Cytat jakiś ciekawy

„Kilku ludzi usiłowało wydostać się z tego piekła furgonetką ale Soprano trafił ich z broni głównej bradleya. Pierwszy pocisk trafił żołnierza w pierś i ten po prostu zniknął jak kamfora. Kolejne trzy dosłownie rozbiły samochód razem z całą jego zawartością. Nie uwierzyłbym, że armata kalibru 25 mm może dokonać takiego zniszczenia, gdybym nie widział tego na własne oczy.”

Dillard Johnson „Szalony J..."

Wojenne historie

Wojenne historie

piątek, 29 września 2017

Szalony J. na wojnie


Dillard Johnson „Szalony J. Wyznania jednego z najniebezpieczniejszych amerykańskich żołnierzy wszech czasów”, Wydawnictwo AMBER, 2013 rok

Książkę przeczytałem w dwa dni ale tylko dlatego, że silą mnie odrywały inne zajęcia. Tak naprawdę to łatwa i przyjemna lektura, która „sama się czyta”. Z jednym „ale”, trzeba po prostu lubić wojenne opowieści albo chociaż gry wideo w których strzela się bez opamiętania i dziesiątkami zabija wrogów.

Bo to książka o wojnie z 2003 roku, kiedy to wojska koalicji ale przede wszystkim Amerykanie, weszły z hukiem do Iraku szybko wygrywając wojnę, by potem systematycznie przegrywać pokój. Zresztą o tym w książce jest niewiele, bo druga obecność głównego bohatera w Iraku to rzeczywiście zmaganie się z rebeliantami ale znów raczej wspomnienia żołnierza niż rozważania humanisty.

No dobrze, od początku książka to wspomnienia sierżanta piechoty armii amerykańskiej. Jak to bywa w takich wypadach zaczyna od dzieciństwa, by skończyć współcześnie. Główna cześć jego powieści dotyczy czasu wojny w Iraku właśnie. Sierżant dowodził transporterem pancernym Bradley i brał udział w naprawdę krwawych walkach.

Bowiem wojna w Iraku to nie była wojna równego z równym. Naprzeciwko broniącej się, dużej i wydawałoby się doskonale wyposażonej armii irackiej stały wojska mniej liczne ale uzbrojone w najnowszą i najbardziej skuteczną broń.

Sierżant J. wielokrotnie napisał, że zdarzało mu się być we właściwym miejscu ale o niewłaściwym czasie albo odwrotnie, to samo dotyczyło zresztą jego przeciwników. W każdym razie J. i jego załoga w ich Bradleyu, którego nazwali „Carnivore” (mięsożerca – taki zresztą ma tytuł oryginalne wydanie książki) przyciągali kłopoty niczym magnes. A gdy już przyciągnęli to radzili sobie z nimi całą dostępną bronią – 25 mm działkiem z pociskami ze zubożonego uranu, karabinami maszynowymi, karabinkami, pistoletami, pociskami kierowanymi, a jak trzeba było, a zdarzało się to często, to i bronią zdobyczną.

Wojna w Iraku i o tym właśnie napisał Szalony J. najwyraźniej pokazała przewagę armii zawodowej, nowoczesnej i umiejącej używać swojego uzbrojenia, która nawet na wrogim terenie wygrywała z broniącą swojego państwa armią poborową, gorzej wyszkoloną i wyposażoną.

Oczywiście wojenne wspomnienia to nie tylko krwawe walki ale także anegdotki i chwile wzruszenia gdy sierżant J. żegna się z załogą i kumplami z innych oddziałów przed walką, której mogą nie przeżyć. To także walka z rakiem z którym sierżant walczył zaraz po wojnie.

Oczywiście wrażliwszym czytelnikom mogą nie spodobać się opisy masakrowania irackich poborowych, którzy atakowali Bradleja Szalonego J. w nierównej walce ale to była wojna i jak napisał sierżant J. - „Zabijałem tych, którzy chcieli zabić mnie”, no a on był żołnierzem i jechał tam gdzie posłało go dowództwo.

W książce jest sporo ciekawych zdjęć ale naprawdę słabej jakości.

Jest także, chętnie wypatrywany przez niektórych ;-) wątek polski. Jedno z dzieci Szalonego J. urodziło się z porażeniem mózgowym. Gdy sierżant jechał do Iraku jego żona przyjechała do... Polski. Polacy odkryli bowiem nowatorską metodę rehabilitacji, dodatkowo rehabilitacja w Polsce była znacznie tańsza niż w Stanach.


W moim rankingu 6-gwiazdowym – książka dostaje mocną 4 + za odważny język i lekkość czytania.

wtorek, 3 stycznia 2017

Cyrk nad Afryką

Bohdan Arct „Cyrk Skalskiego”
Wydawnictwo Bellona, 2006 rok, wysłuchana z audiobooka

Bohdan Arct łączył w sobie dwa talenty. Był doskonałym pilotem myśliwskim w czasie 2. wojny światowej, a gdy zaczął spisywać swoje wspomnienia okazał się także utalentowanym pisarzem. 

Oczywiście już wcześniej miał do tego ciągoty, to przecież posiłkując się tworzonym przez siebie pamiątkowym albumem eskadry napisał właśnie „Cyrk Skalskiego”.

Bowiem Bohdan Arct był członkiem i jednym z pilotów tej słynnej polskiej eskadry.

Był rok 1943, polscy piloci myśliwscy mają w Anglii coraz mniej pracy. Niemcy już nie latają nad Anglię w dzień, a myśliwskie wyprawy nad kontynent coraz rzadziej napotykają samoloty Luftwaffe. Lotnicy nudzą się i z radością przyjmują propozycję przerzucenia zespołu myśliwskiego do Afryki gdzie wsparłby międzynarodowe siły lotnicze walczące z Włochami i Niemcami.

Ze zgłoszonych kilkudziesięciu pilotów wybrano 15 najlepszych, kolejni mieli zastępować tych pierwszych co trzy miesiące. Dowódcą eskadry, zwanej Polskim Zespołem Myśliwskim (Polish Flight Team), został kapitan Stanisław Skalski.

16. marca pierwsza polska szóstka odbyła lot bojowy nad Afryką.

