrożenie zaczyna być realne likwidują je sami lub wzywają wsparcie. Ich pozycja jest doskonała do obserwacji, ale odkryty ze wszystkich stron budynek hotelu to także wyjątkowo niebezpieczne miejsce. Tym razem jednak mają wsparcie. Gdy Polak odkrywa, w którym budynku chowa się ostrzeliwujący ich snajper, przez radio wzywa wsparcie. Abrams „dyżurujący” na placu obraca wieżę i lufę, pada strzał i na zawsze znika część willi. Snajper już nie będzie niepokoił Polaków.

Spokojnie mogłem sobie pozwolić na ten spoiler, bo takich obrazów w książce jest naprawdę dużo, a i napisane są językiem dużo bardziej zajmującym niż powyższe skróty.

Ale ta książka to nie tylko wojenna historia, ale może przede wszystkim historia żołnierzy i weteranów, i tego jak wyglądają ich historie przed, w trakcie i po wojnie. Tego, co różni stosunek do weteranów w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, gdzie ciężko rannemu żołnierzowi pielęgniarka mówi, że ”mu się należało”, a internet jest pełen hejtów od „hipisów”, którzy pozazdrościli Amerykanom z lat 70. możliwości protestów pokojowych. Gdzie administracja rządowa i wojsko dopiero „na żywym ciele żołnierzy” (dosłownie) uczy się, że z wojny mogą wrócić ranni i że nie wszystkie rany są widoczne i krwawią.

Gdzie, wreszcie ten temat na koniec, kilku ludzi może postanowić, że z powodów politycznych i ich własnego „widzimisię” o bohaterach z Karbali i innych nie dowie się nikt, a my – czyli społeczeństwo – będziemy musieli myśleć co nam karzą i pozwolą wiedzieć.

To oczywiście ogromny zarzut do polityków i najwyższych dowódców. Ale nie wszystkich. Tajemnica była tak wielka, że nawet generałowie, którzy w kolejnych zmianach dowodzili misjami w Iraku, dowiadywali się o tym przypadkiem (np. gen. Skrzypczak). Ale ta tajemnica powodowała np., że najważniejsi bohaterowie tej książki (także po prostu Bohaterowie) przez całe lata nie zostali docenieni.

Wina polityków i najwyższego dowództwa jest bezsporna – ukrywali informacje i przez to manipulowali nami – obywatelami. Prowadzili wojnę, a nas okłamywali. Ale jak to się stało, że w świecie, gdzie informacja jest towarem, świecie XXI w., gdy nie ma dla niej granic, nasi dziennikarze nie odkryli prawdy natychmiast? Albo jest to wynik naszego słabego dziennikarstwa (z góry przepraszam moich kolegów dziennikarzy), albo podatności owego na manipulację polityków. Może to także podskórna chęć robienia polityki i dyrygowania, co mają wiedzieć „maluczcy” i jak reagować? Trudno wybrać dobrą odpowiedź.

Tym bardziej, że autorzy „Karbali” podają także przykład ujawnienia prawdziwej i wstrząsającej informacji o torturach, których dopuszczali się amerykańscy żołnierze na więźniach w irackim więzieniu Abu Ghraib. Po publikacji artykułu w kwietniu 2004 roku w Iraku zawrzało. Jego efektem było śledztwo i ukaranie winnych, ale także kolejne skuteczne ataki na amerykańskich żołnierzy i cywili.

Mimo wszystko wybrałbym prawdę o polskich żołnierzach, nawet gdyby była niewygodna dla polityków.

Jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie jest przekonany do przeczytania tej książki to niech jej nie czyta. Można żyć bez poznania najnowszej historii Polski, można pewnie żyć też z przekonaniem, że politycy wiedzą, co dla nas dobre, a polscy żołnierze jeździli do Iraku i Afganistanu dla pieniędzy i na wczasy. Ale mimo wszystko warto przyjąć do wiadomości, że żołnierz jedzie tam gdzie wysyła go dowództwo, czy w szerszym znaczeniu – Ojczyzna i wykonuje rozkazy, nawet gdy mogą one doprowadzić do śmierci jego i jego podwładnych.

A tym, którym się wydaje, że polscy żołnierze okupowali Irak podam przykład. Gdy Sadyści zaatakowali karbalski City Hall, lokalną siedzibę władz irackich, bronili go polscy i bułgarscy żołnierze. I robili to nawet wtedy, gdy uciekli iraccy policjanci. Bronili siedziby lokalnych irackich władz, gdy mogli siedzieć w dość bezpiecznej i obwarowanej bazie. Wcześniej, ryzykując własne życie, ratowali ofiary zamachów na tłum pątników. Nie pasuje to do obrazu okupantów jaki my Polacy znamy.

Ważne - autorzy tylko gdy cytują żołnierzy używają na określenie miejscowych słowa "szuszwol", normalnie określają zbuntowanych Sadrystów słowem partyzant, choć wg mnie bardziej pasowałoby - powstaniec. Ale to temat na osobną dyskusję.

A książkę przeczytać trzeba.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 6 minus.

Zubek

Ps. Jako rekonstruktor i odtwórca historyczny, członek stowarzyszenia o tym profilu wieszczę, że (zwłaszcza jeśli film dorówna książce) kilka GRH pokusi się o odtworzenie „zwiadowców Kalego” i bułgarskich komandosów.

Ps. 2. Jeśli film nie dorówna książce, choć w połowie, będę bardzo rozczarowany.

Z.






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Alternatywna historia dla każdego

Piotr Langenfeld „Czerwona ofensywa”, Warbook, 2014 r. Przeczytana w e-booku.


To książka, jaką chyba każdy z nas chciał kiedyś napisać. Oczywiście przez „nas” rozumiem, mimo wszystko, dość wąskie grono historyków - amatorów i zawodowców (ci, pewnie bardziej ceniąc sobie prawdę niż fikcję, oczywiście mniej by chcieli) oraz innych miłośników historii drugiej wojny światowej. No i trzeba by z tego grona wykluczyć tych, którzy znając swoje możliwości od razu odrzucają wszelkie próby pisania. Pierwsze zdanie powinno więc brzmieć – To książka, jaką nieliczni z nas chcieli kiedyś napisać, a jeszcze bardziej nieliczni powinni to robić – ale przecież nie brzmiałoby tak dobrze jak w pierwszej wersji.


Tymczasem tak naprawdę wielu z nas spędziło wieczory nad zastanawianiem się nad historią alternatywną, samemu nad kolejną książką lub z kolegami (czasem nawet koleżankami, choć ich obecność dekoncentruje) nad herbatą i oranżadą i wspólnie zastanawialiśmy się „co by było gdyby...?”.


