Cytat jakiś ciekawy

„Kilku ludzi usiłowało wydostać się z tego piekła furgonetką ale Soprano trafił ich z broni głównej bradleya. Pierwszy pocisk trafił żołnierza w pierś i ten po prostu zniknął jak kamfora. Kolejne trzy dosłownie rozbiły samochód razem z całą jego zawartością. Nie uwierzyłbym, że armata kalibru 25 mm może dokonać takiego zniszczenia, gdybym nie widział tego na własne oczy.”

Dillard Johnson „Szalony J..."

Wojenne historie

Wojenne historie

niedziela, 27 stycznia 2013

Podwodny dowódca


François-Emmanuel Brézet „Karl Dönitz Ostatni Führer”, Muza S.A. 2012 rok.

Kolejna trudna książka. Oczywiście nie w ten sposób trudna jak pamiętniki Kesselringa, które pełne samousprawiedliwiających się kłamstw zniechęcają do lektury. Tutaj autor przedstawia obraz żołnierza, oficera marynarki oddanego swojej ojczyźnie i walce. Ostatni rozdział poświęca próbie odpowiedzi na pytanie, czy Dönitz był zbrodniarzem wojennym i czy należy mu się szacunek równy innym wielkim dowódcom.

Okręty podwodne od swojego powstania jako broń nie cieszyły się najlepszą opinią. Reguły wojennej gry fair przetrwały na morzu dłużej niż na lądzie i istniały jeszcze na początku I wojny światowej. Później dopiero nastąpiły czasy nieograniczonej wojny podwodnej. Młody oficer Karl Dönitz zakończył I wś jako dowódca jednego z niemieckich U-Bootów na Morzu Śródziemnym, gdzie dostał się, z częścią swojej załogi, do niewoli. Ale nie zapomniał nauki, jaką wyciągnęły Niemcy z tej wojny – okręty podwodne to broń groźna i skuteczna.

Niemcom po Wielkiej Wojnie nie było wolno posiadać i budować okrętów podwodnych. Jednak starali się jak mogli obchodzić ten zapis. M.in. niemieccy specjaliści budowali okręty podwodne w hiszpańskich i fińskich stoczniach.

W związku z tym, gdy w 1935 roku, zgodnie z traktatem angielsko-niemieckim, Niemcy mogły przystąpić do budowy swej floty podwodnej (równej tonażem 45% brytyjskiej), szybko z pochylni stoczniowych zaczęły schodzić nowe okręty. I od 1935 roku dowódcą tej floty został, całkowicie oddane temu rodzajowi broni Karl Dönitz.

To on forsował tezę, że okręty podwodne mogą być bronią ofensywną. I mogą prowadzić walkę, która rozstrzygnie losy wojny na zachodzie. Dönitz potrzebował tylko wielkiej floty. Liczył, że wojnę wygra 300 U-Bootów (co znaczyło ok. 100 okrętów podwodnych na „linii frontu”). I o tą wielka flotę walczył przez całą wojnę.

Jest oczywiste, że większość książki poświęcona jest historii „bitwy o Atlantyk” ofensywy U-Bootwaffe, która była oczkiem w głowie Dönitza. Jej zmienne losy pokazują, że wahały się raz na korzyść aliantów, raz sprzyjając Niemcom.

Nigdy jednak niemiecka flota podwodna nie potrafiła zrealizować celu, jaki stawiał sobie admirał – odcięcia Wielkiej Brytanii od dostaw drogą morską – w tamtych czasach jedyną możliwą.

Cały czas toczyła się walka pomiędzy zmieniającą się techniką (wykrywanie okrętów podwodnych i coraz lepsze środki ataku na transportowce i ich eskortę)i taktyką walki („wilcze stada” kontra zespoły eskortowe).

Autor dość szczegółowo omawia poszczególne etapy walki, przyczyny i skutki zwycięstw i porażek. Mnie jednak zaciekawił jeden, nowy dla mnie, element tej układanki. Karl Dönitz przez całą wojnę musiał być „lobbystą” (we współczesnym rozumieniu) budowy okrętów podwodnych. Niemcom, którzy gwałtownie rozbudowywali całą armię, brakowało środków do zaspokojenia apetytów poszczególnych broni. Musieli wybierać pomiędzy rozbudową m.in. sił pancernych, lotnictwa, marynarki wojennej.

A to nie wszystko. W pewnej chwili okazuje się, że problemem są... robotnicy. Wykwalifikowani robotnicy potrzebni byli nie tylko do budowy nowych okrętów, ale także do ich remontowania. To krótka kołdra, bo dobry robotnik jak dobry marynarz wymaga solidnego doświadczenia, a na to trzeba czasu.

I to był kolejny paradoks wojny podwodnej Dönitza: im więcej miał okrętów i im bardziej były nowoczesne, tym mniej miał czasu na szkolenie ich załóg. W konsekwencji jego najlepsze U-Booty obsadzały najmniej doświadczone i wyszkolone załogi, a jego najlepsi dowódcy ginęli wraz ze swoimi U-Bootami na Atlantyku zanim mogli przejąć bardziej doskonałą broń.

Kolejna cześć „...Ostatniego Führera” to Karl Dönitz dowodzący całą niemiecką flotą i pupil swojego wodza. Dönitz uczestniczył w naradach sztabowych i wtrącał się we wszystkie sprawy, które uważał za ważne dla marynarki wojennej, a że niemal wszystko co działo się na frontach miało wg niego taki związek... Dodatkowo był całkowicie zapatrzony w postać Führera i zgadzał się z każdą jego decyzją, podobnie jak on za błędy winiąc „generałów”. Dzięki takiej postawie, gdy Hitler po kolei zraził się do całego swojego „dworu”, to na niego padł wątpliwy zaszczyt zostania ostatnim Führerem III Rzeszy po śmierci „wodza”.

Po wojnie w całości odsiedział karę więzienia za zbrodnie wojenne i stał się postacią... kontrowersyjną. Jedni woleli w nim widzieć wielkiego dowódcę marynarki i kogoś kto utrzymuje kontakt z weteranami Kriegsmarine, inni kogoś, kto wysyłał do nierównej walki młodych marynarzy i do końca podtrzymywał w Hitlerze mit cudownej broni podwodnej. Kogoś, kto rozkazywał wykonywać wyroki śmierci na dezerterach już po zakończeniu wojny!

Czy Karl Dönitz był wizjonerem wojny podwodnej i doskonałym jej dowódcą, czy raczej sługą nazizmu, zapatrzonym w Hitlera i jego idee zbrodniarzem wojennym? Autor stara się przedstawiać historię na tyle rzetelnie, że można samemu wyrobić sobie zdanie.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – dobra 4 z +

Książkę dostałem od swojej bratowej, autorki bloga http://poleczkazmigdalami.blogspot.com/, która ma ją od samego wydawnictwa, za co również serdecznie dziękuję.