Cytat jakiś ciekawy

Doszłam do Berlina. Podpisałam się na Reichstagu: „Ja, Zofia Adamowna Kuncewicz przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę”

starszyna Zofia Adamowna Kuncewicz, sanitariuszka kompanii piechoty

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Wojenne historie

Wojenne historie

czwartek, 27 sierpnia 2015

Karbala - współcześni bohaterowie w książce, czyli zanim obejrzysz film - poczytaj.

Piotr Głuchowski, Marcin Górka „Karbala”. AGORA S.A., 2015 rok.

Wielu moich znajomych do tej pory przekonanych jest o tym, że w Iraku prowadziliśmy działania stabilizacyjne, budowaliśmy szkoły, pomagaliśmy ludziom i demokracji. Polscy żołnierze ginęli, bo źli terroryści podkładali bomby pod niosące pokój i radość konwoje. Tego przez lata mogliśmy dowiedzieć się z naszych mediów, tak mówili politycy, generałowie i ich rzecznicy. Kłamcy.

Ta książka pokazuje inny świat tej wojny, bo jest właśnie opowieścią o wojnie. I to nie taką, która pozwala na gadanie o „okupacji”, „polskich okupantach”, „wstydzie za Polaków”, „najemnikach” itp. bzdury pisane przez miłujących pokój ludzi, którzy mogą go miłować i wypowiadać publicznie takie słowa, bo żołnierze, tacy jak jak bohaterowie „Karbali”, stoją na straży jego bezpieczeństwa. I to na tyle komentarza dla kilku moich znajomych, którzy są żywym przykładem tego, że czasami, mentalnie, naprawdę jesteśmy czterdzieści lat za Ameryką (znaczy w latach 70.).

„– Uznaliśmy, że nie ma sensu o tym szerzej informować – tak to po dekadzie wytłumaczy generał Bieniek w rozmowie z tygodnikiem „Wprost”: – Przekazywanie informacji, że Irak płonie, nie wpłynęłoby dobrze ani na świadomość żołnierzy w Polsce, ani na rodziny misjonarzy, ani na resztę naszego społeczeństwa”. Ten cytat z książki niech starczy za komentarz do kłamstw jakimi nas karmiono. Książka jest zbyt ciekawa i ważna by skupiać się na tym temacie, ale jeszcze do niego wrócę (na koniec).

Bo „Karbala” to książka bardzo dobra. I to nie tylko bo ma szansę większej ilości ludzi opowiedzieć historię walk polskich żołnierzy w Iraku, ale także że ową szanse wykorzystuje. To świetnie napisana opowieść, w stylu filmów amerykańskich, która trzyma czytelnika w napięciu serwując mu kolejne wojenne historie. I to historie prawdziwe, bo autorzy dotarli i zdobyli zaufanie weteranów i bohaterów z Karbali. A to nie jest byle co. Bo znalezienie ich mogło nie być trudne, choć część z nich odeszła już do cywila i rozpoczęła inne życie, chcąc zapomnieć o wojnie, ale przekonać ich do szczerości i opowieści... Żołnierze nie lubią dziennikarzy i wolą trzymać ich na dystans, tego uczą nasze służby mundurowe - „odeślij do rzecznika!”. Tego uczy praktyka, na którą solidnie zapracowali koledzy dziennikarze – szukający sensacji lub bezrefleksyjnie powtarzający słowa rzeczników i polityków.

Tym razem jednak udało się. „Karbala” jest reportażem z wojny napisanym opowieściami żołnierzy, od dowódców do szeregowych. Od tych którzy podejmowali decyzję o wysłaniu żołnierzy do walki i być może na śmierć, do tych, którzy stanęli przed wyborem „albo my ich, albo oni nas”.

Książka, wbrew powszechnej opinii, nie jest poświęcona tylko i wyłącznie obronie City Hall w Karbali. Sama akcja jest jakby tylko pretekstem do opisania wydarzeń z kwietnia i maja 2004 roku oraz całego tła politycznego, społecznego i wojskowego Iraku z początku XXI wieku. No i udziału w tym wszystkim Polaków i naszego wojska.