Oczywiście każda taka dyskusja zawsze ma charakter czysto akademicki, bo nikt nie wie jak potoczyłaby się historia gdyby wydarzyło się to, czy tamto. Najlepszą dla takich rozważań formą jest właśnie fabuła, jaką sprezentował nam Piotr Langenfeld.
I to co zrobił jest dobre, przynajmniej w mojej ocenie.
Książka, podzielona na krótkie epizody, dobrze się czyta. Przeskakujemy w czasie i przestrzeni pomiędzy kolejnymi przygodami głównych bohaterów. Dzięki temu jest dynamicznie i ciekawie, a lektura wciąga jak amerykański serial sensacyjny.


Że nie wszystko się klei? Że zapewne w tamtych czasach nie było tak niezniszczalnych czołgów, a lotnictwa sprzymierzonych nie można by było tak łatwo zneutralizować? Że to czy tamto w oczach niektórych pewnie wyglądało by inaczej? Ależ oczywiście! Książka, a w zasadzie książki, bo są jeszcze dwa kolejne tomy kontynuujące historię, Piotra Langenfelda jest jakby zaproszeniem do dyskusji prowadzonych przy kieliszku czy szklance - „Co by było, gdyby?” - ale tym razem jest do nich podstawa. Zapewne każdemu, kto podejmie rękawicę, autor z przyjemnością przyklaśnie.


Tym bardziej, że niemal otwarcie korzysta z tego, że należy do wąskiego grona naprawdę niezgorszych rekonstruktorów drugowojennych. I wywołuje do tablicy innych. Zapewne nieprzypadkowo wśród zbiorowych i indywidualnych bohaterów powieści znaleźć można jednostki odtwarzane przez polskie grupy rekonstrukcyjne. Już w pierwszej przeczytanej części znalazłem ich kilka, a wiem, że w kolejnych znajdują się dalsi (łącznie z 1. Kanadyjskim Batalionem Spadochronowym!). Za tę zabawę, skierowaną tak naprawdę do tak wąskiego grona, że trudno ją nazwać chwytem marketingowym, należą się autorowi osobne brawa.


Oczywiście książka ma i swoją wadę. Postacie polityków i generałów nacechowane są wyraźnie sympatiami i antypatiami autora, niby jego prawo, bo jego fabuła, ale jednak wg mnie, gdy używamy autentycznego bohatera, powinien być on bardziej autentyczny... a mniej pomnikowy lub karykaturalny.


Książkę Piotra Langenfelda serdecznie polecam jako lekturę łatwą i przyjemną. Wojenną historię dla czytelników mniej zaawansowanych, których nudzą książki historyczne. Gdy znajdą tu historyczną alternatywę (w dobrym opakowaniu) może zechcą poczytać coś więcej o historii, która wydarzyła się przed „Czerwoną ofensywą”. Bardziej zaawansowani czytelnicy wojennych historii niech przeczytają ją dla akcji („piro i amo”) i dla zabawy intelektualnej, którą daje tworzenie historii, która mogłaby się wydarzyć.


Zapewne powinienem polecić „Kontrrewolucję” i „Plan Andersa”, dalsze części „...ofensywy” ale jeszcze ich nie przeczytałem.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z plusem.


Zubek

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wojna domowa w Syrii - tak daleka a jednak tak bliska

Jonathan Littell „Zapiski z Homs”, Wydawnictwo Literackie, 2013 rok

Rzadko dostajemy do ręki tak aktualną relację z wojny, i to wojny, która nadal trwa. Bowiem Homs jest miastem w Syrii, która od 2011 roku ogarnięta jest wojną domową. Zawędrował tam francuski dziennikarz Jonathan Littel, a książka jest zapisem jego dziennika tej podróży po wojnie domowej.

Taka forma okazuje się wg mnie podwójnie ciekawa dla czytelnika, po pierwsze dostajemy niemal suchy zapis jego przeżyć, nawet niespecjalnie obarczony emocjami, po drugie dzięki temu możemy spojrzeć na tą wojnę jakby samodzielnie, zaglądając przez uchylone przez autora drzwi.

A my powinniśmy szczególnie wczuć się w to, co się tam dzieje. Bo wg zapisków Littella wojna w Syrii to trochę tak jakby lustrzana historia nowożytnej walki o niepodległość Polski. Mamy tu zapis walk w mieście z dużo lepiej uzbrojonym przeciwnikiem posiadającym czołgi i transportery opancerzone, ostrzału prowadzonego przez snajperów (w naszej historii - „gołębiarzy”) do przypadkowych cywili, manifestacje, z których bije siła i nieustępliwość, a które rozganiane są przez siły reżimu i do tego wszystkiego silne podłoże religijne uczestników rebelii.

Przy lekturze trudno było mi uciec od skojarzeń z Powstaniem Warszawskim, wieloma protestami i buntami z lat PRL. Oczywiście różnic jest znacznie więcej niż podobieństw, ale trudno nie poddać się próbie porównań.

Tym bardziej, że autor wprowadza nas do środka konfliktu nie starając się nawet przeprowadzić swoich czytelników przez skomplikowaną historię tej wojny domowej. Po prostu są rebelianci, którzy chcą wyzwolić swój kraj od reżimu, wśród nich porusza się nasz bohater i jest prezydent i rząd, który przy pomocy wojska, policji, bezlitosnej tajnej służby i swoich zwolenników toczy krwawą wojnę z opozycją.

Co ciekawe, mimo że miałby święte prawo do wyrażania żywych emocji, w swoich zapiskach autor wystrzega się ich. Nawet gdy opisuje rannych w czasie manifestacji ludzi, którym punkt opatrunkowy nie może udzielić pomocy i dla których nie ma już nadziei, utrzymuje chłodny ton komentarza.

Ale dzięki niemu dowiadujemy się, że nowoczesna wojna domowa to także wojna propagandowa tocząca się przy pomocy internetu i smartfonów. Każda ofiara jest dokumentowana i niemal na bieżąco można ją znaleźć na Youtubie. Autor trafia do pokoi pełnych młodych ludzi, którzy wrzucają do sieci filmy z manifestacji i filmy ze śmiercią i umieraniem męczenników. Co chwila ktoś podchodzi do niego by pokazać mu zdjęcia zabitego, pokaleczonego, torturowanego przez siły rządowe członka rodziny. Zdjęcia na smartfonach, które w ten sposób też stają się narzędziami rewolucji i „muzeami potworności” jak je nazywa.

Littell dostał się do Syrii nielegalnie, przerzucony przez granicę Libanu dzięki przemytnikom sprzyjającym rebeliantom. Nie chciał przyjechać oficjalnie wiedząc, że nie miałby wtedy szansy na obejrzenie rewolucjonistów. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jego sytuacja też nie daje mu obiektywnej perspektywy, gdyż jest kierowany przez swoich gospodarzy, ale też zauważa to bez skrupułów.

