Cytat jakiś ciekawy

- Panie Antoś, tego jeszcze nie było! Dwa, panie Antoś, dwa dostałem. Podstawili się, panie Antoś, podstawili pod same lufy. Jeden od razu wyskoczył ze spadochronem, jak mu przygrzałem, a drugi trochę później. Jakby się jeszcze trzeci podwinął to bym i jego spruł, bo amunicji miałem do licha. Ale heca panie Antoś! Widzisz „Dziubek”, twój starszy kolega pokazał ci co potrafi. Jeśli chcesz, udzielę ci lekcji jak należy dwóch Niemców za jednym zamachem ukatrupić.
„Dziubek” skrzywił się, przymrużył oczy i odpowiedział spokojnie:
- Nie trzeba, Kazek. Widzisz ja również dwa zestrzeliłem i również dwaj piloci wyskoczyli ze spadochronem. Jeśli chcesz to raczej ja dam ci lekcje”.

Bohdan Arct „Niebo w ogniu”, Wydawnictwo MON, 1982 rok.

Wojenne historie

Wojenne historie

wtorek, 28 lutego 2012

SEAL's w Afganistanie

Marcus Luttrell, Patrick Robinson „Przetrwałem Afganistan”. Inne Spacery, 2007 rok.

Książka ze współczesną wojenną historią. Dramatyczną, prawdziwą i spisaną przez prawdziwego żołnierza (przy małej pomocy). Historią, po której będziemy inaczej patrzeć na telewizyjne i prasowe relacje z Afganistanu. Historią opowiedzianą tak, że mimo iż wiedziałem o tym, gdy brałem ją z księgarskiej półki, mało nie rzuciłem lektury po pierwszych kilkudziesięciu stronach.

Pierwsza część książki to nieustająca pochwała amerykańskiej armii, no nie, nie całej - tylko jej małej części - NAVY SEAL's - jednostki komandosów marynarki wojennej USA. To najlepsi wojownicy na świecie, najlepiej wyszkoleni, najlepiej pływający, najlepiej biegający, najlepiej wyposażeni itp. itd. Aż do całkowitego znudzenia, a przy tym najbardziej inteligentni, najbardziej odważni i najbardziej patriotyczni.

No po prostu gdyby SEAL's działali już podczas drugiej wojny światowej, a ZSRR wystawiło po swojej stronie czterech pancernych i psa oraz kapitana Klossa, to ci alianci sami pokonaliby nazistowskie Niemcy i tylko przy okazji zrobili porządek z Japonią. Po czym SEAL's rozbroili by pancernych i kapitana Klosa i na świecie zapanowałby powszechny pokój.

Całe szczęście po pewnym czasie człowiek uodpornia się na teksty w rodzaju tego poniżej.
"Uważam też, że ostatni papież, Jan Paweł II, był najświętszym człowiekiem na Ziemi, bezkompromisowym Wikarym Chrystusa, człowiekiem o niezachwianych zasadach. Twardy był ten Jan Paweł. Za twardy dla Rosjan. Zawsze myślałem, że gdyby nie został księdzem, byłby dobrym SEALsem".
To mój ulubiony cytat z pierwszych rozdziałów tej książki!

Pierwsza część książki poświęcona jest właśnie takim zachwytom i dość szczegółowemu opisowi szkolenia SEAL's. Czyli mniej więcej to samo co można było obejrzeć w filmie „G.I. Jane” tylko tam była chociaż Demi Moore, a tu królują opisy mokrego piasku w gaciach!

Niestety tu zaczynają się schody i piasek sypany w tryby doskonałego systemu rekrutacji amerykańskiej armii. Otóż przy sprawdzianie na basenie okazało się, że armia potrafiła wysłać na ten kurs WODNO-ziemnych komandosów, ludzi nie umiejących pływać, lub (uwaga!) posiadających zaświadczenie od lekarza zabraniające im moczenia głowy w czasie pływania!

Niestety książka nie jest tylko tak rozrywkowa. Jej pierwsza część jest tylko preludium do pokazania jednego z najtragiczniejszych wydarzeń w dziejach SEAL's. Autor, współautor, był nie tylko ich świadkiem, ale okazał się jedynym który je przeżył.

Od samego początku śledzimy naszego bohatera lecącego na misję w Afganistanie (wszystkie powyższe są tylko retrospekcjami). Jego jednostka służy tam jako część służb specjalnych śledzących ruchy rebeliantów i przeprowadzających operacje precyzyjne.

