Cytat jakiś ciekawy

„Kilku ludzi usiłowało wydostać się z tego piekła furgonetką ale Soprano trafił ich z broni głównej bradleya. Pierwszy pocisk trafił żołnierza w pierś i ten po prostu zniknął jak kamfora. Kolejne trzy dosłownie rozbiły samochód razem z całą jego zawartością. Nie uwierzyłbym, że armata kalibru 25 mm może dokonać takiego zniszczenia, gdybym nie widział tego na własne oczy.”

Dillard Johnson „Szalony J..."

Wojenne historie

Wojenne historie

środa, 16 lutego 2011

Kolejny ważny most

Stephen E. Ambrose „Most Pegasus. 6 czerwca 1944”. Wydawnictwo Magnum, 2004 rok.

Napisałem już o jednej z książek Ambrosa i jego długich tytułach. Tu mamy wyjątek, bo z tytułu możemy dowiedzieć się tylko czasu opisanego wydarzenia i ew. miejsca, jeśli ktoś już trochę tej historii liznął. Jeśli nie, to już z pierwszych stron książki się tego dowie. To nie kryminał i nie ma tajemnicy, za to jest świetna wojenna historia.

Mała dygresja.
Wzmiankowany wyżej most tak naprawdę nazywa się Pegasus Bridge, od znaku który przyjęli brytyjscy spadochroniarze. Ok, tak się nazywa, czy jednak tłumaczenie tytułu jest dobre? Dlaczego przetłumaczono tylko jedno słowo nazwy, a nie dwa? Np. Most Pegaza (wikipedia upiera się przy tłumaczeniu Most Pegaz)? Taka ciekawostka.

Ta książka jest inna od „Obywateli...”, nadal wprawdzie skupia się na ludziach, ich przeżyciach i emocjach, tło strategiczne i taktyczne wojny pokazując w dalszym planie, ale ma znacznie mniej bohaterów. W „Obywatelach...” Ambrose podjął się bardzo trudnej misji przekazania nam przeżyć milionów żołnierzy amerykańskich w ciągu 11 miesięcy wojny w Europie. Tutaj mamy wzmocnioną kompanię, 181 żołnierzy brytyjskich i jedną dobę w Normandii. Dodatkowo możemy poznać ich przeciwników.

Trochę historii, czyli tła w wielkim uproszczeniu.
Gdy zachodni alianci planowali lądowanie w Normandii założyli, że główne uderzenie skierują naprzód i w kierunku swojego prawego skrzydła, atakując port Cherbourg. Powstał problem ochrony skrzydła lewego, czyli szybkiego zajęcia i utrzymania terenu pomiędzy rzekami Orne i Dives. Zadanie to otrzymała brytyjska 6 Dywizja Powietrznodesantowa. Z pomocą miały im przyjść czołgi, jednostki piechoty i artyleria, którzy mieli lądować na plażach Normandii. Żeby jednak mogło do tego dojść spadochroniarze nie mogli pozwolić by Niemcy zniszczyli mosty na rzece Orne i kanale Caen, które to przeprawy wodne oddzielały tereny desantu 6 DPD od plaż. Gdyby tak się stało dywizja lekkiej piechoty (jaką po wylądowaniu stają się spadochroniarze) łatwo uległaby przewadze sprzętowej pancernych wojsk niemieckich. A miała wylądować w Normandii kilka godzin przed desantem z morza!

Bystrzejsi czytelnicy już mogli się domyślić, że książka Ambrosa dotyczy właśnie tych mostów. I tak jest, bo zadanie zdobycia i utrzymania mostów na Orne i kanale Caen otrzymała kompania D z 6 Brygady Powietrznodesantowej 6 DPD.

Mała dygresja.
Brytyjskie dywizje powietrznodesantowe składały się w czasie wojny z dwóch brygad spadochronowych (żołnierze wchodzili do walki przy pomocy skoku z samolotu ze spadochronem) i jednej brygady powietrznodesantowej (inaczej szybowcowej, której żołnierze lądowali na polu walki w szybowcach).

Autor dość umiejętnie skonstruował swoją opowieść (szczegółów nie mogę zdradzić, żeby nie popsuć zabawy), dawkuje napięcie i prowadzi nas i swoich bohaterów od wstąpienia do wojska, poprzez szkolenie do wypełnienia misji. Ale nie poznajemy całej kompanii lecz jej reprezentantów: dowódcę majora Howarda, jego oficerów, sierżanta, kaprala, pilota szybowca. Dowiadujemy się jak wyglądało ich życie poza służbą i kto czekał na nich w Anglii gdy oni walczyli w Normandii.

Książka przedstawia nam także, choć trochę mniej szczegółowo, bohaterów drugiej strony barykady – pułkownika wojsk pancernych, majora - dowódcę piechoty strzegącej mostów, sierżanta spadochroniarza, czy szeregowców (w tym Polaka siłą wcielonego do wojska).