Polscy piloci, wchodzący w skład 145. dywizjonu RAF (międzynarodowego) przez pierwsze dni mieli pecha nie trafiając na przeciwników. Jednak już 28. marca odnieśli pierwsze zwycięstwa strącając 2 bombowce Ju-88. Później było już tylko lepiej. Polacy dysponując lepszymi samolotami (Spitfire Mk IX był szybszy i mógł latać na wyższych pułapach) latali zazwyczaj w górnej osłonie brytyjskich formacji. Ich zadaniem było zaatakować i rozbić zespoły osłony myśliwskiej nieprzyjaciela i wywiązywali się ze swoich zadań wyśmienicie. Dysponując tylko sześcioma samolotami często atakowali wielokrotnie liczniejszego wroga, część jego myśliwców zestrzeliwując, resztę przepędzając. W czasie najbardziej owocnej potyczki polski zespół zestrzelił 6 nieprzyjacielskich myśliwców.

Sukcesy polskich myśliwców zostały zauważone przez sprzymierzeńców i eskadrę zaczęto nazywać Cyrkiem Skalskiego od nazwiska jej dowódcy. Cyrkiem nazywano wybitne zespoły myśliwskie utworzone wokół swoich dowódców już podczas Wielkiej Wojny. Do tego historycznego grona dołączyli Polacy walczący w Afryce.

Ogółem Cyrk Skalskiego zestrzelił na pewno 25 samolotów wroga, a jego najbardziej skuteczny pilot, por. Horbaczewski mógł nazywać się afrykańskim asem mając na koncie 5 nieprzyjacielskich maszyn. Polacy stracili tylko jednego pilota, por. Wyszkowskiego, który zestrzelony dostał się do niewoli.

Polską eskadrę, Polski Zespół Myśliwski, rozwiązano 22. lipca 1943 roku. 11 jej pilotów wróciło do Wielkiej Brytanii gdzie wrócili do polskich dywizjonów. Trzej, w tym dowódca, pozostało w basenie Morza Śródziemnego, obejmując dowództwa nad jednostkami brytyjskimi. Także to świadczy o renomie jaką miał Cyrk Skalskiego. Brytyjczycy niechętnie oddawali swoich żołnierzy pod dowództwo obcokrajowców. Jednak doświadczenie i dokonania Polaków musiały robić wrażenie.

Książka Arcta, a w zasadzie książeczka bo to „Żółty tygrys” to świetnie napisana opowieść o losach i walkach Cyrku Skalskiego. Pełna jest anegdot pisanych przez jednego z jego pilotów. Jednak Bohdan Arct stara się zachować bezstronność i dystans historyka wobec wydarzeń, przez co opowieść, przy szacunku dla dokonań eskadry jest... skromna. Co zdaje się być cechą prawdziwych wojowników.

Dodatkowym walorem jest nakreślenie przez autora tła całego konfliktu w Afryce, co pozwala zrozumieć czytelnikowi co i dlaczego robili tam polscy piloci i dlaczego akurat wtedy byli potrzebni.

Serdecznie polecam, nawet w audio, choć przeczytanie zajmie pewnie mniej czasu ;-)


W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: mocna 5 +

czwartek, 4 lutego 2016

Kobiety na wojnie - historia opowiadana

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, Wydawnictwo Czarne, 2010 r. Wysłuchana w audiobooku.

Książka, a w zasadzie opisanie jej, nieco poczekało. Samo „opisanie”, bo książkę wysłuchałem (bo przeczytać tak od razu się jej nie dało, wtedy jeszcze na rynku dostępny był tylko audiobook) jeszcze w zeszłym roku, zaraz gdy dowiedziałem się, że szanowna autorka dostała Nobla.

Przeczytać przecież trzeba było jakby podwójnie, czy nawet potrójnie. Po pierwsze staram się czytać przynajmniej jedną książkę każdego nowego noblisty literackiego, po drugie pierwsza/pierwszy reportażystka/reportażysta (żeby nie było wątpliwości co do pierwszeństwa absolutnego) z tą nagrodą! No i po trzecie – opisująca wojenne historie! Absolutna konieczność czytelnicza.

Myślałem, że posiadanie czytnika i doświadczenie w zakupie w księgarniach internetowych da mi przewagę i jako jeden z pierwszych przeczytam wojenne historie noblistki. I zdziwiłem się niezmiernie. Okazało się, że interesująca mnie pozycja była tylko do... wysłuchania, a słuchanie książki, mimo hipnotyzującego (a może właśnie dlatego) głosu Krystyny Czubówny nie jest tym samym, co jej czytanie i zabiera dużo więcej czasu. Dodatkowo wymaga robienia notatek i zatrzymywania się na środku chodnika dla spisania cytatu, czy ciekawego faktu. Ale zaciąłem się, wysłuchałem i teraz mogę z czystym sercem polecić.

Armia Czerwona, w czasie drugiej z wojen światowych, była jedną z nielicznych, która mobilizowała kobiety wysyłając je na pierwszą linię frontu. Tam pełniły one najróżniejsze funkcje: od najbardziej ewidentnych, jak się wydaje – sanitariuszek, kucharek i praczek do dużo mniej oczywistych – snajperek czy pilotów nocnych bombowców.

Autorka nie zostawiła sobie zbyt wiele miejsca na komentarze. Jej książka to rezultat bardzo wielu rozmów z uczestniczkami wojny, spisania ich i ułożenia w całość opowiadająca dzieje radzieckich kobiet walczących za ojczyznę i Stalina. I, jak się okazało, za niewdzięczny naród. Tak trochę od końca – problemem autorki było m.in. przebicie się przez mur niechęci do pokazania udziału kobiet w wojnie. Radziecki system socjalistyczno-komunistyczny, który tak łatwo zrównywał płeć, gdy przychodziło posyłać młode kobiety na front, po wojnie wrócił do patrzenia na wojnę oczami mężczyzn i ich wspomnień. Organizacje kombatanckie proponowały autorce rozmowy z weteranami, a jej rozmowom z byłymi czerwonoarmistkami potrafili przyglądać się mężowie, by te „czegoś nie chlapnęły”.

Zaraz po wojnie nie było wcale lepiej. Do traumy, przejawiającej się np. urazem do koloru czerwonego (żadnych czerwonych chustek, sukienek, elementów wystroju nawet długie dziesięciolecia po wojnie), dołączył ostracyzm środowiska lokalnego (zwłaszcza kobiet). „Bo przecież wiadomo do czego służyły te kobiety na froncie, kurwy jedne” - popularny także dzisiaj stereotyp o wykorzystywaniu kobiet – żołnierzy w celach seksualnych.