Ich czteroosobowy oddział otrzymał zadanie inwigilowania afgańskiej wioski i potwierdzenia obecności konkretnego rebelianckiego dowódcy, a w razie czego ściągnięcie posiłków w celu pojmania go. Gdyby ów rebeliant chciał wcześniej uciec żołnierze mieli rozkaz zlikwidowania go. Misja była szczególnie niebezpieczna z uwagi na to, że rebelianckiemu przywódcy zawsze towarzyszył duży oddział jego żołnierzy.

SEAL's dotarli na miejsce nocą i długo wybierali stanowisko. Niestety ci najdoskonalsi żołnierze znaleźli miejsce do tak doskonałej obserwacji, że już bladym świtem wyszli prosto na nich miejscowi pasterze owiec!

Tu następują opisy rozterek, z których wynika, że komandosi najchętniej by zabili pojmanych pasterzy. Tak byłoby najlepiej dla nich (znaczy komandosów) i dla misji. Niestety – liberalne media! Nawet gdyby zabili pasterzy i ich pochowali to przecież mieszkańcy będą ich szukać - znajdą, wykopią i pokażą jako amerykańską zbrodnię. A potem to już wyżej wspomniane liberalne media, wynikający z ich zainteresowania proces itd.

Pomyśleli, przegadali i... wypuścili pasterzy. Ci zaś pobiegli do wioski gdzie była cała rebeliancka armia, która przybiegła zobaczyć Amerykanów. Tu następuje opis rodem z „Rambo”, po jego zakończeniu żyje tylko główny bohater, który z nadzieją oczekuje odsieczy, którą dzięki swojemu bohaterstwu wezwał jego poległy kolega.

To jednak nie wszystko, bo gdy nasz bohater ucieka, w odległej bazie SEAL's, gdzie odebrano sygnał, następuje pełna mobilizacja i kto żyw wsiada do śmigłowca lecącego na ratunek. Lecą na ratunek! Chcą wyskoczyć w miejscu lądowania zaginionego oddziału, a tam niespodzianka – talibowie wsadzają im w otwartą klapę śmigłowca rakietę! Bum i giną kolejni super komandosi.

Jeśli komuś przeszkadza moje zwięzłe i proste w formie streszczenie (w dodatku pełne wykrzykników!) to muszę się przyznać, że kontrast pomiędzy patriotyczno-nadętymi tekstami o przewadze SEAL's nad wszystkim, a kupą błędów, która doprowadziła do tragedii jest zbyt wielki by jej rozmiar go „przykrył”.

Końcówka to szczęśliwy koniec, dobrzy Afgańczycy, w przeciwieństwie do tych złych, ratują komandosa. Odnajdują go koledzy rangersi (to ci gorsi żołnierze amerykańscy) i na koniec jeszcze dostaje medal z rąk Najwyższego dowódcy (tak nazywa prezydenta swojego kraju). Jest jeszcze łzawa opowieść z serca Teksasu, gdzie, w czasie gdy był uznany za zaginionego, pół stanu pocieszało jego rodzinę.

Wiem, że w zasadzie opowiedziałem całą książkę psując radość czytania. Usprawiedliwia mnie to, że owej pozycji serdecznie nie polecam. To propagandówka czystej wody. A jak ktoś będzie miał ochotę i mimo wszystko będzie chciał to zrobić to niech da znać – mam książkę do oddania.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – 3 i to tylko ze względu na pamięć po poległych.

wtorek, 24 stycznia 2012

Wojna zimowa przez szczerbinkę karabinu snajperskiego

Petri Sarjanen „Biała śmierć. Najskuteczniejszy snajper w historii wojen – Simo Häyhä”. Wydawnictwo Replika, 2009 rok.

Książka na naszą obecną zimę – można przypomnieć sobie mnóstwo śniegu i mróz sięgający 40 stopni - doskonała lektura gdy na koniec stycznia termometr pokazuje 5 stopni powyżej zera i pada deszcz (w Szczecinie śnieg był w tym roku przez jeden dzień, akurat byłem w centralnej Polsce). Tak naprawdę to jest także lektura dobra na lato i na każdy inny czas, bo to po prostu dobra wojenna opowieść jest!

Dotyczy ona jednego żołnierza mało znanej u nas wojny. Dzięki temu, że ów żołnierz nie był jednak samotnym łowcą, a członkiem konkretnej kompanii jest także okazja przyjrzeć się bliżej realiom toczenia wojny w zimie, przy ogromnej przewadze liczebnej i sprzętowej nieprzyjaciela.

„Biała śmierć” jest jedną z tych książek, które nie mówią wszystkiego ale wspaniale inspirują do własnych poszukiwań. Bo niby wiedziałem już coś o tej wojnie, oglądałem film, czytałem co nieco, a jednak powstał głód wiedzy, by dowiedzieć się więcej o tych wojennych zmaganiach.

