Cytat jakiś ciekawy

Doszłam do Berlina. Podpisałam się na Reichstagu: „Ja, Zofia Adamowna Kuncewicz przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę”

starszyna Zofia Adamowna Kuncewicz, sanitariuszka kompanii piechoty

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Wojenne historie

Wojenne historie

niedziela, 13 lutego 2011

Z "Czerwonymi diabłami" pod Arnhem

Marek Święcicki „Czerwone diabły" pod Arnhem”, Oddział Kultury i Prasy 2. Korpusu, tłoczono w drukarni polowej, Rzym 1945.

To nie jest zwykłą książka opowiadająca zwykłą wojenną historię. To reportaż pisany na gorąco zaraz po powrocie z pola bitwy. Relacja polskiego korespondenta wojennego, który brał udział w walkach żołnierzy brytyjskiej 1. Dywizji Powietrznodesantowej i polskiej 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej pod Arnhem, bitwie o „jeden most za daleko”.

Historię najlepiej zacząć od początku, czyli od powstania książki. Jej historia jest jednocześnie końcem historii przez nią opowiedzianej.

Operacja Market-Garden miała być jednym z ostatnich akcentów drugiej wojny światowej. Szybkie opanowanie mostów na Renie otworzyłoby 21 armii marszałka Montgomerego drogę do niemieckiego zagłębia Ruhry i dalej do Berlina. Wojna miała się skończyć do końca roku. A był 17. września roku 1944. W ramach ogromnej operacji powietrznodesantowej trzy dywizje (+ polska brygada) alianckie miały zająć przeprawy mostowe na rzekach i kanałach w Holandii, a XXX korpus ruszający z Belgii miał wywalczyć sobie drogę i przez zajęte wcześniej mosty „wyjechać” na równinę już za Renem. Zdobycie najważniejszych przepraw – mostów na Renie powierzono brytyjskiej 1 DPD, wspartej przez polską 1 SBS.

Niestety plan okazał się mało realny. Przeliczono się co do własnych środków, nie doceniono możliwości przeciwnika, źle zaplanowano desant brytyjskiej dywizji, szyki psuła pogoda. W konsekwencji Brytyjczycy, którzy lądowali już za Renem i żołnierze polscy przeprawiający się do nich przez rzekę (polska brygada lądowała z dwudniowym opóźnieniem w Driel) zostali otoczeni i ponieśli ogromne straty. 26 września resztki dywizji i polscy spadochroniarze ewakuowali się na aliancki brzeg Renu. Z ponad 10 tys. żołnierzy zdołano wycofać około 2 tys.

Jednym z nich był podchorąży Marek Święcicki, polski korespondent wojenny. Gdy tylko spotkał się z gen. Sosabowskim, dowódcą polskiej brygady spadochronowej, ten polecił mu najszybszy powrót do Londynu i napisanie książki, która utrwaliłaby udział w bitwie polskich żołnierzy. I tak się stało. Po powrocie Marek Święcicki usiadł do maszyny i pisał, a to co napisał było na gorąco przepisywane i tłumaczone na angielski. W ten właśnie sposób powstały „With Red Devils at Arnhem” wydana w Londynie w 1945 roku i „Czerwone diabły pod Arnhem”.

Brutalną prawdą jest więc, że owa książka, pisana na zamówienie polskiego Wydziału Propagandy, jest tak modnym w dzisiejszych czasach „chwytem PR-owym”, który miał służyć przedstawieniu Brytyjczykom i Polakom naszego udziału w bitwie.

Oczywiście w żaden sposób nie umniejsza to jej wartości. Dla miłośników historii wojennych, 1 SBS, dokonań wojsk spadochronowych czy szerzej - Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie to lektura niemal obowiązkowa, choć bardzo trudno dostępna. Nie znalazłem śladu by wydano ją później, a z całą pewnością nie wydaną jej w żadnym oficjalnym obiegu w Polsce.

Sama książka nie jest wielka, to lektura na jeden wieczór. Także przez to, że te 70 stron opowieści czyta się jednym tchem. Marek Święcicki był dziennikarzem i potrafił opisać to co widział, a towarzyszymy mu od angielskiego pubu gdzie w przeddzień operacji popija z brytyjskimi oficerami omawiając czekające ich zadanie do momentu kiedy w brudnych, zniszczonych mundurach wraz z innymi żołnierzami dywizji, już na bezpiecznym brzegu Renu wznosi toast - „Za „Czerwonych Diabłów” i ich polskich towarzyszy broni”.