A przecież gdy szły na wojnę, czasami w wieku 16 lat, na ochotnika by bronić ojczyzny, było im trudniej niż mężczyznom. Dostawały te same sorty mundurowe co oni (dużo później pojawiły się damskie mundury i bielizna), niekompletne (biedna była i w potrzebie ta ich ojczyzna), za duże, bo przecież owe uniformy produkowano w rozmiarach męskich.

Opowieść jednej z dziewcząt jak przez cały okres unitarny przechodziła w butach nr 42, podczas gdy nosiła... 35 byłaby nawet zabawna, zwłaszcza we fragmencie gdy podczas zwrotu w tył „wyskoczyła” z butów, gdyby nie tragizm tej sytuacji.

Trenowano je i traktowano jak mężczyzn ze wszystkimi niedogodnościami higienicznymi. Gdy któregoś dnia, jak opowiada jedna z bohaterek książki, jej oddział zaprowadzono do miejskiej łaźni, łaziebna nie chciała wpuścić „tych mężczyzn” do kobiecej części.

A one i tak starały się zachować kobiecość. Próbowały się malować, czesać, przerabiać mundury, nierzadko były za to karane przez surowych podoficerów i oficerów ale chciały zostać... kobietami... w tych męskich ciuchach.

Wstrząsające są wspomnienia sanitariuszek, które widząc pokiereszowane zwłoki i pokaleczonych i zdeformowanych rannych przyznają się, że bardziej od śmierci bały się tego by gdy je trafi pocisk czy odłamek nie oszpecił ich, nie pokaleczył nóg „a nogi miałam wyjątkowo ładne”, „nie śmierci się bałam ale tego jak będę wyglądała po śmierci”.

To właśnie opowieści sanitariuszek dominują w tych wojennych historiach. Zarówno tych z pierwszej linii frontu, jak i tych ze szpitali polowych. Te pierwsze czołgając się zbierały rannych z pola bitwy, zakładając im pierwsze opatrunki ratowały życie. Ich wspomnienia to setki i tysiące żołnierzy dosłownie wyciąganych z błota i ratowanych mimo braku podstawowych środków. Młoda, wtedy, sanitariuszka wspomina jak poprosiła kolegów z oddziału by oddali swoje kalesony na opatrunki i zabieranie ich, gdy przy kompletnym bezwstydzie ściągali je rozbierając się przy niej.

Sanitariuszki ratowały, mimo że żołnierze nie zawsze chcieli być ratowani. Już po wojnie jedna z żołnierek widząc na ulicach kalekich weteranów, bez nóg, rąk, żebrzących o kawałek chleba, bała się spotkać tych których ratowała, mimo że prosili o dobicie lub zostawienie na śmierć.

Jednak kobiecy, wojenny heroizm to nie tylko ratowanie życia ale także jego odbieranie. Ale tu także sporo jest kobiecej natury i emocji. Zawstydzenie, gdy snajperka zabija pięknego konia błąkającego się po przedpolu, tak silne, że obecne dziesięciolecia po wojnie. Opowieść niemieckiego oficera o radzieckiej snajperce, która zginęła, bo założyła czerwony szalik. Pilot nocnego bombowca wspominająca kompletne wyczerpanie po kilku nalotach w czasie nocy i wleczenie po ziemi mapnika, którego nie miała już siły nieść.

I wiele, wiele innych, których nie przytoczę, by nie psuć przyjemności czytania (jest już dostępne wydanie drugie, tym razem na papierze i w e-booku).

Te wszystkie opowieści sprawiają, że wojna opisywana przez autorkę, ustami jej rozmówczyń, staje się bardzo osobista. Aleksijewicz napisała, że „pisze nie o wojnie, ale o człowieku na wojnie” i jest w tym absolutna prawda. Tak samo jak w zdaniu, które również pada w tej książce: „kobieca wojna jest straszliwsza niż wojna”. I choć można polemizować z tak filozoficznym stwierdzeniem ,to zaraz po przeczytaniu książki zgadzamy się z nim odruchowo i w 100%.

Jedno zastrzeżenie.
Trudno powiedzieć, dlaczego w tych żołnierskich opowieściach, mimo że część z nich zbierana była już w latach dziewięćdziesiątych, tak mało jest tego, co nam wydaje się oczywiste – stalinowskiego terroru, historii o wykorzystywaniu seksualnym. Bo nie ma ich wiele. Jednak te, które się pojawiają trochę tłumaczą, jak mi się wydaje, te braki. Te wówczas młode dziewczyny nie przypadkowo do armii szły na ochotnika. Ich światem była wszechobecna komunistyczna propaganda. Zderzenie z oficerem, który po wódce narzeka na system i Stalina, w tym wypadku mogło być szokiem. Kilka rozmówczyń Aleksijewicz przyznaje się do późnych refleksji o sensie systemu, w którym żyły i walczyły, ale wydaje mi się, że, podobnie jak w wypadku męskich weteranów „Wielkiej Wojny Ojczyźnianej”, krytykowanie komunizmu i Stalina może dla nich równać się z kwestionowaniem i umniejszaniem heroizmu ich samych - żołnierzy, którzy dla niego walczyli.

Temu także możemy zawdzięczać np. wydające się, z naszego punktu widzenia, nieprawdopodobne opowieści o opiekowaniu się i karmieniu niemieckich dzieci. Nie zgadza się to z naszymi stereotypami o zachowaniu radzieckich żołnierzy, choć z drugiej strony – oni też byli ludźmi. I o tym także jest ta książka.

Nie przeczytałem żadnej innej książki Swietłany Aleksijewicz, ale już ta jedna tłumaczy, wg mnie, nagrodę Nobla. Polecam do przeczytania, zwłaszcza tym którzy interesują się historią drugiej wojny światowej. Pozycja obowiązkowa dla rekonstruktorek kobiecych postaci owej wojny, bez względu na odtwarzaną stronę. Tyle prawdy o kobiecie na wojnie niełatwo jest znaleźć.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z plusem.

Zubek

Ps. Książka ta przypomina mi inne, z serii „Świadkowie historii” (http://www.wojennehistorie.pl/2012/05/swiadkowie-historii-gos-jej-tworcow.html), tylko tam autorzy mieli do wykorzystania ogromne brytyjskie archiwa przechowujące głosy i wspomnienia żołnierzy. Swietłana Aleksijewicz sama zbierała (w latach 1978 – 2004) swoje wojenne historie. Pełen szacunek.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Karbala - współcześni bohaterowie w książce, czyli zanim obejrzysz film - poczytaj.