Gdy trafia do Syrii wojna domowa trwa tam od roku. W tym czasie zachodni dziennikarze potrafili zepsuć sobie opinie wśród rebeliantów. Littell musi na nowo przekonywać do siebie swoich rozmówców, z których wielu ma dystans wobec tego nie mówiącego w ich języku cudzoziemca. Całe szczęście towarzyszy mu fotograf, muzułmanin, który już wcześniej odwiedził Syrię. Autor wielokrotnie jest świadkiem, gdy jego fotoreporter kłóci się z ich przewodnikami o dostęp do informacji i możliwość robienia zdjęć.

Tymczasem mamy możliwość wędrowania razem z korespondentem „Le Monde” od jednego punktu opatrunkowego do drugiego. Punkty opatrunkowe stanowią newralgiczne elementy infrastruktury rewolucjonistów. Człowieka z raną postrzałową nie można zawieźć do zwykłego szpitala, bo są one pod stałą obserwacją służby bezpieczeństwa, która każdego z nich traktuje jak buntownika i poddaje torturom na miejscu albo zabiera do więzienia. Jedyny ratunek stanowią punkty obsługiwane przez ochotników: lekarzy, studentów medycyny, pielęgniarzy, którzy robią co mogą by ratować rannych. Niewiele jednak mogą, a dodatkowo brak im lekarstw, środków opatrunkowych, wyposażenia.

Dochodzi do paradoksu - „ocaleni mają gorzej niż martwi, bo martwi nie czuja już niczego”, po martwych zostają zrozpaczone rodziny, a ranni skazani są na cierpienie i niejednokrotnie powolną śmierć.

Ich śmierć to początek kolejnych ofiar. Pogrzeby albo przeistaczają się w manifestacje krwawo rozpędzane przez reżim, albo są ostrzeliwane przez snajperów, którzy specjalnie czają się wokoło cmentarzy.

A to wszystko dzieje się w mieście, które, jakby się wydawało, normalnie funkcjonuje. Autor i jego fotograf z jednej zbuntowanej dzielnicy przejeżdżają do drugiej... taksówką. Po drodze mijają dzielnice mieszkalne z normalnie żyjącymi ludźmi. W drodze pomiędzy zakrwawionymi punktami medycznymi kupują jedzenie u ulicznego sprzedawcy.

Zamieszanie w rozumieniu tej wojny pogłębia fakt, że są tu kasty uprzywilejowane, od dawna skłócone z innymi. A w ich życiu honor i zemsta stanowią nierozerwalne połączenie. Gdy żołnierze, czy policjanci pochodzący z Alawitów porwą i zgwałcą kobietę Beduinów, jej „klan” zobowiązany jest dokonać podobnego czynu w dzielnicy rządowej. Oczywiście ofiarami są zupełnie przypadkowe osoby, których największą winą jest urodzenie się w tej a nie innej rodzinie i dzielnicy. Tak nakręca się dodatkowa spirala przemocy.

Autor jest świadomy, że przedstawiciele rewolucjonistów rozmawiają z nim jak z zachodnim dziennikarzem i wydaje się, że z pełnym sceptycyzmem przyjmuje zapewnienia o tylko wolnościowym charakterze walk i pełnej tolerancji wobec innych wyznań, np. chrześcijan. Jego rozmówcy często podkreślają, że nie chcą obwołania „świętej wojny” i że liczą na pomoc Zachodu w walce z reżimem. To ostatnie wygląda w jego relacji jak próba przekazania swoistego ultimatum.

Autor spędził w Syrii dwa tygodnie i ten czas możemy śledzić w obiektywnej relacji. Jednak epilog to już w dużej części wspomnienie tych z rozmówców, którzy prawdopodobnie zginęli lub uciekli. Po wyjeździe Littella zaczęła się rządowa operacja wobec zbuntowanej dzielnicy i jej systematyczny ostrzał artyleryjski.

Zbuntowana dzielnica Baba Amr miasta Homs padła miesiąc po jego wyjeździe.

Dzisiaj próżno szukać w naszych mediach śladu wzmianki o wojnie w Syrii. Zajęci jesteśmy bardziej aktualnymi tragediami, ale tam nadal trwa wojna, której charakter, jak niemal wszystko co dzieje się na Bliskim Wschodzie wszedł już w fazę „nierozwiązywalną” i niezrozumiałą dla przeciętnego Europejczyka. Dążenie do wolności przeplata się z wojną religijną i klanową, a obrona reżimu zaczyna być także obroną swobody wyznania. Dlatego chyba warto na kilka godzin lektury przenieść się do Syrii roku 2012 i spojrzeć na ten konflikt z węższej perspektywy przebiegającego przez ostrzeliwaną ulicę człowieka.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 4

Zubek






czwartek, 29 maja 2014

JTAC zrzuca z platformy

Paul Grahame, Damien Lewis „Cel namierzony”, Wydawnictwo Literackie, 2014 rok
To książka dla wielbicieli akcji. Zaczyna się jak u Hitchcocka, mocnym akcentem, a potem temperatura akcji nie spada. Wspomnienia napisane zwykłym językiem żołnierza i z jego własnymi, nie wydumanymi przeżyciami, czyta się niemal jak beletrystykę. Bohaterem jest brytyjski żołnierz z Afganistanu. Ale nie zwykły piechociniec czy komandos ale specjalista, specjalista wsparcia powietrznego - JTAC.

W czasie drugiej wojny światowej, na froncie zachodnim, już w roku 1945, gdy walki toczyły się na terenie Niemiec, armia amerykańska stosowała prostą taktykę unikania strat. Gdy dochodzili do kolejnego miasteczka wysyłali zwiad, gdy napotykali opór to nie próbowano nawet zdobywać tej miejscowości przy pomocy piechoty i czołgów. Podciągano artylerię i rozpoczynano ostrzał potencjalnych celów, później wysyłano parlamentariuszy. Zazwyczaj przywozili oni z powrotem kapitulację garnizonu. Ta przewaga techniki, uzbrojenia i zaopatrzenia pozwalała unikać strat w ludziach. Kosztowała zużycie sprzętu i amunicji, ratowała życie żołnierzy.

Po lekturze „Cel namierzony” wydaje się, że podobną taktykę stosują wojska sojusznicze w Afganistanie. Atakują Talibów po to by zmusić ich do otwarcia ognia a potem wzywają wsparcie. Autor książki pełnił właśnie służbę w takim zespole wsparcia, w którym oprócz niego byli również żołnierze odpowiedzialni za kierowanie wsparciem artylerii i moździerzy.