Trochę historii

Po zwycięskim opanowaniu polowy Polski we wrześniu 1939 roku Sowieci (niechętnie używam tego słowa ale jeszcze bardziej niechętnie napisałbym Rosjanie) postanowili „uporządkować” sprawy swoich północno-zachodnich granic. Ich dyktatowi poddały się państwa bałtyckie, jednak Finlandia nie spełniła radzieckich żądań. A granica fińsko-radziecka przebiegała tylko 25 km od Leningradu! Sowieci chcieli jej przesunięcia o 25 km, oddania im w dzierżawę półwyspu Hanko na którym chcieli wybudować bazę wojskową (dałoby im to pełne panowanie nad Zatoką Fińską) i rozebrania linii obronnej na granicy z ZSRR. Finlandia nie ugięła się przed radzieckim szantażem i pewni swojej przewagi Sowieci zaatakowali 30 listopada 1939 roku. Przewaga radziecka była niesłychana prawie pół miliona żołnierzy wspartych przez czołgi, artylerię i lotnictwo ruszyło na dużo mniej liczebną armię fińską, której wyposażenie zupełnie odbiegało od radzieckiego – na minus oczywiście. Finlandia miała świadomość zagrożenia, ale była państwem biednym i oprócz kilku dziesiątków tysięcy żołnierzy samoobrony (czegoś w rodzaju naszych NSR) i niezbyt dobrze wyposażonej armii mogła przeciwstawić swojemu zaborczemu sąsiadowi niewiele więcej.

Finlandia miała za to potężnych sprzymierzeńców w... mrozie (tym samym, który zatrzymał ponoć Napoleona i parę lat później Niemców pod Moskwą) i paranoi radzieckiego przywódcy. Stalin od kilku lat oczyszczał armię z „elementów niepewnych”. Szczęśliwym trafem owe „elementy”, których pozbyto się z całą bezwzględnością to byli najlepsi oficerowie wyższego i średniego szczebla. Tak więc na Finlandię ruszyła armia dowodzona nie przez błyskotliwe umysły strategiczne a przez wyzbyte indywidualizmu i świadome konsekwencji nieposłuszeństwa organy władzy na Kremlu. Dodatkowo, ponieważ nie można było ufać własnym obywatelom ze strefy przygranicznej, dywizje które szły do boju w mrozie i terenie znanym Finom jak własna kuchnia składały się z żołnierzy z np. południowej Ukrainy. Im można było zaufać, że nie uciekną na stronę wroga (choć lepiej było ich pilnować).

Niestety nawet uprzedzona o ataku (zdążono nawet przeprowadzić mobilizację) i skryta za dobrze przygotowaną linią obronną Finlandia nie miała zbyt wielkich szans. Dodatkowo Sowieci ogłosili się armią wyzwoleńczą, stworzyli dywizje fińskie i rząd komunistyczny, który miał przejąć władzę w wyzwolonej od burżujów Finlandii.

Wojna toczyła się ze zmiennym dla obu stron szczęściem, wielka przewaga pozwalała wojskom radzieckim przełamywać fińską obronę. Jednak dużo lepsze przygotowanie do walk w ciężkich warunkach, dobre taktyczne i strategiczne dowodzenie pozwalało Finom na uporczywa obronę i kontrataki. Mimo ogromnych strat (Finowie niszczyli całe dywizje radzieckie), wynikłych także z nieliczenia się z życiem własnych żołnierzy, armia radziecka nie zdołała zająć Finlandii i w marcu 1940 roku zawarto pokój. Finlandia straciła na rzecz ZSRR tereny, których ów domagał się przed wojną. Odzyskała je na krótko w wyniku wypowiedzenia tzw. wojny kontynuacyjnej z ZSRR po ataku niemieckim w czerwcu 1941 roku.

Ciekawostka

Na wkraczające na teren Finlandii oddziały radzieckie czekały, pozostawiane przez Finów w ramach działań opóźniających, fugasy – miny pułapki domowej konstrukcji. Słowo to obecnie nie jest już chyba w ogóle używane, zastąpiła je znana z Iraku i Afganistanu – IED (improvised explosive device – improwizowany ładunek wybuchowy) po polsku nazywana „ajdik”.