Piotr Głuchowski, Marcin Górka „Karbala”. AGORA S.A., 2015 rok.

Wielu moich znajomych do tej pory przekonanych jest o tym, że w Iraku prowadziliśmy działania stabilizacyjne, budowaliśmy szkoły, pomagaliśmy ludziom i demokracji. Polscy żołnierze ginęli, bo źli terroryści podkładali bomby pod niosące pokój i radość konwoje. Tego przez lata mogliśmy dowiedzieć się z naszych mediów, tak mówili politycy, generałowie i ich rzecznicy. Kłamcy.

Ta książka pokazuje inny świat tej wojny, bo jest właśnie opowieścią o wojnie. I to nie taką, która pozwala na gadanie o „okupacji”, „polskich okupantach”, „wstydzie za Polaków”, „najemnikach” itp. bzdury pisane przez miłujących pokój ludzi, którzy mogą go miłować i wypowiadać publicznie takie słowa, bo żołnierze, tacy jak jak bohaterowie „Karbali”, stoją na straży jego bezpieczeństwa. I to na tyle komentarza dla kilku moich znajomych, którzy są żywym przykładem tego, że czasami, mentalnie, naprawdę jesteśmy czterdzieści lat za Ameryką (znaczy w latach 70.).

„– Uznaliśmy, że nie ma sensu o tym szerzej informować – tak to po dekadzie wytłumaczy generał Bieniek w rozmowie z tygodnikiem „Wprost”: – Przekazywanie informacji, że Irak płonie, nie wpłynęłoby dobrze ani na świadomość żołnierzy w Polsce, ani na rodziny misjonarzy, ani na resztę naszego społeczeństwa”. Ten cytat z książki niech starczy za komentarz do kłamstw jakimi nas karmiono. Książka jest zbyt ciekawa i ważna by skupiać się na tym temacie, ale jeszcze do niego wrócę (na koniec).

Bo „Karbala” to książka bardzo dobra. I to nie tylko bo ma szansę większej ilości ludzi opowiedzieć historię walk polskich żołnierzy w Iraku, ale także że ową szanse wykorzystuje. To świetnie napisana opowieść, w stylu filmów amerykańskich, która trzyma czytelnika w napięciu serwując mu kolejne wojenne historie. I to historie prawdziwe, bo autorzy dotarli i zdobyli zaufanie weteranów i bohaterów z Karbali. A to nie jest byle co. Bo znalezienie ich mogło nie być trudne, choć część z nich odeszła już do cywila i rozpoczęła inne życie, chcąc zapomnieć o wojnie, ale przekonać ich do szczerości i opowieści... Żołnierze nie lubią dziennikarzy i wolą trzymać ich na dystans, tego uczą nasze służby mundurowe - „odeślij do rzecznika!”. Tego uczy praktyka, na którą solidnie zapracowali koledzy dziennikarze – szukający sensacji lub bezrefleksyjnie powtarzający słowa rzeczników i polityków.

Tym razem jednak udało się. „Karbala” jest reportażem z wojny napisanym opowieściami żołnierzy, od dowódców do szeregowych. Od tych którzy podejmowali decyzję o wysłaniu żołnierzy do walki i być może na śmierć, do tych, którzy stanęli przed wyborem „albo my ich, albo oni nas”.

Książka, wbrew powszechnej opinii, nie jest poświęcona tylko i wyłącznie obronie City Hall w Karbali. Sama akcja jest jakby tylko pretekstem do opisania wydarzeń z kwietnia i maja 2004 roku oraz całego tła politycznego, społecznego i wojskowego Iraku z początku XXI wieku. No i udziału w tym wszystkim Polaków i naszego wojska.

Może tych, którzy spodziewają się czegoś w stylu „Helikoptera w ogniu” i „Byliśmy żołnierzami” ten opis nieco zaniepokoi, ale niesłusznie. Wprowadzenie do sytuacji, pokazanie tła całej akcji powoduje, że lepiej rozumiemy to, co działo się przez te tygodnie, miesiące i lata.

A miłośnicy akcji nie będą żałowali z całą pewnością. Bowiem „Karbala” to nie tylko te kilka dni i nocy obrony karbalskiego „ratusza” (3-6. kwietnia 2004 roku) przez pododdziały polskie i bułgarskie, ale także udział polskich żołnierzy w operacji „Żelazna szabla” - odzyskaniu Karbali z rąk partyzantów sadryjskich i oczyszczeniu miasta przez Amerykanów i Polaków.

I to akcji pisanej żołnierskimi opowieściami i obrazami jak z wyżej wymienionych filmów.
Dwa przykłady.

Pierwszy:
Naprzeciwko szóstki polskich żołnierzy zbiera się tłum manifestantów. Wznoszą wrogie okrzyki, ale nie widać broni, krzyczeć każdemu wolno. Polacy są to m.in. po to, by tego pilnować. Jednak w pewnej chwili z tłumu wychodzi starszy mężczyzna i spod ubrania wyciąga karabinek z urżniętą kolbą, przeładowuje i zaczyna unosić broń. Kapitan Kalisiak (jeden z głównych bohaterów książki, dowódca obrony City Hall, dzisiaj pułkownik) wydaje snajperowi prosty rozkaz - „Odstrzel dziada!”. Snajper przyklęka, celuje... Strzały padają równocześnie: seria z kałacha” trafia w niebo, strzał ze „snajperki” w splot słoneczny partyzanta...

Drugi:
Polscy żołnierze zajmują budynek hotelu. Ich zadaniem jest obserwacja i powstrzymanie ew. przemieszczającego się nieprzyjaciela. Od czasu do czasu są ostrzeliwani, na całe szczęście mało skutecznym ogniem. Gdy zagrożenie zaczyna być realne likwidują je sami lub wzywają wsparcie. Ich pozycja jest doskonała do obserwacji, ale odkryty ze wszystkich stron budynek hotelu to także wyjątkowo niebezpieczne miejsce. Tym razem jednak mają wsparcie. Gdy Polak odkrywa, w którym budynku chowa się ostrzeliwujący ich snajper, przez radio wzywa wsparcie. Abrams „dyżurujący” na placu obraca wieżę i lufę, pada strzał i na zawsze znika część willi. Snajper już nie będzie niepokoił Polaków.

Spokojnie mogłem sobie pozwolić na ten spoiler, bo takich obrazów w książce jest naprawdę dużo, a i napisane są językiem dużo bardziej zajmującym niż powyższe skróty.