Jedną z rzeczy, która natychmiast rzuciła mi się w oczy i szalenie spodobała, jest proste nazywanie... zabijania. Bo w tej książce żołnierze zabijają swoich przeciwników, nie „neutralizują ich” jak zdarza się czytać w książkach czy oglądać w hollywoodzkich filmach pełnych poprawności politycznej. Jeden z rozdziałów ma nawet tytuł „199 trupów”. Jeden z kolegów bohatera opowieści policzył, że dzięki kierowanym przez niego atakom zabito 199 rebeliantów, bo w tej opowieści przeciwników się zabija!  A żołnierze chcą przed wyjazdem przekroczyć dwustu zabitych. Brzmi to szokująco prawdziwie.

I taka jest cała książka, pełna akcji i szokujących prawd. I to nie tylko tych o zabijaniu, ale także tych pokazujących absurdalność wojskowej administracji. W kolejnej publikacji widzimy, że brytyjska armia w swojej administracyjnej części może niewiele różnić się od naszej własnej i dobrze znanej rzeczywistości.

Zespół wsparcia, w który służy autor, otrzymał do użytku samochód trzyosobowy, odkryty. Musicie wiedzieć, że na polu bitwy muszą oni stać na widoku, by sami widzieć i jest ich...5! Oczywiście złożyli zapotrzebowanie na lepszy pojazd, ale jakoś ciągle byli lekceważeni w przydziale. W związku z tym, gdy po raz kolejny zostali pominięci, znaleźli sobie sami stosowny wóz i go... ukradli. Scena jak z „MASH-a”.

I tak się dzieje mimo tego, że jak sam napisał, on i zespół, przy liczebnej przewadze rebeliantów (nawet 6/1), stanowili dla swojej kompanii, element „wyrównywania szans”!

Akcja książki (świadomie używam zwrotu odnoszącego się do fabuły) dzieje się w prowincji Helmand w Green Zone, z której oddział wspierany przez autora ma wyprzeć rebeliantów. Zielona Strefa to nie tylko nazwa kodowa, ale także teren autentycznie „zielony” z wysoką trawą, drzewami, idealny do działań partyzanckich.

W tym terenie każdy żołnierz chciałby mieć po swojej stronie sierżanta Grahame. To on, łamiąc wszelkie procedury, wspierał żołnierzy mających bezpośredni kontakt z wrogiem. Ogniem „platform”, kładzionym nawet o kilkadziesiąt metrów od własnych pozycji JTAC, zmuszał talibów do ucieczki i ratował własne oddziały.

Z drugiej strony, żołnierz taki jak sierżant Grahame, to koszmar każdego oficera tyłowego. Przekonał się o tym jeden z nich, kiedy zrugał Grahame w bazie powietrznej, gdy ten, od bladego świtu koordynując wsparcie powietrzne, wyszedł nieregulaminowo umundurowany zjeść na szybko coś do kantyny. W odpowiedzi nasz bohater przeprowadził „demonstrację siły” przez bombowiec B-1B, który lotem koszącym przeleciał nad bazą gdy odbywała się odprawa dowództwa.

Kilka słów wyjaśnienia. „Platforma” to każdy śmigłowiec i samolot przydzielony JTAC-owi do dyspozycji w jego strefie powietrznej. Były to Apache, A-10, F-15, F-16, F-18, śmigłowce Lynx, Chinook, myśliwce Harrier, bezzałogowe Predatory i francuskie Mirage. Co ciekawe nieważna była armia, która przysłała samoloty. Grahame kierował ogniem zarówno brytyjskich jak i amerykańskich, duńskich i francuskich „platform”. Narzeka tylko na współpracę z Francuzami, którzy odmawiali ryzykownych „zrzutów” - tak nazywa się każde „zrzucenie” bomb na cel.

Demonstracja siły” - czasem JTAC nie może bezpośrednio zaatakować celu. Jest, mimo wszystko, zbyt blisko sił własnych, nie rozpoznano dokładnego jego położenia, itp. Wtedy może zalecić „platformie” „demonstrację siły”, czyli przelot lotem koszącym z wypuszczeniem flar. Taki „atak” potrafił spłoszyć talibów i sprawić, żeby ukryli się choć na czas pozwalający na ewakuację własnych wojsk.

Życie JTAC-a nie jest proste. Podczas gdy w czasie walki większość żołnierzy szuka schronienia i dobrego ukrycia Grahame, wraz z zespołem wsparcia ogniowego szukał miejsca, z którego mógł widzieć całe pole walki. Przez to byli widoczni dla talibów, którzy dysponowali RPG, wyrzutniami rakiet i moździerzami, a szybko zorientowali się w wadze stojącego gdzieś dalej pojazdu. Faktem jest jednak, że autor mógł w odpowiedzi na ich ostrzał zrzucić im na głowy np. 500-funtową bombę, czy ostrzelać z latającego czołgu A-10!

Z innej zaś strony miał on także ograniczenia, np. w późniejszym okresie mógł ostrzelać, czy dokonać zrzutu tylko na talibów, którzy wcześniej otworzyli ogień. Razem z sierżantem ze swojej bazy patrolowej autor wpadał któregoś dnia na kolejny pomysł wyglądający jak rodem z filmów. Sierżant stojąc za karabinem maszynowym samochodu patrolowego ruszył drogą łączącą dwie bazy patrolowe ostrzeliwując domniemane wyjście z bunkra rebeliantów. Skuteczność samej szarży samotnego samochodu nie była wielka ale spowodowała reakcję talibów, którzy wyskoczyli by odpowiedzieć na ogień. Na to czekał JTAC, który szybko wycofał sierżanta i jego kierowcę a wyjście z bunkra obrzucił bombami z „platformy”.

JTAC, jak chyba żaden inny żołnierz, ma możliwość „wydawania” pieniędzy sojuszniczych podatników. Gdy jego bazę rebelianci ostrzeliwali z moździerza 105 mm Grahame chciał ich zaatakować całym ładunkiem bombowca B-1B, którego koszt (ładunku znaczy się) wyceniono na 4,5 mln. dolarów!

Jak widać z powyższych przykładów książka warta przeczytania, zwłaszcza dla pasjonata militarnego i wielbiciela współczesnych wojennych historii. Ja na pewno za jakiś czas do nie wrócę.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: mocna 5 +

Ps. Żeby nie było, że historia zmyślona to znalazłem reportaż zrobiony z Zielonej Strefy przez wspomnianą w książce dziennikarkę.
Na obrazku miga nawet autor książki - http://www.liveleak.com/view?i=74a_1189264330





wtorek, 15 kwietnia 2014

Arnhem oczami dowódcy

Robert E. Urquhart „Arnhem”, Wydawnictwo Bellona, 1990 rok, wydanie drugie (wydanie pierwsze w Polsce -  1974, wydawnictwo MON)

Ostatnio wyczytałem, że słowo Arnhem kojarzy się nam, Polakom, z pierwsza bitwą stoczoną przez polskich spadochroniarzy w czasie drugiej wojny światowej. I tak jest rzeczywiście a raczej dobrze żeby tak było rzeczywiście, bo przecież z roku na rok świadomość historyczna jest coraz słabsza i nawet u całej rzeszy neonadpatriotów, którzy w ostatnim czasie przypomnieli sobie o Ojczyźnie, znajomość jej historii jest raczej płytka i fragmentaryczna.