Wracamy do książki

Zgodnie z tytułem książka jest o snajperze i autor pamiętając o tym, że mogą go czytać nie tylko miłośnicy wojennych historii (a i tym bardzo często przydaje się usystematyzowanie wiedzy) kończy ją opowieścią o snajperach w armii i listą najlepszych z nich w świecie wojen od pierwszej światowej. Najlepszym z nich jest właśnie Simo Häyhä – rolnik i myśliwy z Finlandii zmuszony bronić swojego domu na przełomie 1939/1940 roku. Być może Fin jest także snajperem wszech czasów – przed pierwszą wojną rzadko liczono snajperom ich ofiary, a obecnie nie ma konfliktu w czasie którego snajper mógłby zabijać tak masowo (Simo miał 542 potwierdzone trafienia). Autor odmawia, zupełnie słusznie wg mnie, liczenia cywilnych ofiar snajperów wojen domowych (np. w byłej Jugosławii snajperzy „wsławili się” np. polowaniami na ludzi w Sarajewie).

Simo Häyhä był rolnikiem i myśliwym, należał do oddziałów samoobrony i znany był tam ze swojego celnego oka. Mimo to trafił jako zwykły żołnierz do swojej kompanii, kompanii którą poznajemy także z tej książki, razem z jej niezwykłym dowódcą (wcześniej żołnierzem Legii Cudzoziemskiej, walczącym w Maroku) i innymi oficerami z dowództwa batalionu i armii. Tam, już podczas walk na linii obronnej szybko poznano jak morderczy jest jego talent i że można wykorzystać go także do propagandy. Häyhä „dostał” przybocznego oficera, którego zadaniem było weryfikowanie jego sukcesów.

Oprócz normalnej służby nasz snajper musiał interweniować także na tych pobliskich częściach frontu gdzie żołnierzom fińskim zbyt dokuczali snajperzy wroga. Co ciekawe snajperzy fińscy nie wspinali się na drzewa, a raczej czaili na ziemi. Doskonale zamaskowani, Finowie używali zimowego, białego kamuflażu, potrafili godzinami czaić się dla oddania jednego celnego strzału. Radzieccy snajperzy często wchodzili na drzewa z czym łączy się przytoczona w tej książce, trochę drastyczna, anegdota. Któregoś dnia kompania w której służył Simo zdobyła radzieckie stanowiska, na drzewach pozostali jednak snajperzy, dowódca kompanii namawiał ich do zejścia, ci jednak uporczywie ostrzeliwali się.
„- No, z ich powodu nie będę szedł szukać piły – powiedział w końcu zniechęcony. Rozległy się dwa strzały i Rosjanie spadli z drzew jak orzechy kokosowe”.

Simo Häyhä był człowiekiem niewysokim, drobnym. Na jednym ze zdjęć widzimy go gdy stoi obok dowódcy dywizji, chwilę po tym jak wręczono mu „karabin honorowy” zakupiony przez szwedzkiego biznesmena. Widać tu właśnie niedużego człowieka ubranego w bezkształtny biały uniform z naciągniętym na czapkę kapturem. Powierzchowność fińskiego snajpera szła w parze z jego skromnością. Pytany o to co uczyniło z niego tak dobrego strzelca odpowiadał krótko – ćwiczenia. Do końca życia umniejszał także liczbę zabitych wrogów.

Przeczytajcie ta książkę, bo wprawdzie przedstawia ona wojnę zimową tylko oczami jednej fińskiej kompanii i jej żołnierza, mówi jednak więcej o naturze tej wojny i jej wojowników niż niejedno opracowanie historyczne.

Wojna zimowa skończyła się dla Finlandii upokarzającym pokojem. Jednak Finowie udowodnili, że nawet małe państwo jest w stanie przeciwstawić się skutecznie wielokroć silniejszemu przeciwnikowi. Również dla dzielnego fińskiego snajpera wojna nie skończyła się dobrze, ale o tym musicie przeczytać sobie sami, bo ja już milknę.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – 5.

sobota, 24 grudnia 2011

Brytyjska Służba Bezpieczeństwa - początki


Nigel West „MI-5 Operacje brytyjskiej służby bezpieczeństwa 1909-1945”. Dom Wydawniczy Bellona, 1999 rok.

Ta ciekawa książka trafiła do moich rąk zupełnie przypadkowo. Od czasu zaglądam do kilku szczecińskich antykwariatów w celu ewentualnego wyłowienia za nieduże pieniądze różnych wojennych historii. I tu stoi na półce – twarda okładka, nieco sponiewierane wnętrze (gdzieś dostała wilgoci w swoim życiu) i ten herb... taki trochę kicz. No ale tytuł zaciekawił mnie na tyle, a i cena atrakcyjna, że wziąłem i przeczytałem.