Marek Święcicki nie był spadochroniarzem, do Arnhem dotarł wraz z pierwszym polskim rzutem szybowcowym (artyleria przeciwpancerna) następnego dnia po desancie głównych sił 1 DPD. Na pierwszych stronach jego relacji widać optymizm - w miarę łatwe lądowanie, trupy zabitych Niemców, Holendrzy dziękujący za wyzwolenie i martwy niemiecki generał w swym wozie sztabowym. Jego jedynym zmartwieniem jest jak najszybsze nadanie relacji do Londynu. Sytuacja bojowa nie wygląda już najlepiej, ale wszyscy są jeszcze pełni optymizmu. 2 batalion 1 brygady uchwycił most w Arnhem, a reszta brygad walczy na ulicach miasta. Dywizja stacjonuje w Oosterbeek, nieopodal Arnhem.

Święcicki odwiedza zaimprowizowany na korcie tenisowym obóz jeniecki. Rozmawia z jeńcami, wśród których znajdują się także Polacy (ze Śląska), Rosjanie, Ukraińcy, Gruzini, Kirgizi, Kozacy, ale także jeden Mongoł i dwóch Tatarów.

Niestety optymistyczna sytuacja zmienia się błyskawicznie. Już drugi szybowcowy rzut brygady (dalsze działa przeciwpancerne) ulega częściowemu rozbiciu przez siły niemieckie z ziemi i z powietrza. I od tej chwili wszystko zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Polska brygada nie przylatuje na czas (mgły na lotniskach Anglii), Niemcy od obrony przechodzą do kontrataku, a dywizja nie ma kontaktu z dowództwem w Londynie i z XXX korpusem.

Z dnia na dzień zmniejsza się stan posiadania Brytyjczyków i zacieśnia się ich obrona. Strefy zrzutów zaopatrzenia są w rękach niemieckich i tylko nieliczne zasobniki na spadochronach docierają do potrzebujących spadochroniarzy. Święcicki jest świadkiem jak dwaj żołnierze zakładają się o przyniesienie skrzyni z zaopatrzeniem ze strefy ostrzeliwanej przez nieprzyjaciela. W odróżnieniu od podobnej historii opowiedzianej w filmie „O jeden most za daleko” tym razem kończy się ona dobrze.

Spóźnia się odsiecz XXX korpusu, a trzymający jeden koniec mostu drogowego w Arnhem pułkownik Frost wraz z resztkami swojego batalionu poddaje się do niewoli.

Na drugim brzegu Renu ląduje wreszcie polska brygada. Święcicki ma okazję uczestniczyć w patrolu, który idzie nawiązać łączność z Polakami. Jak się okazuje jedyną możliwością jest przeprawa wpław przez rzekę kapitana Zwolańskiego, oficera polskiej misji łącznikowej przy dywizji.

Następnej nocy przez Ren przeprawia się pierwsza grupa polskich spadochroniarzy. Z powodu braku środków przeprawowych i silnego ognia nieprzyjaciela jest ich tej nocy tylko 60. W czasie rozmowy z polskim korespondentem żołnierze wypominają, ze chcieli lecieć do Warszawy na pomoc powstaniu a tu...

W ciągu kolejnej nocy przeprawia się kolejnych 300 Polaków. Stanowią świeże uzupełnienia dla spadochroniarzy brytyjskich, którzy już do kilku dni i nocy toczą bezustanne walki z licznym i lepiej uzbrojonym przeciwnikiem wspieranym przez nękająca ich bez przerwy artylerię. Żołnierzom brakuje już żywności i wody, doskwierają braki amunicji i co niemniej ważne brakuje... papierosów.

Polski korespondent opisuje to bez patosu, składa po prostu drobne epizody i rozmowy w jedną całość. I choć nie ma tu przesadnego heroizmu to z książki można bez problemu wyczytać, że nie było łatwo i z dnia na dzień było ciężej.

Wreszcie ewakuacja, na północnym brzegu zostają tylko ranni, lekarze i sanitariusze. Cichy marsz do rzeki, później bieg wśród wybuchów artylerii niemieckiej i niepokój o los polskich żołnierzy, którzy zostali na ostatniej linii obrony. - Don't panic – uspokaja sytuację angielki kapitan przy przeprawie...

Autentyczność książki podkreślają angielskie słowa, których używa Święcicki zamiast ich polskich odpowiedników. Pewnie to maniera kogoś kto często był zmuszony posługiwać się tylko angielskim, a może specjalny zabieg? Czasem jednak dziwnie się czyta snipera zamiast snajpera, czy brengun pisane jednym słowem.

Szkoda, że nikt w Polsce nie pokusił się o wydanie tej małej książeczki, bo wielu miłośników historii chciałoby mieć ją w swoich zbiorach. A tak zostają antykwariaty i aukcje (ceny nie są jednak najwyższe, ok. 80 zł.). Ja swój egzemplarz zawdzięczam nieocenionemu Marcinowi.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym oczywista 6.