Może tych, którzy spodziewają się czegoś w stylu „Helikoptera w ogniu” i „Byliśmy żołnierzami” ten opis nieco zaniepokoi, ale niesłusznie. Wprowadzenie do sytuacji, pokazanie tła całej akcji powoduje, że lepiej rozumiemy to, co działo się przez te tygodnie, miesiące i lata.

A miłośnicy akcji nie będą żałowali z całą pewnością. Bowiem „Karbala” to nie tylko te kilka dni i nocy obrony karbalskiego „ratusza” (3-6. kwietnia 2004 roku) przez pododdziały polskie i bułgarskie, ale także udział polskich żołnierzy w operacji „Żelazna szabla” - odzyskaniu Karbali z rąk partyzantów sadryjskich i oczyszczeniu miasta przez Amerykanów i Polaków.

I to akcji pisanej żołnierskimi opowieściami i obrazami jak z wyżej wymienionych filmów.
Dwa przykłady.

Pierwszy:
Naprzeciwko szóstki polskich żołnierzy zbiera się tłum manifestantów. Wznoszą wrogie okrzyki, ale nie widać broni, krzyczeć każdemu wolno. Polacy są to m.in. po to, by tego pilnować. Jednak w pewnej chwili z tłumu wychodzi starszy mężczyzna i spod ubrania wyciąga karabinek z urżniętą kolbą, przeładowuje i zaczyna unosić broń. Kapitan Kalisiak (jeden z głównych bohaterów książki, dowódca obrony City Hall, dzisiaj pułkownik) wydaje snajperowi prosty rozkaz - „Odstrzel dziada!”. Snajper przyklęka, celuje... Strzały padają równocześnie: seria z kałacha” trafia w niebo, strzał ze „snajperki” w splot słoneczny partyzanta...

Drugi:
Polscy żołnierze zajmują budynek hotelu. Ich zadaniem jest obserwacja i powstrzymanie ew. przemieszczającego się nieprzyjaciela. Od czasu do czasu są ostrzeliwani, na całe szczęście mało skutecznym ogniem. Gdy zagrożenie zaczyna być realne likwidują je sami lub wzywają wsparcie. Ich pozycja jest doskonała do obserwacji, ale odkryty ze wszystkich stron budynek hotelu to także wyjątkowo niebezpieczne miejsce. Tym razem jednak mają wsparcie. Gdy Polak odkrywa, w którym budynku chowa się ostrzeliwujący ich snajper, przez radio wzywa wsparcie. Abrams „dyżurujący” na placu obraca wieżę i lufę, pada strzał i na zawsze znika część willi. Snajper już nie będzie niepokoił Polaków.

Spokojnie mogłem sobie pozwolić na ten spoiler, bo takich obrazów w książce jest naprawdę dużo, a i napisane są językiem dużo bardziej zajmującym niż powyższe skróty.

Ale ta książka to nie tylko wojenna historia, ale może przede wszystkim historia żołnierzy i weteranów, i tego jak wyglądają ich historie przed, w trakcie i po wojnie. Tego, co różni stosunek do weteranów w Stanach Zjednoczonych i w Polsce, gdzie ciężko rannemu żołnierzowi pielęgniarka mówi, że ”mu się należało”, a internet jest pełen hejtów od „hipisów”, którzy pozazdrościli Amerykanom z lat 70. możliwości protestów pokojowych. Gdzie administracja rządowa i wojsko dopiero „na żywym ciele żołnierzy” (dosłownie) uczy się, że z wojny mogą wrócić ranni i że nie wszystkie rany są widoczne i krwawią.

