Cytat jakiś ciekawy

Doszłam do Berlina. Podpisałam się na Reichstagu: „Ja, Zofia Adamowna Kuncewicz przyszłam tutaj, żeby zabić wojnę”

starszyna Zofia Adamowna Kuncewicz, sanitariuszka kompanii piechoty

Swietłana Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”

Wojenne historie

Wojenne historie

środa, 2 października 2013

Niemieccy spadochroniarze byli pierwsi

James Lukas „Pikujące orły”, Wydawnictwo Magnum, 2002 rok.

Po przeczytaniu tej książki lepiej rozumiem fascynację tych z moich kolegów, którzy odtwarzają, w ramach naszego stowarzyszenia rekonstrukcji historycznej, oddziały niemieckich spadochroniarzy. Autorem „Pikujących orłów” jest brytyjski historyk, który w czasie wojny walczył w Afryce i tam miał okazję poznać niemieckich spadochroniarzy a nawet jakiś czas spędzić u nich w niewoli. Ta znajomość, po wojnie, przerodziła się we wzajemną przyjaźń i fascynację losami tej niemieckiej formacji.

Wydaje się, że taką książkę mógł napisać tylko absolutny wielbiciel Fallschirmjägerów i to obcokrajowiec. Jest to bowiem absolutna pochwała tej formacji. Napiszę tak: Polacy ludowi i ZSRR wygrali wojnę bo mieli po swojej stronie czterech pancernych, psa, kapitana Klossa i  Stierlitza, tymczasem, z tego co napisał Lukas, Niemcy przegrali by wojnę dużo szybciej gdyby nie mieli swoich spadochroniarzy. Nie wiadomo także czy zdobyli by Francję gdyby spadochroniarze nie otworzyli im drogi przez Belgię i Holandię. No po prostu gdyby nazistowskie Niemcy zamiast wojska pancerne, lotnictwo, bron rakietową itd. rozbudowywali siłę armii powietrznodesantowej to dzisiaj wszyscy mówilibyśmy po niemiecku!

Żarty na bok. Książka pana Lukasa to znakomita monografia jednej z ciekawszych formacji 2 wojny światowej, a jednocześnie historia upadku III Rzeszy. Bowiem rozwój jednostek strzelców spadochronowych nazistowskich Niemiec był odwrotnie proporcjonalny do sytuacji na frontach. Największe sukcesy spadochroniarze niemieccy odnieśli, wraz ze swą rzeszą, jako pojedyncza dywizja, a wojnę przegrali już w 11 dywizji strzelców spadochronowych!

Historia niemieckich spadochroniarzy zaczęła się w... ZSRR gdzie ich przyszli oficerowie i dowódcy mogli podejrzeć pierwsze ćwiczenia dużych formacji spadochronowych. Militaryzujący się Niemcy szukali cały czas nowych sposobów prowadzenia wojen i szybko podchwycili nowatorski sposób walki. I to oni właśnie mogą zapisać sobie pierwsze bojowe użycie jednostek spadochronowych w inwazji na Danię i Norwegię, a później w spektakularnych atakach w Belgii i Holandii. Szczególnie ważny był atak na belgijski fort Eben-Emael, który stał na drodze niemieckiej armii i mógł być niezwykle trudnym orzechem do zgryzienia. Dzięki absolutnie niezwykłemu, jak na owe czasy, atakowi oddziałów szturmowych w szybowcach umocnienia opanowano atakując je... od środka. Nawet dzisiaj, w dobie niezwykle sprawnych jednostek specjalnych i szturmowych, ta akcja robi wrażenie.

Tylko raz powietrznodesantowych wojsk niemieckich użyto w zwartej formacji, tak jak potem robili to zachodni alianci, w ataku na Kretę. Niestety, dla ich dalszej historii, ponieśli przy tym tak wysokie straty, że nigdy więcej nie użyto ich w takiej formie.

Dalsze walki strzelców spadochronowych to, jak określa to autor, „gaszenie pożarów”, czyli podział na mniejsze jednostki (nawet bataliony i kompanie) i przerzucanie ich na zapalne odcinki frontów. Oraz ich rozmnażanie przez pączkowanie. Na bazie pułków i batalionów tworzono następne dywizje i pułki, wykorzystując ogromne doświadczenie bojowe spadochronowych weteranów i... legendę wojsk powietrznodesantowych.

Bez względu na przeciwnika, z którym przyszło im walczyć, FJ-oci, już nawet jako bardziej piechota niż spadochronowa, stanowili elitę wojowników 2 wojny światowej. Tam gdzie trafiali na front przeciwnik mógł spodziewać się zajadłego oporu i walki nie tyle opartej na fanatyzmie co mądrej taktyce, strategii i doświadczeniu oraz czegoś co budował specjalnie twórca tej formacji gen. Kurt Student – ducha wspólnoty.

Mimo, że głównym zadaniem wojsk powietrznodesantowych była walka zwykłej, niezwykłej piechoty epizodycznie wykorzystywano ich także jako specjalistów – spadochroniarzy w akcjach typu komandoskiego. To oni odbili Mussoliniego, zajęli Grecką wyspę Leros i zimą skakali w Ardenach.

Bardzo ciekawą i ważną częścią książki są aneksy zawierające dość szczegółowe opisy umundurowania, wyposażenia i uzbrojenia niemieckich oddziałów spadochronowych. To skarbnica skondensowanej wiedzy dla wszystkich miłośników militariów. Niestety trochę szkoda, że nie ma tu żadnych poglądowych rysunków, czy zdjęć, które idealnie wpisywałyby w taką monografię. Z drugiej strony – dla chętnego nic trudnego, internet pełny jest pomocy naukowych, a podstawowe usystematyzowanie wiedzy wykonane przez pana Jamesa Lukasa znakomicie ułatwi sprawę.

Mój apel do Wydawnictwa Magnum – wydana przez Was książka osiąga na allegro cenę 50 do 70 zł. może pora już na drugie wydanie?

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – 5