Cytat jakiś ciekawy

Doszłam do Berlina. Podpisałam się na Reichstagu: „Ja, Zofia Adamowna Kuncewicz przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę”

starszyna Zofia Adamowna Kuncewicz, sanitariuszka kompanii piechoty

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Wojenne historie

Wojenne historie

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wojna domowa w Syrii - tak daleka a jednak tak bliska

Jonathan Littell „Zapiski z Homs”, Wydawnictwo Literackie, 2013 rok

Rzadko dostajemy do ręki tak aktualną relację z wojny, i to wojny, która nadal trwa. Bowiem Homs jest miastem w Syrii, która od 2011 roku ogarnięta jest wojną domową. Zawędrował tam francuski dziennikarz Jonathan Littel, a książka jest zapisem jego dziennika tej podróży po wojnie domowej.

Taka forma okazuje się wg mnie podwójnie ciekawa dla czytelnika, po pierwsze dostajemy niemal suchy zapis jego przeżyć, nawet niespecjalnie obarczony emocjami, po drugie dzięki temu możemy spojrzeć na tą wojnę jakby samodzielnie, zaglądając przez uchylone przez autora drzwi.

A my powinniśmy szczególnie wczuć się w to, co się tam dzieje. Bo wg zapisków Littella wojna w Syrii to trochę tak jakby lustrzana historia nowożytnej walki o niepodległość Polski. Mamy tu zapis walk w mieście z dużo lepiej uzbrojonym przeciwnikiem posiadającym czołgi i transportery opancerzone, ostrzału prowadzonego przez snajperów (w naszej historii - „gołębiarzy”) do przypadkowych cywili, manifestacje, z których bije siła i nieustępliwość, a które rozganiane są przez siły reżimu i do tego wszystkiego silne podłoże religijne uczestników rebelii.

Przy lekturze trudno było mi uciec od skojarzeń z Powstaniem Warszawskim, wieloma protestami i buntami z lat PRL. Oczywiście różnic jest znacznie więcej niż podobieństw, ale trudno nie poddać się próbie porównań.

Tym bardziej, że autor wprowadza nas do środka konfliktu nie starając się nawet przeprowadzić swoich czytelników przez skomplikowaną historię tej wojny domowej. Po prostu są rebelianci, którzy chcą wyzwolić swój kraj od reżimu, wśród nich porusza się nasz bohater i jest prezydent i rząd, który przy pomocy wojska, policji, bezlitosnej tajnej służby i swoich zwolenników toczy krwawą wojnę z opozycją.

Co ciekawe, mimo że miałby święte prawo do wyrażania żywych emocji, w swoich zapiskach autor wystrzega się ich. Nawet gdy opisuje rannych w czasie manifestacji ludzi, którym punkt opatrunkowy nie może udzielić pomocy i dla których nie ma już nadziei, utrzymuje chłodny ton komentarza.

Ale dzięki niemu dowiadujemy się, że nowoczesna wojna domowa to także wojna propagandowa tocząca się przy pomocy internetu i smartfonów. Każda ofiara jest dokumentowana i niemal na bieżąco można ją znaleźć na Youtubie. Autor trafia do pokoi pełnych młodych ludzi, którzy wrzucają do sieci filmy z manifestacji i filmy ze śmiercią i umieraniem męczenników. Co chwila ktoś podchodzi do niego by pokazać mu zdjęcia zabitego, pokaleczonego, torturowanego przez siły rządowe członka rodziny. Zdjęcia na smartfonach, które w ten sposób też stają się narzędziami rewolucji i „muzeami potworności” jak je nazywa.

Littell dostał się do Syrii nielegalnie, przerzucony przez granicę Libanu dzięki przemytnikom sprzyjającym rebeliantom. Nie chciał przyjechać oficjalnie wiedząc, że nie miałby wtedy szansy na obejrzenie rewolucjonistów. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, że jego sytuacja też nie daje mu obiektywnej perspektywy, gdyż jest kierowany przez swoich gospodarzy, ale też zauważa to bez skrupułów.

Gdy trafia do Syrii wojna domowa trwa tam od roku. W tym czasie zachodni dziennikarze potrafili zepsuć sobie opinie wśród rebeliantów. Littell musi na nowo przekonywać do siebie swoich rozmówców, z których wielu ma dystans wobec tego nie mówiącego w ich języku cudzoziemca. Całe szczęście towarzyszy mu fotograf, muzułmanin, który już wcześniej odwiedził Syrię. Autor wielokrotnie jest świadkiem, gdy jego fotoreporter kłóci się z ich przewodnikami o dostęp do informacji i możliwość robienia zdjęć.