Gdzie, wreszcie ten temat na koniec, kilku ludzi może postanowić, że z powodów politycznych i ich własnego „widzimisię” o bohaterach z Karbali i innych nie dowie się nikt, a my – czyli społeczeństwo – będziemy musieli myśleć co nam karzą i pozwolą wiedzieć.

To oczywiście ogromny zarzut do polityków i najwyższych dowódców. Ale nie wszystkich. Tajemnica była tak wielka, że nawet generałowie, którzy w kolejnych zmianach dowodzili misjami w Iraku, dowiadywali się o tym przypadkiem (np. gen. Skrzypczak). Ale ta tajemnica powodowała np., że najważniejsi bohaterowie tej książki (także po prostu Bohaterowie) przez całe lata nie zostali docenieni.

Wina polityków i najwyższego dowództwa jest bezsporna – ukrywali informacje i przez to manipulowali nami – obywatelami. Prowadzili wojnę, a nas okłamywali. Ale jak to się stało, że w świecie, gdzie informacja jest towarem, świecie XXI w., gdy nie ma dla niej granic, nasi dziennikarze nie odkryli prawdy natychmiast? Albo jest to wynik naszego słabego dziennikarstwa (z góry przepraszam moich kolegów dziennikarzy), albo podatności owego na manipulację polityków. Może to także podskórna chęć robienia polityki i dyrygowania, co mają wiedzieć „maluczcy” i jak reagować? Trudno wybrać dobrą odpowiedź.

Tym bardziej, że autorzy „Karbali” podają także przykład ujawnienia prawdziwej i wstrząsającej informacji o torturach, których dopuszczali się amerykańscy żołnierze na więźniach w irackim więzieniu Abu Ghraib. Po publikacji artykułu w kwietniu 2004 roku w Iraku zawrzało. Jego efektem było śledztwo i ukaranie winnych, ale także kolejne skuteczne ataki na amerykańskich żołnierzy i cywili.

Mimo wszystko wybrałbym prawdę o polskich żołnierzach, nawet gdyby była niewygodna dla polityków.

Jeśli jeszcze jest ktoś, kto nie jest przekonany do przeczytania tej książki to niech jej nie czyta. Można żyć bez poznania najnowszej historii Polski, można pewnie żyć też z przekonaniem, że politycy wiedzą, co dla nas dobre, a polscy żołnierze jeździli do Iraku i Afganistanu dla pieniędzy i na wczasy. Ale mimo wszystko warto przyjąć do wiadomości, że żołnierz jedzie tam gdzie wysyła go dowództwo, czy w szerszym znaczeniu – Ojczyzna i wykonuje rozkazy, nawet gdy mogą one doprowadzić do śmierci jego i jego podwładnych.

A tym, którym się wydaje, że polscy żołnierze okupowali Irak podam przykład. Gdy Sadyści zaatakowali karbalski City Hall, lokalną siedzibę władz irackich, bronili go polscy i bułgarscy żołnierze. I robili to nawet wtedy, gdy uciekli iraccy policjanci. Bronili siedziby lokalnych irackich władz, gdy mogli siedzieć w dość bezpiecznej i obwarowanej bazie. Wcześniej, ryzykując własne życie, ratowali ofiary zamachów na tłum pątników. Nie pasuje to do obrazu okupantów jaki my Polacy znamy.

Ważne - autorzy tylko gdy cytują żołnierzy używają na określenie miejscowych słowa "szuszwol", normalnie określają zbuntowanych Sadrystów słowem partyzant, choć wg mnie bardziej pasowałoby - powstaniec. Ale to temat na osobną dyskusję.

A książkę przeczytać trzeba.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu: 6 minus.

Zubek

Ps. Jako rekonstruktor i odtwórca historyczny, członek stowarzyszenia o tym profilu wieszczę, że (zwłaszcza jeśli film dorówna książce) kilka GRH pokusi się o odtworzenie „zwiadowców Kalego” i bułgarskich komandosów.

Ps. 2. Jeśli film nie dorówna książce, choć w połowie, będę bardzo rozczarowany.

Z.