By zdobyć mosty w stanie nie naruszonym potrzebne było szybkie działanie, tego nie mogli zagwarantować nawet spadochroniarze, takie zadanie mogli wykonać tylko żołnierze w szybowcach, które wylądowałyby (a w zasadzie rozbiły się kontrolowanie, bo na tym polegało bojowe lądowanie szybowca) w pobliżu, umożliwiając żołnierzom szybki atak.

I tak też się stało, szesnaście minut po północy, 6 czerwca 1944 roku kompania D w 5 szybowcach (szósty się zgubił i lądował ponad 20 km dalej) wylądowała nieopodal mostów na kanale Caen i rzece Orne. Szybowiec nr 1, najbliższy celu wylądował niecałe 40 metrów od mostu! A przecież była noc, a nawigacja ówczesna w porównaniu ze współczesną była prymitywna. Niemiecy, mimo że posiadali umocnienia, ustawione gniazda karabinów maszynowych i działo nie mieli szans z dobrze wyszkolonymi Brytyjczykami. Żołnierze Howarda w ciągu dziesięciu minut opanowali mosty, zdemontowali instalację niemal gotową do ich wysadzenia (Niemcy byli pewni, że zdążą, w razie czego, założyć materiały wybuchowe do przygotowanych kabli) i przygotowali się na kontratak.

Wkrótce dołączyli do nich spadochroniarze z 7 batalionu 5 brygady spadochronowej, których zadaniem było wesprzeć obronę mostów. Przez resztę nocy spadochroniarze i piechota szybowcowa odpierali niemieckie ataki. Nad ranem usłyszeli wystrzały artylerii okrętowej i odgłosy walki desantu na plażach – to w Normandii lądowały wojska sprzymierzonych. Gdy około godz. 13.00 czuli się już jak oblężeni osadnicy na amerykańskiej prerii (porównanie Ambrosa) usłyszeli dźwięki dud, to nadchodziła obiecana pomoc – komandosi dowodzeni przez lorda Lovata, który szedł wyprostowany obok swojego dudziarza. Wkrótce nadjkechały czołgi, które wsparły obronę mostu, a przejeżdżając przez niego ruszyły na pomoc 6 DPD.


Na cześć tego wspaniałego wyczynu władze francuskie oficjalnie nazwały most na kanale Caen Mostem Pegaza (Pegasus Bridge), a gdy stary most dożył swych dni i trzeba było zastąpić go nowszym, zdemontowano go i przeniesiono w całości do muzeum w Ranville!

Książkę Ambrosa, jak wszystkie jego publikacje, czyta się jak powieść sensacyjną. Pełna jest opowieści i anegdot pokazujących czyny niezwykłe i momenty zabawne. Bo obok sierżanta, który jedynym czynnym piatem (ręczna broń przeciwpancerna), jednym strzałem zatrzymuje niemieckie kontrnatarcie pancerne, czytamy opowieść o grupie żołnierzy, którzy metodą prób i błędów, nauczyli się korzystać z niemieckiego działa i przy jego pomocy zatopili kanonierkę płynącą po kanale. Czytamy o szczeniackich wygłupach i okradzeniu magazynów wojskowych z proszku i mydła, by rozsypać je po ziemi i o majorze Howardzie, który po 200-kilometrowym marszu kompanii nie pozwolił odpocząć oficerom dopóki nie zadbali o swoich podwładnych.

Ambrose nie pozostawia swoich bohaterów jako żołnierzy, towarzyszy im także po wojnie. Dowiadujemy się co robili w cywilu, jak i kiedy zmarli albo jak żyją współcześnie (oczywiście dla autora w czasach wydania książki). I znów nie brakuje momentów, które mogą wzruszyć. Dawni wrogowie zostają przyjaciółmi i razem prowadzą wykłady w szkołach wojskowych. Brytyjski kapral i niemiecki sierżant, którzy strzelali do siebie przy moście w nocy 6 czerwca po wojnie poznają się na zjeździe spadochroniarzy i „zakopują topór wojenny”.

Do tego trzeba dodać historię kawiarni przy moście i jej dzielnych właścicieli, którzy w czerwcową noc 1944 roku częstowali zdobywców mostu szampanem, a wcześnie dostarczali wywiadowi brytyjskiemu danych o obronie mostu i mamy niemal kompletny obrazek z książki Ambrosa.

Niemal kompletny, bo jednak warto przeczytać książkę w której znajdziesz drogi czytelniku (no i droga czytelniczko też) i więcej i lepiej. A propos lepiej, mój brat, który właśnie czyta „Pacyfik” autorstwa Ambrosa młodszego twierdzi, że nie „lepiej”, a wprost gorzej. Jak przeczytam to dam znać.

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – książka dostaje bardzo mocną 5 z +