W poznaniu owej historii może pomóc książka generała Urquharta „Arnhem”, dowódcy brytyjskiej 1. dywizji powietrznodesantowej, która wzięła na siebie najcięższe zadanie w ramach operacji Market Garden. Operacji mającej na celu opanowanie, biegnącego przez Holandię, korytarza, przez który oddziały brytyjskiej armii miałyby przedrzeć się na równiny Niemiec. Ostatnim punktem operacji miało być opanowanie mostów w Arnhem, które to zadanie powierzono gen. Urquhartowi i jego dywizji, wzmocnionej przez polską brygadę gen. Sosabowskiego.

Niestety ten punkt operacji nie poszedł po myśli aliantów. Brytyjska dywizja nie dała rady skutecznie opanować mostów i przyczółka na północnym brzegu Renu i poniosła przy tym ogromne straty.

Książka Urquharta jest właśnie o tym. 

Ostrzeżenie.
Tu małe wytłumaczenie wstępu jakim zacząłem ten wpis. To jest książka dla miłośników historii a nie nadpatriotów, którzy mogą poczuć się rozczarowani. Generał opisywał wydarzenia, które działy się po jego stronie rzeki, to je widział na własne oczy i one wpływały na jego ocenę sytuacji, a tu walczyło tylko ok. 300 Polaków. W związku z tym możemy wprawdzie znaleźć w książce wspomnienia o polskich żołnierzach, są one zawsze dobre ale zdecydowanie nieliczne, niejako proporcjonalne do ich ilości w stosunku do Brytoli. Dla „prawdziwego Polaka” i nadpatrioty będzie to rozczarowujące.
Koniec ostrzeżenia.

Tak naprawdę dla ludzi interesujących się historią wojsk powietrznodesantowych to lektura obowiązkowa. Rzadko zdarza się by generał i dowódca dywizji pisał książkę o jednej bitwie, jeszcze rzadziej zdarza się, by ta książka doskonale „się czytała”, bo jest napisana z nerwem i w dużej części składa się z doskonałych opowieści z pola walki. Zazwyczaj generałowie siedzą w sztabach, zlokalizowanych daleko za linią frontu, rzadko wyjeżdżając by rozpoznać sytuację na miejscu. To nie zarzut, taką mają robotę. Urquhart żył i dowodził swoją dywizją niemal bezpośrednio z „okopów” i w permanentnym okrążeniu.

Jedno Brytolom trzeba przyznać, jeśli chodzi o celebrowanie porażek i czynienie z nich powodów do dumy są bardzo podobni do nas. Bitwa pod Arnhem stała się dla nich symbolem walki wojsk powietrznodesantowych i jedną z ikon historii ich armii. Jednak w książce Urquharta można znaleźć mnóstwo przykładów w których bardzo brutalnie ocenia on planowanie i prowadzenie operacji i szuka tych którzy winni są jej niepowodzenia.

Ponieważ jest to najciekawszy wg mnie aspekt tej książki, oczywiście z punktu widzenia miłośnika historii (z innego beczki - uwielbiam historie pojedynczych żołnierzy i ich przygód i czynów, które opisuje), na nich się skupię.

Generał nie oszczędza samego siebie. Gdy pisze o planowaniu operacji zauważa zastrzeżenia gen. Sosabowskiego dotyczące organizowania zbyt śmiałego i nieliczącego się z przeciwnikiem ataku. Jednak dostrzega także, że jednym z czynników, które wpłynęły na śmiały plan była długa bezczynność jego dywizji, obniżająca jej morale, i kilka wcześniejszych planów operacji, odwoływanych jeden po drugim. Bez względu na czynniki ryzyka, żołnierze i ich dowódcy chcieli wejść z powrotem do walki.

Dywizja, cały korpus i armia powietrznodesantowa miały tylko tydzień na przygotowanie największej w dziejach operacji powietrznodesantowej. To bardzo mało zważywszy na to, że do przerzucenia było ponad 30 tys. żołnierzy desantu powietrznego wraz ze sprzętem, wyposażeniem, zaopatrzeniem itp. Gdy myślimy o froncie zachodnim roku 1944 wydaje się, że przewaga materiałowa i sprzętowa była bezsprzecznie po stronie aliantów i tak było rzeczywiście, także jeśli chodzi o lotnictwo. Jednak mimo wszystko nie było tylu samolotów transportowych by przerzucić na jeden raz trzy dywizje i jedną brygadę. Stąd podzielono je na rzuty, paradoksalnie im dalej od swoich wojsk i odsieczy, tym rzutów było więcej. W konsekwencji 1. dywizja, najbardziej i najdłużej narażona na walkę, skakała w trzech rzutach. Dowództwo argumentowało to tym, że gdyby nie powiodło się którejś z dywizji amerykańskich, Brytyjczycy, odcięci od swoich, byliby skazani na klęskę absolutną.

Niestety także strefy lądowania i zrzutu brytyjskiej dywizji były dalekie od doskonałości. Słowo dalekie jest to kluczowe, od stref do głównego mostu było 12 km terenu miejskiego opanowanego przez przeciwnika!

Bitwa

Gdy myślimy o dywizji powietrznodesantowej to przed oczyma staje nam naprawdę wielka formacja ponad 11 tys. ludzi (dobrze „ponad” łącznie z polską brygadą). To potężna formacja, która jest w stanie stawić czoła większemu i lepiej uzbrojonemu przeciwnikowi. Żołnierze wojsk powietrznodesantowych są szkoleni i przygotowywani właśnie do takiej walki. Niestety przez podział jednostki na kolejne rzuty i odległość stref lądowania od celu generał Urquhart nie dysponował nigdy swoją dywizją w całości. 

W pierwszym dniu, gdy jeszcze wszyscy byli pełni optymizmu, do walki o zdobycie mostów (wbrew powszechnej opinii były ich trzy: pontonowy, kolejowy i drogowy)  mógł skierować tylko trzy bataliony 1. brygady spadochronowej, które na dodatek rozdzielono, tak, że szły różnymi drogami. Silniejsza i lepiej uzbrojona 1. brygada szybowcowa została by bronić stref zrzutu i lądowania na dni następne. W konsekwencji do mostu doszedł tylko 2. batalion płk. Frosta, który na swojej drodze nie napotkał silnego oporu. Pozostałe dwa bataliony uwikłały się w walki miejskie dzieląc się na jeszcze mniejsze jednostki.