Ale ta książka to nie tylko wojenna historia, ale może przede wszystkim historia żołnierzy i weteranów, i tego jak wyglądają ich historie przed, w trakcie i po wojnie. Tego, co różni stosunek do weteranów w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, gdzie ciężko rannemu żołnierzowi pielęgniarka mówi, że ”mu się należało”, a internet jest pełen hejtów od „hipisów”, którzy pozazdrościli Amerykanom z lat 70. możliwości protestów pokojowych. Gdzie administracja rządowa i wojsko dopiero „na żywym ciele żołnierzy” (dosłownie) uczy się, że z wojny mogą wrócić ranni i że nie wszystkie rany są widoczne i krwawią.

Gdzie, wreszcie ten temat na koniec, kilku ludzi może postanowić, że z powodów politycznych i ich własnego „widzimisię” o bohaterach z Karbali i innych nie dowie się nikt, a my – czyli społeczeństwo – będziemy musieli myśleć co nam karzą i pozwolą wiedzieć.

To oczywiście ogromny zarzut do polityków i najwyższych dowódców. Ale nie wszystkich. Tajemnica była tak wielka, że nawet generałowie, którzy w kolejnych zmianach dowodzili misjami w Iraku, dowiadywali się o tym przypadkiem (np. gen. Skrzypczak). Ale ta tajemnica powodowała np., że najważniejsi bohaterowie tej książki (także po prostu Bohaterowie) przez całe lata nie zostali docenieni.

Wina polityków i najwyższego dowództwa jest bezsporna – ukrywali informacje i przez to manipulowali nami – obywatelami. Prowadzili wojnę, a nas okłamywali. Ale jak to się stało, że w świecie, gdzie informacja jest towarem, świecie XXI w., gdy nie ma dla niej granic, nasi dziennikarze nie odkryli prawdy natychmiast? Albo jest to wynik naszego słabego dziennikarstwa (z góry przepraszam moich kolegów dziennikarzy), albo podatności owego na manipulację polityków. Może to także podskórna chęć robienia polityki i dyrygowania, co mają wiedzieć „maluczcy” i jak reagować? Trudno wybrać dobrą odpowiedź.

Tym bardziej, że autorzy „Karbali” podają także przykład ujawnienia prawdziwej i wstrząsającej informacji o torturach, których dopuszczali się amerykańscy żołnierze na więźniach w irackim więzieniu Abu Ghraib. Po publikacji artykułu w kwietniu 2004 roku w Iraku zawrzało. Jego efektem było śledztwo i ukaranie winnych, ale także kolejne skuteczne ataki na amerykańskich żołnierzy i cywili.

Mimo wszystko wybrałbym prawdę o polskich żołnierzach, nawet gdyby była niewygodna dla polityków.

Jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie jest przekonany do przeczytania tej książki to niech jej nie czyta. Można żyć bez poznania najnowszej historii Polski, można pewnie żyć też z przekonaniem, że politycy wiedzą, co dla nas dobre, a polscy żołnierze jeździli do Iraku i Afganistanu dla pieniędzy i na wczasy. Ale mimo wszystko warto przyjąć do wiadomości, że żołnierz jedzie tam gdzie wysyła go dowództwo, czy w szerszym znaczeniu – Ojczyzna i wykonuje rozkazy, nawet gdy mogą one doprowadzić do śmierci jego i jego podwładnych.

A tym, którym się wydaje, że polscy żołnierze okupowali Irak podam przykład. Gdy Sadyści zaatakowali karbalski City Hall, lokalną siedzibę władz irackich, bronili go polscy i bułgarscy żołnierze. I robili to nawet wtedy, gdy uciekli iraccy policjanci. Bronili siedziby lokalnych irackich władz, gdy mogli siedzieć w dość bezpiecznej i obwarowanej bazie. Wcześniej, ryzykując własne życie, ratowali ofiary zamachów na tłum pątników. Nie pasuje to do obrazu okupantów jaki my Polacy znamy.

Ważne - autorzy tylko gdy cytują żołnierzy używają na określenie miejscowych słowa "szuszwol", normalnie określają zbuntowanych Sadrystów słowem partyzant, choć wg mnie bardziej pasowałoby - powstaniec. Ale to temat na osobną dyskusję.

A książkę przeczytać trzeba.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 6 minus.

Zubek

Ps. Jako rekonstruktor i odtwórca historyczny, członek stowarzyszenia o tym profilu wieszczę, że (zwłaszcza jeśli film dorówna książce) kilka GRH pokusi się o odtworzenie „zwiadowców Kalego” i bułgarskich komandosów.

Ps. 2. Jeśli film nie dorówna książce, choć w połowie, będę bardzo rozczarowany.

Z.






poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Alternatywna historia dla każdego

Piotr Langenfeld „Czerwona ofensywa”, Warbook, 2014 r. Przeczytana w e-booku.


To książka, jaką chyba każdy z nas chciał kiedyś napisać. Oczywiście przez „nas” rozumiem, mimo wszystko, dość wąskie grono historyków - amatorów i zawodowców (ci, pewnie bardziej ceniąc sobie prawdę niż fikcję, oczywiście mniej by chcieli) oraz innych miłośników historii drugiej wojny światowej. No i trzeba by z tego grona wykluczyć tych, którzy znając swoje możliwości od razu odrzucają wszelkie próby pisania. Pierwsze zdanie powinno więc brzmieć – To książka, jaką nieliczni z nas chcieli kiedyś napisać, a jeszcze bardziej nieliczni powinni to robić – ale przecież nie brzmiałoby tak dobrze jak w pierwszej wersji.


Tymczasem tak naprawdę wielu z nas spędziło wieczory nad zastanawianiem się nad historią alternatywną, samemu nad kolejną książką lub z kolegami (czasem nawet koleżankami, choć ich obecność dekoncentruje) nad herbatą i oranżadą i wspólnie zastanawialiśmy się „co by było gdyby...?”.


Oczywiście każda taka dyskusja zawsze ma charakter czysto akademicki, bo nikt nie wie jak potoczyłaby się historia gdyby wydarzyło się to, czy tamto. Najlepszą dla takich rozważań formą jest właśnie fabuła, jaką sprezentował nam Piotr Langenfeld.
I to co zrobił jest dobre, przynajmniej w mojej ocenie.
Książka, podzielona na krótkie epizody, dobrze się czyta. Przeskakujemy w czasie i przestrzeni pomiędzy kolejnymi przygodami głównych bohaterów. Dzięki temu jest dynamicznie i ciekawie, a lektura wciąga jak amerykański serial sensacyjny.


