Cytat jakiś ciekawy

„Kilku ludzi usiłowało wydostać się z tego piekła furgonetką ale Soprano trafił ich z broni głównej bradleya. Pierwszy pocisk trafił żołnierza w pierś i ten po prostu zniknął jak kamfora. Kolejne trzy dosłownie rozbiły samochód razem z całą jego zawartością. Nie uwierzyłbym, że armata kalibru 25 mm może dokonać takiego zniszczenia, gdybym nie widział tego na własne oczy.”

Dillard Johnson „Szalony J..."

Wojenne historie

Wojenne historie

wtorek, 28 lutego 2012

SEAL's w Afganistanie

Marcus Luttrell, Patrick Robinson „Przetrwałem Afganistan”. Inne Spacery, 2007 rok.

Książka ze współczesną wojenną historią. Dramatyczną, prawdziwą i spisaną przez prawdziwego żołnierza (przy małej pomocy). Historią, po której będziemy inaczej patrzeć na telewizyjne i prasowe relacje z Afganistanu. Historią opowiedzianą tak, że mimo iż wiedziałem o tym, gdy brałem ją z księgarskiej półki, mało nie rzuciłem lektury po pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Pierwsza część książki to nieustająca pochwała amerykańskiej armii, no nie, nie całej - tylko jej małej części - NAVY SEAL's - jednostki komandosów marynarki wojennej USA. To najlepsi wojownicy na świecie, najlepiej wyszkoleni, najlepiej pływający, najlepiej biegający, najlepiej wyposażeni itp. itd. Aż do całkowitego znudzenia, a przy tym najbardziej inteligentni, najbardziej odważni i najbardziej patriotyczni.

No po prostu gdyby SEAL's działali już podczas drugiej wojny światowej, a ZSRR wystawiło po swojej stronie czterech pancernych i psa oraz kapitana Klossa, to ci alianci sami pokonaliby nazistowskie Niemcy i tylko przy okazji zrobili porządek z Japonią. Po czym SEAL's rozbroili by pancernych i kapitana Klosa i na świecie zapanowałby powszechny pokój.

Całe szczęście po pewnym czasie człowiek uodpornia się na teksty w rodzaju tego poniżej.
"Uważam też, że ostatni papież, Jan Paweł II, był najświętszym człowiekiem na Ziemi, bezkompromisowym Wikarym Chrystusa, człowiekiem o niezachwianych zasadach. Twardy był ten Jan Paweł. Za twardy dla Rosjan. Zawsze myślałem, że gdyby nie został księdzem, byłby dobrym SEALsem".
To mój ulubiony cytat z pierwszych rozdziałów tej książki!

Pierwsza część książki poświęcona jest właśnie takim zachwytom i dość szczegółowemu opisowi szkolenia SEAL's. Czyli mniej więcej to samo co można było obejrzeć w filmie „G.I. Jane” tylko tam była chociaż Demi Moore, a tu królują opisy mokrego piasku w gaciach!

Niestety tu zaczynają się schody i piasek sypany w tryby doskonałego systemu rekrutacji amerykańskiej armii. Otóż przy sprawdzianie na basenie okazało się, że armia potrafiła wysłać na ten kurs WODNO-ziemnych komandosów, ludzi nie umiejących pływać, lub (uwaga!) posiadających zaświadczenie od lekarza zabraniające im moczenia głowy w czasie pływania!

Niestety książka nie jest tylko tak rozrywkowa. Jej pierwsza część jest tylko preludium do pokazania jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w dziejach SEAL's. Autor, współautor, był nie tylko ich świadkiem, ale okazał się jedynym który je przeżył.

Od samego początku śledzimy naszego bohatera lecącego na misję w Afganistanie (wszystkie powyższe są tylko retrospekcjami). Jego jednostka służy tam jako część służb specjalnych śledzących ruchy rebeliantów i przeprowadzających operacje precyzyjne.

Ich czteroosobowy oddział otrzymał zadanie inwigilowania afgańskiej wioski i potwierdzenia obecności konkretnego rebelianckiego dowódcy, a w razie czego ściągnięcie posiłków w celu pojmania go. Gdyby ów rebeliant chciał wcześniej uciec żołnierze mieli rozkaz zlikwidowania go. Misja była szczególnie niebezpieczna z uwagi na to, że rebelianckiemu przywódcy zawsze towarzyszył duży oddział jego żołnierzy.

SEAL's dotarli na miejsce nocą i długo wybierali stanowisko. Niestety ci najdoskonalsi żołnierze znaleźli miejsce do tak doskonałej obserwacji, że już bladym świtem wyszli prosto na nich miejscowi pasterze owiec!

Tu następują opisy rozterek, z których wynika, że komandosi najchętniej by zabili pojmanych pasterzy. Tak byłoby najlepiej dla nich (znaczy komandosów) i dla misji. Niestety – liberalne media! Nawet gdyby zabili pasterzy i ich pochowali to przecież mieszkańcy będą ich szukać - znajdą, wykopią i pokażą jako amerykańską zbrodnię. A potem to już wyżej wspomniane liberalne media, wynikający z ich zainteresowania proces itd.

Pomyśleli, przegadali i... wypuścili pasterzy. Ci zaś pobiegli do wioski gdzie była cała rebeliancka armia, która przybiegła zobaczyć Amerykanów. Tu następuje opis rodem z „Rambo”, po jego zakończeniu żyje tylko główny bohater, który z nadzieją oczekuje odsieczy, którą dzięki swojemu bohaterstwu wezwał jego poległy kolega.

To jednak nie wszystko, bo gdy nasz bohater ucieka, w odległej bazie SEAL's, gdzie odebrano sygnał, następuje pełna mobilizacja i kto żyw wsiada do śmigłowca lecącego na ratunek. Lecą na ratunek! Chcą wyskoczyć w miejscu lądowania zaginionego oddziału, a tam niespodzianka – talibowie wsadzają im w otwartą klapę śmigłowca rakietę! Bum i giną kolejni super komandosi.

Jeśli komuś przeszkadza moje zwięzłe i proste w formie streszczenie (w dodatku pełne wykrzykników!) to muszę się przyznać, że kontrast pomiędzy patriotyczno-nadętymi tekstami o przewadze SEAL's nad wszystkim, a kupą błędów, która doprowadziła do tragedii jest zbyt wielki by jej rozmiar go „przykrył”.

Końcówka to szczęśliwy koniec, dobrzy Afgańczycy, w przeciwieństwie do tych złych, ratują komandosa. Odnajdują go koledzy rangersi (to ci gorsi żołnierze amerykańscy) i na koniec jeszcze dostaje medal z rąk Najwyższego dowódcy (tak nazywa prezydenta swojego kraju). Jest jeszcze łzawa opowieść z serca Teksasu, gdzie, w czasie gdy był uznany za zaginionego, pół stanu pocieszało jego rodzinę.

Wiem, że w zasadzie opowiedziałem całą książkę psując radość czytania. Usprawiedliwia mnie to, że owej pozycji serdecznie nie polecam. To propagandówka czystej wody. A jak ktoś będzie miał ochotę i mimo wszystko będzie chciał to zrobić to niech da znać – mam książkę do oddania.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – 3 i to tylko ze względu na pamięć po poległych.