Wiele wiadomo o kłopotach jakie napotkał sztab dywizji z łącznością. Z książki Urquharta wynika, że o ile łączność, a raczej jej brak, z Anglią i dowództwem armii powietrznodesantowej oraz XXX korpusem, który szedł im z pomocą, był dla niego uciążliwy, to kluczowe dla przegrania już pierwszej fazy bitwy okazała się łączność między batalionami, brygadą i dywizją. To przez to bataliony 1. brygady spadochronowej w mieście walczyły bez koordynacji i praktycznie samodzielnie i przez to batalion Frosta nie otrzymał w porę wsparcia.

Prowadzona w ten sposób walka w mieście praktycznie wykrwawiła 1. brygadę spadochronową i idący jej z odsieczą batalion South Stafford  1. brygady szybowcowej oraz 11. batalion z 4. brygady. Kolejnych żołnierzy stracił Urquhart w obronie stref zrzutu i lądowania oraz w próbie realizowania pierwszego celu przez 4. brygadę spadochronową, która potem musiała przedrzeć się do głównych sił.

20. września, po trzech dobach walki sytuacja ustabilizowała się na niekorzyść Brytyjczyków. Na przyczółku mostu w Arnhem resztkami sił bronił się 2. batalion Frosta, reszta dywizji zmuszona była wycofać się z prób dojścia do niego z odsieczą i przygotowała rejon obrony w miejscowości Oosterbeek leżącej w połowie drogi pomiędzy strefami zrzutu i lądowania i Arnhem. W kotle (generał podkreśla, że to niemiecka nazwa) znalazło się 3. tys. żołnierzy brytyjskich i polskich.

Generał stara się dociec przyczyny niepowodzeń w ataku swoich batalionów spadochronowych i widzi braki w ich wyszkoleniu w walce miejskiej. Dodatkowo przyczyniły się do tego typowe dla tego regionu wysokie płoty z siatki drucianej. 1. dywizja miała za sobą już niezwykle ciekawy szlak bojowy: działania komandoskie, Afryka, Sycylia, Włochy, ale w dużej części składała się z nowych żołnierzy, którzy nie przeszli jeszcze próby ognia. Te pierwsze ostrzelania przechodzili w czasie bardzo trudnych i wymagających walk miejskich, nierzadko z przeciwnikiem posiadającym wsparcie pancerne. To także wpływało na zdolność bojową oddziałów, Urquhart podaje wstydliwe przykłady gdy spadochroniarze uciekali przed wrogiem.

Ale generał zauważa także błędy, których nie rozumie, a które wg niego zaważyły także na losie bitwy. Ze zdziwieniem widzi, że przy ogromnej przewadze jaką nad Zachodnią Europą ma lotnictwo alianckie, jego żołnierze byli ostrzeliwani przez niemieckie samoloty i to w najbardziej newralgicznych chwilach, np. Niemcy zestrzeliwują i ostrzeliwują bezbronne szybowce drugiego rzutu szybowcowego polskiej brygady. Podobnie jak Niemcy w Normandii Urquhart zapytuje - „Gdzie są nasze myśliwce?”.

W innym miejscu szczegółowo opisuje zdobycie przez Amerykanów mostu w Nijmegen 20. września i nie rozumie dlaczego oddziały XXX korpusu nie wywalczyły natychmiast drogi do mostu w Arnhem, którego północny przyczółek trzymały jeszcze wtedy resztki batalionu Frosta.. Niemal wprost sugeruje, że gdy jego oddziały oddawały krew w obronie mostu i przyczółka, dowódcy piechoty i czołgów wstrzymali natarcie w obawie przed stratami!

Czasami wydaje się, ze gdyby Urquhart nie był tak lojalny wobec swojej armii i dowódców, jego ocena operacji, lotnictwa, jednostek XXX korpusu mogłaby być niesłychanie ostra i zupełnie niecenzuralna. W końcu 1. dywizja powietrznodesantowa była pierwszą dywizją jaką dowodził i podczas pierwszej bitwy stracił ją w prawie 80%.

Ta książka to pozycja obowiązkowa w bibliotece każdego który interesuje się frontem zachodnim drugiej wojny światowej. Dobrze by było gdyby każdy z nich ją również przeczytał.  

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z +

środa, 9 kwietnia 2014

Walka podniebnego wywiadu

Taylor Downing „Podniebi szpiedzy”, Wydawnictwo Rebis, 2013 rok. Przeczytana w wersji ebook.

Dzisiaj zdjęcia lotnicze nie są już żadnym problemem. Każdy kto ma komputer i internet może zajrzeć do tajnej bazy marynarki wojennej niemal dowolnego kraju i spenetrować z powietrza obojętnie jaki kawałek ziemi przy pomocy przeglądarki Google. Oczywiście nie ma nic za darmo, a w zasadzie jest za darmo, ale zdjęcia będą sprzed kilku lat. I choć „nie ma nic za darmo” to już za pieniądze jest wszystko i za względnie niewielką sumę możemy mieć zdjęcia satelitarne niemal na żywo!

Ale widzieć to jedno, a rozumieć co się widzi to drugie. I o tym m.in. jest  książka „Podniebni szpiedzy. Aliancki zwiad lotniczy w II wojnie światowej”, dzięki której możemy poznać początki nowoczesnego systemu rozpoznania fotograficznego, które narodziło się właśnie podczas drugiej wojny światowej.

A nie były ona proste i jak się wydaje oczywiste. Przykładem jest tu przytoczone przez autora porównanie dwóch stylów wywiadu lotniczego: alianckiego i niemieckiego. Pierwszy swoją interpretację opierał na naukowcach i oficerach-specjalistach, tworząc coraz większe zespoły, drugi zatrudniał do interpretacji zdjęć podoficerów i zaniedbywał rozwój. W konsekwencji alianci, jak podaje autor za jednym z generałów, 80% swojej wiedzy wywiadowczej uzyskiwali ze zdjęć. Oczywiście liczba ta wydaje się mocno zawyżona (ów cytowany wysoki oficer służył w Indochinach i tam, przy braku Ultry i warunków do wywiadu osobowego, wywiad lotniczy mógł zdobywać tak znakomitą większość informacji), tym niemniej w książce znajdziemy przykłady gdy lotnicy i interpretatorzy dostarczali znakomitych i niezwykle cennych danych wywiadowczych.

