Cytat jakiś ciekawy

„Kilku ludzi usiłowało wydostać się z tego piekła furgonetką ale Soprano trafił ich z broni głównej bradleya. Pierwszy pocisk trafił żołnierza w pierś i ten po prostu zniknął jak kamfora. Kolejne trzy dosłownie rozbiły samochód razem z całą jego zawartością. Nie uwierzyłbym, że armata kalibru 25 mm może dokonać takiego zniszczenia, gdybym nie widział tego na własne oczy.”

Dillard Johnson „Szalony J..."

Wojenne historie

Wojenne historie

środa, 30 maja 2012

Świadkowie historii, głos jej twórców


Roderick Bailey „Świadkowie. Zapomniane głosy. D-Day. Lądowanie w Normandii”. Wydawnictwo RM, 2011 rok

To nie jest wojenna historia, to jest wiele wojennych historii. Autor tej książki wszedł do archiwów Imperial War Museum, gdzie zarejestrowano tysiące głosów i opowieści brytyjskich żołnierzy, i stworzył książkę niezwykłą – składającą się, prawie, tylko i wyłącznie z relacji naocznych świadków! To „prawie” wytłumaczę za chwilę.

I nie można jej w prosty sposób zrecenzować. Bo jak opisać dziesiątki, czy nawet setki (nie liczyłem) małych historii opowiedziane przez kilkudziesięciu (nie wiem nie liczyłem) bohaterów. Łączy je czas i miejsce. Wszystkie dotyczą przygotowań do i walk w największej operacji desantowej na świecie – Overlord, czyli lądowaniu wojsk sprzymierzonych we Francji, 6 czerwca 1944 roku. I wszystkie są osobiste, bardzo krótkie i dotyczą konkretnej chwili i miejsca. Dzięki temu możemy nie tylko, jak w innych książkach dotyczących Overlord, przenieść się na pole bitwy ale także, niemal, do głów żołnierzy.

Pomysł na opowieści żołnierskie nie jest nowy, zawierają je przecież niemal wszystkie książki historyczne dotyczące tych czasów. Autorzy bardzo często cytują żołnierzy, bohaterów tamtych czasów, nawet jeśli nie dokładnie to na ich relacjach tworzą swoje wojenne historie. W tej pozycji mamy tylko szczątkowe, historyczne wprowadzenia do poszczególnych rozdziałów i dalej już tylko krótkie, niemal fotograficzne migawki z wydarzeń oczyma ich twórców. Przecież każdy z tych żołnierzy był nie tylko świadkiem tej historii ale także jej współtwórcą. Przy odrobinie wyobraźni, czytając słowa piechociarza leżącego na ostrzeliwanej plaży, możemy zobaczyć mijających go, idących do ataku komandosów i poczuć jego, dla nich, podziw. Czasami czytając odnosiłem wrażenie, że widziałem gdzieś takie zdjęcie.

Znajdziemy wśród nich pojedyncze anegdoty, czy tragiczne epizody, ale także opowieści wspaniale zazębiające się, jak ta o dowódcy czołgów zdobywających umocnienia nadbrzeżne, który wyskoczył ze zniszczonej przez niemieckie działo maszyny, by wskazać nadjeżdżającemu działu samobieżnemu cel. I zaraz możemy przeczytać relację członka załogi owego działa, która uprzedzona mogła zniszczyć niemiecki punkt oporu. Dwie niezależne od siebie relacje ukazujące tą samą chwilę bitwy.

Znajdujemy tu glosy zarówno admirałów, oficerów, jak i szeregowych. Tych, którzy jak szef zespołu meteorologów mieli bezpośredni wpływ na datę inwazji, i nie mających wpływu na przebieg bitwy szeregowych spadochroniarzy, którzy wykonując rozkazy ze swoim strachem oswajali się już w nocnych potyczkach. Dzięki temu poznajemy wojnę ze wszystkich stron.

Dla mnie unikalne są relacje czołgistów pływających czołgów DD i ich przeżycia, gdy ciężkimi czołgami, oddzieleni od morza kurtyną z brezentu zjeżdżali daleko od brzegu z barek desantowych, by za chwilę płynąć ku brzegowi, gdzie na ich wsparcie czekała piechota. Czy to było szaleństwo, czy desperacja, odwaga i poczucie obowiązku, trening i zaufanie do własnych umiejętności i maszyn?

Oczywiście książka ma swoją wadę. Jest nią cecha, która jak się okazuje, wspaniale łączy narody. My, Polacy cierpimy przecież z powodu niedocenienia roli polskiego żołnierza w czasie 2 wojny światowej przez światową (amerykańską w szczególności) kulturę masową. Któż by pomyślał, że Brytyjczycy mają tak samo? W przedmowie autora i Winstona S. Churchilla (wnuka „tego” Churchilla) wyraźnie to widać. Piszą oni wprost, ze rola brytyjskich żołnierzy w lądowaniu w Normandii jest niedoceniana przez kinematografię, a przecież angielscy marynarze i żołnierze walczyli i ginęli wykonując ważne zadanie nawet na plaży Omaha! Oczywiście dla nas, zwykłych zjadaczy filmowej papki historycznej, brzmi to dziwnie, bo my przecież wiemy najlepiej kto tak naprawdę jest niedocenionym elementem 2 wojny.

Wracając do wady. Jest nią właśnie ograniczenie się do przekazania relacji tylko żołnierzy brytyjskich, tych z samej Wielkiej Brytanii. Wprawdzie odwiedzamy w książce inne rejony lądowania, nie tylko brytyjskie, ale tylko po to żeby poznać relacje obecnych tam Brytyjczyków. Nie jest to wada, gdy wiesz co czytasz, rozumiesz intencje twórcy (te kompleksy o których mowa wyżej) i być może prawdziwy Anglik, który kupi tę książkę w londyńskiej księgarni jej nie zauważy, ale my kupując pozycję o takim tytule mamy, wg mnie, prawo być odrobinę rozczarowani.

Serdecznie polecam, mimo że uważnym czytelnikom z pewnością przyjdzie do głowy niewesoła refleksja – Angole mają taką książkę, ba mają archiwa dzięki którym owa książka mogła powstać, a my? Gdzie historie setek tysięcy polskich żołnierzy 2 wojny światowej? Mamy tylko relację tych, którzy potrafili i nie bali się sami pisać. Smutek i jeszcze jeden kamyczek do ogromnej sterty kamieni w ogródku PRL-u.

W moim rankingu 6-gwiazdowym – książka dostaje mocne 5 +

PS Są jeszcze dwa tomy „Świadków...”, o bitwie o Anglię (mam) i Holocauście (trochę boję się nieludzkości, które pewnie tam będą).