Że nie wszystko się klei? Że zapewne w tamtych czasach nie było tak niezniszczalnych czołgów, a lotnictwa sprzymierzonych nie można by było tak łatwo zneutralizować? Że to czy tamto w oczach niektórych pewnie wyglądało by inaczej? Ależ oczywiście! Książka, a w zasadzie książki, bo są jeszcze dwa kolejne tomy kontynuujące historię, Piotra Langenfelda jest jakby zaproszeniem do dyskusji prowadzonych przy kieliszku czy szklance - „Co by było, gdyby?” - ale tym razem jest do nich podstawa. Zapewne każdemu, kto podejmie rękawicę, autor z przyjemnością przyklaśnie.


Tym bardziej, że niemal otwarcie korzysta z tego, że należy do wąskiego grona naprawdę niezgorszych rekonstruktorów drugowojennych. I wywołuje do tablicy innych. Zapewne nieprzypadkowo wśród zbiorowych i indywidualnych bohaterów powieści znaleźć można jednostki odtwarzane przez polskie grupy rekonstrukcyjne. Już w pierwszej przeczytanej części znalazłem ich kilka, a wiem, że w kolejnych znajdują się dalsi (łącznie z 1. Kanadyjskim Batalionem Spadochronowym!). Za tę zabawę, skierowaną tak naprawdę do tak wąskiego grona, że trudno ją nazwać chwytem marketingowym, należą się autorowi osobne brawa.


Oczywiście książka ma i swoją wadę. Postacie polityków i generałów nacechowane są wyraźnie sympatiami i antypatiami autora, niby jego prawo, bo jego fabuła, ale jednak wg mnie, gdy używamy autentycznego bohatera, powinien być on bardziej autentyczny... a mniej pomnikowy lub karykaturalny.


Książkę Piotra Langenfelda serdecznie polecam jako lekturę łatwą i przyjemną. Wojenną historię dla czytelników mniej zaawansowanych, których nudzą książki historyczne. Gdy znajdą tu historyczną alternatywę (w dobrym opakowaniu) może zechcą poczytać coś więcej o historii, która wydarzyła się przed „Czerwoną ofensywą”. Bardziej zaawansowani czytelnicy wojennych historii niech przeczytają ją dla akcji („piro i amo”) i dla zabawy intelektualnej, którą daje tworzenie historii, która mogłaby się wydarzyć.


Zapewne powinienem polecić „Kontrrewolucję” i „Plan Andersa”, dalsze części „...ofensywy” ale jeszcze ich nie przeczytałem.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 5 z plusem.


Zubek

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wojna domowa w Syrii - tak daleka a jednak tak bliska

Jonathan Littell „Zapiski z Homs”, Wydawnictwo Literackie, 2013 rok

Rzadko dostajemy do ręki tak aktualną relację z wojny, i to wojny, która nadal trwa. Bowiem Homs jest miastem w Syrii, która od 2011 roku ogarnięta jest wojną domową. Zawędrował tam francuski dziennikarz Jonathan Littel, a książka jest zapisem jego dziennika tej podróży po wojnie domowej.

Taka forma okazuje się wg mnie podwójnie ciekawa dla czytelnika, po pierwsze dostajemy niemal suchy zapis jego przeżyć, nawet niespecjalnie obarczony emocjami, po drugie dzięki temu możemy spojrzeć na tą wojnę jakby samodzielnie, zaglądając przez uchylone przez autora drzwi.

A my powinniśmy szczególnie wczuć się w to, co się tam dzieje. Bo wg zapisków Littella wojna w Syrii to trochę tak jakby lustrzana historia nowożytnej walki o niepodległość Polski. Mamy tu zapis walk w mieście z dużo lepiej uzbrojonym przeciwnikiem posiadającym czołgi i transportery opancerzone, ostrzału prowadzonego przez snajperów (w naszej historii - „gołębiarzy”) do przypadkowych cywili, manifestacje, z których bije siła i nieustępliwość, a które rozganiane są przez siły reżimu i do tego wszystkiego silne podłoże religijne uczestników rebelii.

Przy lekturze trudno było mi uciec od skojarzeń z Powstaniem Warszawskim, wieloma protestami i buntami z lat PRL. Oczywiście różnic jest znacznie więcej niż podobieństw, ale trudno nie poddać się próbie porównań.

Tym bardziej, że autor wprowadza nas do środka konfliktu nie starając się nawet przeprowadzić swoich czytelników przez skomplikowaną historię tej wojny domowej. Po prostu są rebelianci, którzy chcą wyzwolić swój kraj od reżimu, wśród nich porusza się nasz bohater i jest prezydent i rząd, który przy pomocy wojska, policji, bezlitosnej tajnej służby i swoich zwolenników toczy krwawą wojnę z opozycją.

Co ciekawe, mimo że miałby święte prawo do wyrażania żywych emocji, w swoich zapiskach autor wystrzega się ich. Nawet gdy opisuje rannych w czasie manifestacji ludzi, którym punkt opatrunkowy nie może udzielić pomocy i dla których nie ma już nadziei, utrzymuje chłodny ton komentarza.

Ale dzięki niemu dowiadujemy się, że nowoczesna wojna domowa to także wojna propagandowa tocząca się przy pomocy internetu i smartfonów. Każda ofiara jest dokumentowana i niemal na bieżąco można ją znaleźć na Youtubie. Autor trafia do pokoi pełnych młodych ludzi, którzy wrzucają do sieci filmy z manifestacji i filmy ze śmiercią i umieraniem męczenników. Co chwila ktoś podchodzi do niego by pokazać mu zdjęcia zabitego, pokaleczonego, torturowanego przez siły rządowe członka rodziny. Zdjęcia na smartfonach, które w ten sposób też stają się narzędziami rewolucji i „muzeami potworności” jak je nazywa.

Littell dostał się do Syrii nielegalnie, przerzucony przez granicę Libanu dzięki przemytnikom sprzyjającym rebeliantom. Nie chciał przyjechać oficjalnie wiedząc, że nie miałby wtedy szansy na obejrzenie rewolucjonistów. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jego sytuacja też nie daje mu obiektywnej perspektywy, gdyż jest kierowany przez swoich gospodarzy, ale też zauważa to bez skrupułów.