Od początku

Dla nikogo nie jest tajemnicą, że Wielka Brytania nie była przygotowana do wojny, a w sposób szczególny nie była przygotowana do wywiadu lotniczego. Początek wojny to dla tej jej dziedziny przede wszystkim działania prywatne jednego człowieka Sidneya Cottona i stworzonego przez niego zespołu. To oni byli oczami wywiadu przed wojną i na jej początku, działając np. we Francji. Oni pierwsi, już jako zespół eksperymentalny RAF, dostosowywali samoloty do specyficznych wymagań wywiadu lotniczego. A takich samolotów nie było wtedy zbyt dużo – w grę wchodziła szybkość i możliwie wysoki pułap. Pułap, bo Cotton przekonał wojskowych, że możliwe i skuteczne jest robienie zdjęć z 10. tys. metrów, a nie jak byli dotąd przekonani z 3. tys.

Wyższy pułap to bezpieczeństwo dla samolotu i zdjęcia większego obszaru, ale także specjalne wymagania techniczne do wprowadzenia w samolotach i konieczność osiągnięcia mistrzostwa w interpretacji. Także mistrzostwa technicznego, więc Cotton wciągnął do współpracy prywatna firmę zajmującą się przed wojną interpretacją zdjęć lotniczych na potrzeby m.in. geologii i kartografii i mającą potrzebny, specjalistyczny sprzęt.

Jednak pozostał w duchu cywilem z mnóstwem nie pasujących do wojska zachowań. Gdy podczas jednej z narad był świadkiem gdy oficjalny RAF-owski oddział zwiadu lotniczego odmówił marynarce zdjęć konkretnych baz niemieckich jeszcze tego samego dnia poleciał wykonać te zdjęcia. Nazajutrz mógł pokazać je na kolejnym spotkaniu wprawiając w zachwyt admirałów, a we wściekłość lotników! Nikt nie lubi gdy wytyka się mu błędy.

W konsekwencji gdy już żołnierze zrozumieli wagę wywiadu lotniczego i właściwej interpretacji zdjęć jednostce Cottona zmieniono status z eksperymentalnej i włączono ją do regularnej służby, a jej twórcę wysłano do cywila. W ten sposób powstała kolejna wybitna postać skrzywdzona przez wojnę – armia nie chciała już jego usług uznając, że jest, jak by to powiedziano dzisiaj, zupełnie z nią nie kompatybilny. Jednocześnie jednak uznawała, że wie tyle i jest na tyle cenny iż nie wolno dopuścić by mógł wykorzystać go ktoś inny – nawet sojusznik. Cotton do końca wojny nie mógł już sobie znaleźć zajęcia.

Za to zapoczątkowane przez niego dzieło kwitło. W posiadłościach, najpierw w Wembley, potem w Medmenham (to miejsce zostało ikoną lotniczego szpiegostwa) powstał i był ciągle rozbudowywany potężny ośrodek wywiadu lotniczego i interpretacji zdjęć. Zespoły specjalistów pracowały nad odczytywaniem zdjęć i np. budowaniem map plastycznych i modeli najważniejszych obiektów. Pracowali zarówno dla lotnictwa (interpretując cele bombardowań a potem ich wyniki), dla marynarki (szukając niemieckich okrętów w ich portach i na morzach) jak i ostatecznie także dla armii (interpretując np. ruchy wojsk, budowanie umocnień przez przeciwnika i rozpoznając teren).

Przy odczytywaniu zdjęć pracowali zawodowi żołnierze ale przed wszystkim umundurowani cywile: profesorowie geolodzy, geografowie, archeolodzy czy inżynierowie. Tworzono bazy danych obiektów na terenie okupowanej Europy korzystając z przewodników, przedwojennych pocztówek i planów. Dla każdego z nich zakładano „teczkę”. Bo istnienie np. mostu to tylko część informacji, trzeba było potwierdzić jego nośność, szerokość, nawierzchnię, wysokość przęseł. To wszystko sprowadzało się do żmudnej pracy i milionów wykonanych zdjęć!

Pełna archiwa

Archiwum Fotografii powiększało się, w najważniejszym okresie wojny, o milion odbitek miesięcznie. Jego organizacja była tak doskonała, że mimo iż dziennie potrafiło spływać do 350 zamówień archiwiści byli dumni z tego, że potrafili znaleźć właściwe odbitki w kilka minut.

W celu przygotowywania kompletów odbitek z oryginalnych negatywów zainstalowano kopiarkę Williamson Multiprinter Kodaka, która potrafiła robić 1000 odbitek na godzinę! Pod koniec wojny w archiwum było około 7 mln. zdjęć z 80 tys. lotów bojowych.

Ale zanim zdjęcia trafiły do archiwum przechodziły przez ręce interpretatorów na trzech etapach. Po wylądowaniu samolotu natychmiast wyjmowano z niego aparaty i już na lotnisku robiony pierwszy przegląd zdjęć szukając bardzo konkretnych celów. Na tym etapie chodziło o to by jak najszybciej odczytać i przesłać do adresatów informacje pilne np. o najnowszym stanie obrony p.lot obiektu nad który zaraz wyruszą bombowce. Potem zdjęcia trafiały do Medmenham gdzie pochylała się nad nimi kolejna grupa specjalistów. Oni mieli za zadanie wyczytać z nich jak najwięcej zanim przekażą je wyspecjalizowanym wydziałom z których każdy szukał już konkretnych celów. Byli to specjaliści od infrastruktury drogowej i kolejowej, lotnictwa, fabryk, uzbrojenia itp.. Ten trzeci etap to specjalne badania w celu odnalezienia ważnych celów dla skatalogowania ich lub odkrycia nowych zagrożeń.

Kobiety rządzą

W ten sposób Constance Babington Smith, zajmująca się lotnictwem, została jedną z najważniejszych twarzy wywiadu lotniczego drugiej wojny światowej gdy w małym krzyżyku na zdjęciu rozpoznała najnowszą broń III Rzeszy – V-1, ostatecznie potwierdzając jej istnienie.  

Zresztą kobiety w zespole interpretacji fotografii lotniczej stanowiły znaczny procent. Co ciekawe i mało spotykane w armiach tej wojny, potrafiły dowodzić mężczyznami i być liderkami zespołów.

A'propos kobiet, jedną z nich była Sara Churchill, córka premiera, a z nią wiąże się anegdota pokazująca inną cechę w którą musieli uzbroić się pracownicy wywiadu lotniczego – absolutną dyskrecję. Na początku listopada 1942 roku Sara odwiedziła swojego ojca, który powiedział jej, że właśnie rozpoczyna się operacja Torch i 542 okręty z żołnierzami koalicji wylądują w Afryce. „543” - poprawiła go córka, dopiero wtedy wyjawiając, że od trzech miesięcy pracowała w zespole przygotowującym dane do operacji.