Tymczasem mamy możliwość wędrowania razem z korespondentem „Le Monde” od jednego punktu opatrunkowego do drugiego. Punkty opatrunkowe stanowią newralgiczne elementy infrastruktury rewolucjonistów. Człowieka z raną postrzałową nie można zawieźć do zwykłego szpitala, bo są one pod stałą obserwacją służby bezpieczeństwa, która każdego z nich traktuje jak buntownika i poddaje torturom na miejscu albo zabiera do więzienia. Jedyny ratunek stanowią punkty obsługiwane przez ochotników: lekarzy, studentów medycyny, pielęgniarzy, którzy robią co mogą by ratować rannych. Niewiele jednak mogą, a dodatkowo brak im lekarstw, środków opatrunkowych, wyposażenia.

Dochodzi do paradoksu - „ocaleni mają gorzej niż martwi, bo martwi nie czuja już niczego”, po martwych zostają zrozpaczone rodziny, a ranni skazani są na cierpienie i niejednokrotnie powolną śmierć.

Ich śmierć to początek kolejnych ofiar. Pogrzeby albo przeistaczają się w manifestacje krwawo rozpędzane przez reżim, albo są ostrzeliwane przez snajperów, którzy specjalnie czają się wokoło cmentarzy.

A to wszystko dzieje się w mieście, które, jakby się wydawało, normalnie funkcjonuje. Autor i jego fotograf z jednej zbuntowanej dzielnicy przejeżdżają do drugiej... taksówką. Po drodze mijają dzielnice mieszkalne z normalnie żyjącymi ludźmi. W drodze pomiędzy zakrwawionymi punktami medycznymi kupują jedzenie u ulicznego sprzedawcy.

Zamieszanie w rozumieniu tej wojny pogłębia fakt, że są tu kasty uprzywilejowane, od dawna skłócone z innymi. A w ich życiu honor i zemsta stanowią nierozerwalne połączenie. Gdy żołnierze, czy policjanci pochodzący z Alawitów porwą i zgwałcą kobietę Beduinów, jej „klan” zobowiązany jest dokonać podobnego czynu w dzielnicy rządowej. Oczywiście ofiarami są zupełnie przypadkowe osoby, których największą winą jest urodzenie się w tej a nie innej rodzinie i dzielnicy. Tak nakręca się dodatkowa spirala przemocy.

Autor jest świadomy, że przedstawiciele rewolucjonistów rozmawiają z nim jak z zachodnim dziennikarzem i wydaje się, że z pełnym sceptycyzmem przyjmuje zapewnienia o tylko wolnościowym charakterze walk i pełnej tolerancji wobec innych wyznań, np. chrześcijan. Jego rozmówcy często podkreślają, że nie chcą obwołania „świętej wojny” i że liczą na pomoc Zachodu w walce z reżimem. To ostatnie wygląda w jego relacji jak próba przekazania swoistego ultimatum.

Autor spędził w Syrii dwa tygodnie i ten czas możemy śledzić w obiektywnej relacji. Jednak epilog to już w dużej części wspomnienie tych z rozmówców, którzy prawdopodobnie zginęli lub uciekli. Po wyjeździe Littella zaczęła się rządowa operacja wobec zbuntowanej dzielnicy i jej systematyczny ostrzał artyleryjski.

Zbuntowana dzielnica Baba Amr miasta Homs padła miesiąc po jego wyjeździe.

Dzisiaj próżno szukać w naszych mediach śladu wzmianki o wojnie w Syrii. Zajęci jesteśmy bardziej aktualnymi tragediami, ale tam nadal trwa wojna, której charakter, jak niemal wszystko co dzieje się na Bliskim Wschodzie wszedł już w fazę „nierozwiązywalną” i niezrozumiałą dla przeciętnego Europejczyka. Dążenie do wolności przeplata się z wojną religijną i klanową, a obrona reżimu zaczyna być także obroną swobody wyznania. Dlatego chyba warto na kilka godzin lektury przenieść się do Syrii roku 2012 i spojrzeć na ten konflikt z węższej perspektywy przebiegającego przez ostrzeliwaną ulicę człowieka.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 4

Zubek