Gdy trafia do Syrii wojna domowa trwa tam od roku. W tym czasie zachodni dziennikarze potrafili zepsuć sobie opinie wśród rebeliantów. Littell musi na nowo przekonywać do siebie swoich rozmówców, z których wielu ma dystans wobec tego nie mówiącego w ich języku cudzoziemca. Całe szczęście towarzyszy mu fotograf, muzułmanin, który już wcześniej odwiedził Syrię. Autor wielokrotnie jest świadkiem, gdy jego fotoreporter kłóci się z ich przewodnikami o dostęp do informacji i możliwość robienia zdjęć.

Tymczasem mamy możliwość wędrowania razem z korespondentem „Le Monde” od jednego punktu opatrunkowego do drugiego. Punkty opatrunkowe stanowią newralgiczne elementy infrastruktury rewolucjonistów. Człowieka z raną postrzałową nie można zawieźć do zwykłego szpitala, bo są one pod stałą obserwacją służby bezpieczeństwa, która każdego z nich traktuje jak buntownika i poddaje torturom na miejscu albo zabiera do więzienia. Jedyny ratunek stanowią punkty obsługiwane przez ochotników: lekarzy, studentów medycyny, pielęgniarzy, którzy robią co mogą by ratować rannych. Niewiele jednak mogą, a dodatkowo brak im lekarstw, środków opatrunkowych, wyposażenia.

Dochodzi do paradoksu - „ocaleni mają gorzej niż martwi, bo martwi nie czuja już niczego”, po martwych zostają zrozpaczone rodziny, a ranni skazani są na cierpienie i niejednokrotnie powolną śmierć.

Ich śmierć to początek kolejnych ofiar. Pogrzeby albo przeistaczają się w manifestacje krwawo rozpędzane przez reżim, albo są ostrzeliwane przez snajperów, którzy specjalnie czają się wokoło cmentarzy.

A to wszystko dzieje się w mieście, które, jakby się wydawało, normalnie funkcjonuje. Autor i jego fotograf z jednej zbuntowanej dzielnicy przejeżdżają do drugiej... taksówką. Po drodze mijają dzielnice mieszkalne z normalnie żyjącymi ludźmi. W drodze pomiędzy zakrwawionymi punktami medycznymi kupują jedzenie u ulicznego sprzedawcy.

Zamieszanie w rozumieniu tej wojny pogłębia fakt, że są tu kasty uprzywilejowane, od dawna skłócone z innymi. A w ich życiu honor i zemsta stanowią nierozerwalne połączenie. Gdy żołnierze, czy policjanci pochodzący z Alawitów porwą i zgwałcą kobietę Beduinów, jej „klan” zobowiązany jest dokonać podobnego czynu w dzielnicy rządowej. Oczywiście ofiarami są zupełnie przypadkowe osoby, których największą winą jest urodzenie się w tej a nie innej rodzinie i dzielnicy. Tak nakręca się dodatkowa spirala przemocy.

Autor jest świadomy, że przedstawiciele rewolucjonistów rozmawiają z nim jak z zachodnim dziennikarzem i wydaje się, że z pełnym sceptycyzmem przyjmuje zapewnienia o tylko wolnościowym charakterze walk i pełnej tolerancji wobec innych wyznań, np. chrześcijan. Jego rozmówcy często podkreślają, że nie chcą obwołania „świętej wojny” i że liczą na pomoc Zachodu w walce z reżimem. To ostatnie wygląda w jego relacji jak próba przekazania swoistego ultimatum.

Autor spędził w Syrii dwa tygodnie i ten czas możemy śledzić w obiektywnej relacji. Jednak epilog to już w dużej części wspomnienie tych z rozmówców, którzy prawdopodobnie zginęli lub uciekli. Po wyjeździe Littella zaczęła się rządowa operacja wobec zbuntowanej dzielnicy i jej systematyczny ostrzał artyleryjski.

Zbuntowana dzielnica Baba Amr miasta Homs padła miesiąc po jego wyjeździe.

Dzisiaj próżno szukać w naszych mediach śladu wzmianki o wojnie w Syrii. Zajęci jesteśmy bardziej aktualnymi tragediami, ale tam nadal trwa wojna, której charakter, jak niemal wszystko co dzieje się na Bliskim Wschodzie wszedł już w fazę „nierozwiązywalną” i niezrozumiałą dla przeciętnego Europejczyka. Dążenie do wolności przeplata się z wojną religijną i klanową, a obrona reżimu zaczyna być także obroną swobody wyznania. Dlatego chyba warto na kilka godzin lektury przenieść się do Syrii roku 2012 i spojrzeć na ten konflikt z węższej perspektywy przebiegającego przez ostrzeliwaną ulicę człowieka.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 4

Zubek






czwartek, 29 maja 2014

JTAC zrzuca z platformy

Paul Grahame, Damien Lewis „Cel namierzony”, Wydawnictwo Literackie, 2014 rok
To książka dla wielbicieli akcji. Zaczyna się jak u Hitchcocka, mocnym akcentem, a potem temperatura akcji nie spada. Wspomnienia napisane zwykłym językiem żołnierza i z jego własnymi, nie wydumanymi przeżyciami, czyta się niemal jak beletrystykę. Bohaterem jest brytyjski żołnierz z Afganistanu. Ale nie zwykły piechociniec czy komandos ale specjalista, specjalista wsparcia powietrznego - JTAC.

W czasie drugiej wojny światowej, na froncie zachodnim, już w roku 1945, gdy walki toczyły się na terenie Niemiec, armia amerykańska stosowała prostą taktykę unikania strat. Gdy dochodzili do kolejnego miasteczka wysyłali zwiad, gdy napotykali opór to nie próbowano nawet zdobywać tej miejscowości przy pomocy piechoty i czołgów. Podciągano artylerię i rozpoczynano ostrzał potencjalnych celów, później wysyłano parlamentariuszy. Zazwyczaj przywozili oni z powrotem kapitulację garnizonu. Ta przewaga techniki, uzbrojenia i zaopatrzenia pozwalała unikać strat w ludziach. Kosztowała zużycie sprzętu i amunicji, ratowała życie żołnierzy.

Po lekturze „Cel namierzony” wydaje się, że podobną taktykę stosują wojska sojusznicze w Afganistanie. Atakują Talibów po to by zmusić ich do otwarcia ognia a potem wzywają wsparcie. Autor książki pełnił właśnie służbę w takim zespole wsparcia, w którym oprócz niego byli również żołnierze odpowiedzialni za kierowanie wsparciem artylerii i moździerzy.