Dobra prasa

Jednym z zadań wywiadu lotniczego było sprawozdawanie wyników bombardowań wykonywanych przez RAF. Ponieważ skutki tychże, w wyniku mało celnych bombardowań, często nie były dobre, a więc i analizy nie mogły ich chwalić, lotnicy nie specjalnie lubili interpretatorów. Ale i na to znalazła się rada, a zrodziła się wskutek obserwacji lotników w kantynach, którzy podobnie jak współcześni ludzie, chętnie sięgali po prasę z obrazkami. Powstał periodyk „Evidence in Camera”, pismo zawierające najbardziej spektakularne, a możliwe do upublicznienia, zdjęcia lotnicze Niemiec i okupowanej Europy. Lotnicy je pokochali, a wizerunek zwiadu lotniczego został uratowany.

Samotni piloci

Oczywiście nawet najlepsi interpretatorzy nic by nie wskórali gdyby nie mieli zdjęć a tych dostarczali lotnicy - piloci jednych z najszybszych samolotów drugiej wojny światowej. Maksymalnie odciążonych, pozbawionych uzbrojenia i opancerzenia a za to wypakowanych paliwem. Przede wszystkim Spitfirów i Mosquito w najróżniejszych wersjach, później także amerykańskich P-38 Lightning. A latali wszędzie, nad  niemal całą Europą, w Afryce i nad Morzem Śródziemnym, na Dalekim Wschodzie. Do legendy przechodzili ci z nich, którzy potrafili dokonać rzeczy bohaterskich, gdy po raz drugi przelatywali na niskim pułapie nad celem, gdy wykonywali po kilka lotów dziennie, lub długie sięgające kilku tysięcy kilometrów loty, po drodze fotografując kilkanaście wybranych celów. Najczęściej samotnie. To właśnie jeden z nich, Peers Fane odkrył „Tirpitza” schowanego w norweskim fiordzie i na oparach paliwa wrócił swoim Spitfirem do bazy ze zdjęciami.

Część z nich spędziła miesiące w ZSRR, w okolicach Murmańska, stamtąd wykonując loty rozpoznawcze nad Norwegią. Towarzyszyła im oczywiście grupa interpretatorów pierwszej fazy.

Pomysłowi jak Dobromir

Interpretacja zdjęć lotniczych wymagała także nie lada pomysłowości. Jednym z najważniejszych przyrządów był stereoskop, proste urządzenie, które pozwalało na zobaczenie zdjęć w trójwymiarze. Oczywiście specjalnych zdjęć, dwóch zdjęć jednego obiektu zrobionych przez ten sam samolot aparatami pod różnym kątem. Dzięki specjalnemu urządzeniu można było dzięki temu osiągnąć efekt trzeciego wymiaru i zobaczyć o wiele więcej niż z płaskiego zdjęcia. Inżynierowie opracowali specjalne urządzenia pozwalające zmierzyć wysokość obiektów na podstawie cienia itp. Praca interpretatorów to dziesiątki patentów ułatwiających im pracę.

Wywiad lotniczy miał największe zasługi w przygotowaniu operacji Overlord. 

Wtedy to powstała przeważająca ilość zdjęć lotniczych, a pozwoliły one przygotować się nie tylko strategom ale także dowódcom niższego szczebla, którzy dostali pakiety fotografii odcinków, które musieli atakować.

Dzięki fotografiom dowódcy w D-Day mogli przygotować się na napotkanie konkretnych przeszkód i umocnień, a lotnictwo wiedziało dokładnie jakie cele powinno atakować by utrudnić Niemcom przemieszczanie posiłków.

Zespoły modelarzy wykonywały na podstawie zdjęć modele i mapy plastyczne. Wykonano 32 oryginały z który wykonywano odlewy gipsowe wysyłane do jednostek. Wykonano ogromne modele linii brzegowej (25 m2) – 63 oryginały i co najmniej trzy kopie każdego z nich.  To właśnie te modele zobaczyli żołnierze szykujący się do inwazji i na nich uczyli się co ich czeka.

Co ciekawe lotnicy zwiadowcy brali udział także  w akcji dezinformacyjnej i tworzeniu fikcyjnej armii duchów stacjonującej naprzeciwko Pas-de-Calais. Po przygotowaniu wszystkich atrap i modeli to samolot wywiadu lotniczego wykonał zdjęcia a interpretatorzy z  Medmenham wskazali co jeszcze trzeba poprawić nim pozwoli się zrobić zdjęcia Niemcom!

Już w czasie kampanii we Francji, Belgii, Holandii i Niemczech wojskom towarzyszyły mobilne zespoły interpretatorów, które na gorąco pomagały dowódcom w podejmowaniu kluczowych decyzji, dostarczając gotowych informacji wywiadowczych.

Historia wywiadu lotniczego to doprawdy fascynująca opowieść sięgająca do najważniejszych wydarzeń drugiej wojny do których przykładali swoje ręce „podniebni szpiedzy”. To historie wielu operacji specjalnych m.in. rajdu na Bruneval, zbombardowania zapór w Zagłębiu Ruhry, zbombardowania więzienia w Amies w celu uwolnienia więźniów. Poszukiwania stanowisk V-1 i V-2 oraz śledzenia postępów nad najnowszymi wynalazkami niemieckich uczonych. To także historia pojedynczych ludzi, takich jak Dirk Bogart, który był w czasie wojny interpretatorem zdjęć.

Niestety to także opowieść o tarciach pomiędzy armią i lotnictwem, o przepychankach kompetencyjnych i podgryzaniu się przez sojuszników gdy do walki włączyli się Amerykanie.

Dla tego wszystkiego warto przeczytać tę książkę.

I nie należy zniechęcać się niekompetencją i niechlujstwem tłumacza i kogoś kto śmie się nazywać redaktorem merytorycznym. Polskie tłumaczenie roi się od błędów, począwszy od przeniesienia części osiągów samolotów z mil na km bez przeliczenia przez co podane dane są o ok. 1,6 raza za niskie, po „jednosilnikowy B-17” (prawdopodobnie jedyny taki egzemplarz na świecie) i brytyjską „21. dywizję powietrzno-desantową”.

Mój apel do Wydawnictwa Rebis, które skądinąd bardzo sobie cenię. 

Należę do sporego grona wielbicieli historii i czytania o niej w książkach. Ośmielam się zadeklarować w naszym imieniu, że z przyjemnością przejrzymy każdą Waszą następną publikację by wyeliminować błędy, które kompromitują Was, a nas wkurzają, bo zmieniają opis historii. A to wstyd z którym musimy żyć wszyscy. Różni nas tylko to, że Wy za te błędy bierzecie pieniądze, które my płacimy.

W moim osobistym, 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z + (dlatego, że moja bujna wyobraźnie pozwala mi wyobrazić sobie ową publikację bez błędów wydawcy).