Jedną z rzeczy, która natychmiast rzuciła mi się w oczy i szalenie spodobała, jest proste nazywanie... zabijania. Bo w tej książce żołnierze zabijają swoich przeciwników, nie „neutralizują ich” jak zdarza się czytać w książkach czy oglądać w hollywoodzkich filmach pełnych poprawności politycznej. Jeden z rozdziałów ma nawet tytuł „199 trupów”. Jeden z kolegów bohatera opowieści policzył, że dzięki kierowanym przez niego atakom zabito 199 rebeliantów, bo w tej opowieści przeciwników się zabija!  A żołnierze chcą przed wyjazdem przekroczyć dwustu zabitych. Brzmi to szokująco prawdziwie.

I taka jest cała książka, pełna akcji i szokujących prawd. I to nie tylko tych o zabijaniu, ale także tych pokazujących absurdalność wojskowej administracji. W kolejnej publikacji widzimy, że brytyjska armia w swojej administracyjnej części może niewiele różnić się od naszej własnej i dobrze znanej rzeczywistości.

Zespół wsparcia, w który służy autor, otrzymał do użytku samochód trzyosobowy, odkryty. Musicie wiedzieć, że na polu bitwy muszą oni stać na widoku, by sami widzieć i jest ich...5! Oczywiście złożyli zapotrzebowanie na lepszy pojazd, ale jakoś ciągle byli lekceważeni w przydziale. W związku z tym, gdy po raz kolejny zostali pominięci, znaleźli sobie sami stosowny wóz i go... ukradli. Scena jak z „MASH-a”.

I tak się dzieje mimo tego, że jak sam napisał, on i zespół, przy liczebnej przewadze rebeliantów (nawet 6/1), stanowili dla swojej kompanii, element „wyrównywania szans”!

Akcja książki (świadomie używam zwrotu odnoszącego się do fabuły) dzieje się w prowincji Helmand w Green Zone, z której oddział wspierany przez autora ma wyprzeć rebeliantów. Zielona Strefa to nie tylko nazwa kodowa, ale także teren autentycznie „zielony” z wysoką trawą, drzewami, idealny do działań partyzanckich.

W tym terenie każdy żołnierz chciałby mieć po swojej stronie sierżanta Grahame. To on, łamiąc wszelkie procedury, wspierał żołnierzy mających bezpośredni kontakt z wrogiem. Ogniem „platform”, kładzionym nawet o kilkadziesiąt metrów od własnych pozycji JTAC, zmuszał talibów do ucieczki i ratował własne oddziały.

Z drugiej strony, żołnierz taki jak sierżant Grahame, to koszmar każdego oficera tyłowego. Przekonał się o tym jeden z nich, kiedy zrugał Grahame w bazie powietrznej, gdy ten, od bladego świtu koordynując wsparcie powietrzne, wyszedł nieregulaminowo umundurowany zjeść na szybko coś do kantyny. W odpowiedzi nasz bohater przeprowadził „demonstrację siły” przez bombowiec B-1B, który lotem koszącym przeleciał nad bazą gdy odbywała się odprawa dowództwa.

Kilka słów wyjaśnienia. „Platforma” to każdy śmigłowiec i samolot przydzielony JTAC-owi do dyspozycji w jego strefie powietrznej. Były to Apache, A-10, F-15, F-16, F-18, śmigłowce Lynx, Chinook, myśliwce Harrier, bezzałogowe Predatory i francuskie Mirage. Co ciekawe nieważna była armia, która przysłała samoloty. Grahame kierował ogniem zarówno brytyjskich jak i amerykańskich, duńskich i francuskich „platform”. Narzeka tylko na współpracę z Francuzami, którzy odmawiali ryzykownych „zrzutów” - tak nazywa się każde „zrzucenie” bomb na cel.

Demonstracja siły” - czasem JTAC nie może bezpośrednio zaatakować celu. Jest, mimo wszystko, zbyt blisko sił własnych, nie rozpoznano dokładnego jego położenia, itp. Wtedy może zalecić „platformie” „demonstrację siły”, czyli przelot lotem koszącym z wypuszczeniem flar. Taki „atak” potrafił spłoszyć talibów i sprawić, żeby ukryli się choć na czas pozwalający na ewakuację własnych wojsk.

Życie JTAC-a nie jest proste. Podczas gdy w czasie walki większość żołnierzy szuka schronienia i dobrego ukrycia Grahame, wraz z zespołem wsparcia ogniowego szukał miejsca, z którego mógł widzieć całe pole walki. Przez to byli widoczni dla talibów, którzy dysponowali RPG, wyrzutniami rakiet i moździerzami, a szybko zorientowali się w wadze stojącego gdzieś dalej pojazdu. Faktem jest jednak, że autor mógł w odpowiedzi na ich ostrzał zrzucić im na głowy np. 500-funtową bombę, czy ostrzelać z latającego czołgu A-10!

Z innej zaś strony miał on także ograniczenia, np. w późniejszym okresie mógł ostrzelać, czy dokonać zrzutu tylko na talibów, którzy wcześniej otworzyli ogień. Razem z sierżantem ze swojej bazy patrolowej autor wpadał któregoś dnia na kolejny pomysł wyglądający jak rodem z filmów. Sierżant stojąc za karabinem maszynowym samochodu patrolowego ruszył drogą łączącą dwie bazy patrolowe ostrzeliwując domniemane wyjście z bunkra rebeliantów. Skuteczność samej szarży samotnego samochodu nie była wielka ale spowodowała reakcję talibów, którzy wyskoczyli by odpowiedzieć na ogień. Na to czekał JTAC, który szybko wycofał sierżanta i jego kierowcę a wyjście z bunkra obrzucił bombami z „platformy”.

JTAC, jak chyba żaden inny żołnierz, ma możliwość „wydawania” pieniędzy sojuszniczych podatników. Gdy jego bazę rebelianci ostrzeliwali z moździerza 105 mm Grahame chciał ich zaatakować całym ładunkiem bombowca B-1B, którego koszt (ładunku znaczy się) wyceniono na 4,5 mln. dolarów!

Jak widać z powyższych przykładów książka warta przeczytania, zwłaszcza dla pasjonata militarnego i wielbiciela współczesnych wojennych historii. Ja na pewno za jakiś czas do nie wrócę.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: mocna 5 +

Ps. Żeby nie było, że historia zmyślona to znalazłem reportaż zrobiony z Zielonej Strefy przez wspomnianą w książce dziennikarkę.
Na obrazku miga nawet autor książki - http://www.liveleak.com/view?i=74a_1189264330