Im dłużej czytałem tym bardziej otwierały mi się oczy. Ten brytyjski kontrwywiad, o którym tyle jest słychać, i który spowodował, że Niemcy do ostatniej chwili myśleli, że alianci wylądują w Pas-de-Calais, a wcześniej np. zmylił ich w czasie przygotowywania lądowania na Sycylię i miał wiele innych spektakularnych sukcesów, musiał ściśle współpracować z policją... bo nie mógł, zgodnie z prawem, sam dokonywać aresztowań.

Ale siłą tej pozycji nie jest pokazanie służby bezpieczeństwa w akcji (choć to także), ale obnażenie jej organizacji. Oczywiście dla nas ujawnienie nazwisk szefów MI-5 i poszczególnych jej wydziałów nie jest pewnie tak atrakcyjne jak dla Brytoli, ale skala szczegółowości pokazania struktury jednej z najważniejszych służb specjalnych świata robi wrażenie. A pierwsze dokumenty dotyczące działalności kontrwywiadu przekazano do archiwów publicznych dopiero w 1998 roku – West swoja książkę napisał w 1981 roku!

Nam służba bezpieczeństwa kojarzy się bardzo nieprzyjemnie (no nie wszystkim, niektórzy mają szczęście mieć na tyle mało lat, że nie pamiętają SB, UB i innych utrwalaczy władzy ludowej), ale dla Anglików Security Service to zgodnie z ich hasłem na godle Regnum Defende (broń królestwa). W każdym razie epizod współpracy z MI-5 raczej nobilituje niż kompromituje.

Brytyjska SB (że tak sobie zażartuję ;-) ) miała w swojej historii bardzo dużo pracy. Zjednoczone królestwo miało wielu wrogów zewnętrznych na całym świecie (w końcu nad nim właśnie nie zachodziło słońce), a także wielu wrogów wewnętrznych. Zaraz po pierwszej wojnie światowej musieli zająć się niebezpieczeństwem bolszewizmu („lud pracujący” podnosił głowę w Europie dopingowany przez Kraj Rad), problemami z Irlandią itd.

Najciekawsza jest oczywiście część poświęcona historii MI-5 w czasie drugiej wojny światowej.

Ciekawe jest to, że w czasie całej wojny w Wielkiej Brytanii wykonano 16 wyroków śmierci za szpiegostwo! Tylko 16 i wszystkie te przypadki omówione są w książce! Wg mnie, jak na sześć lat wojny, miliony jej ofiar, aktywność działania wszystkich wywiadów to niezwykle mało. Moje zdziwienie jest jednak sztuczne, bo kogoś kto przeczytał „MI-5...” nie powinno to dziwić. Autor bardzo szczegółowo opisał dość prosty system zabezpieczenia się Brytyjczyków przed szpiegostwem, profilaktykę licznych internowań, kategorii obcokrajowców, stref bezpieczeństwa. Uruchomiony na początku wojny i wzmacniany wraz z eskalacją niebezpieczeństwa grożącego wyspie pozwolił już na początku wyeliminować grupę potencjalnie groźnych mieszkańców.

Brytyjczycy byli także mistrzami w „odwracaniu” szpiegów. Złapanych „po cichu” przekonywano do współpracy i przez nich przekazywano do Niemiec fałszywe informacje. Najbardziej ciekawe jest to, że bardzo często Niemcy wykorzystywali jako potencjalnych szpiegów „zdrajców” z krajów okupowanych, których przerzucano do Anglii jako uciekinierów lub emigrantów. Zdarzało się, że owi, zaraz po wylądowaniu na wyspie, meldowali się w MI-5 i dalej działali już „odwróceni”. Pewien przypadek był nawet zabawny - jeden z tych agentów, nie mogąc zdobyć radionadajnika do kontaktu z Abwehrą, został przez nią skierowany do innego, również sterowanego przez MI-5 agenta.

Książka dość dobrze opisuje poszczególne siatki „krajowe” nazywane od miejsca pochodzenia szpiegów. Była nawet siatka „polska”, której pierwszym agentem był polski pilot zestrzelony nad Francją, który po ucieczce i przeprawie do Anglii przyznał się sam, że podjął się współpracy z niemieckim wywiadem. Inny Polak, który kierował siatką ruchu oporu w Paryżu, aresztowany i potem przerzucony do Anglii, za swoje zasługi dla Brytyjczyków został odznaczony Orderem Imperium Brytyjskiego!

Dzięki takiemu działaniu brytyjskie służby mogły skutecznie mylić swoich wrogów zewnętrznych i skutecznie przeciwdziałać poczynaniom tych wewnętrznych, choć nie obyło się bez mniejszych i większych potknięć.

O największych dowiedziano się dopiero po wojnie gdy przeglądnięto archiwa niemieckie. W roku 1940, a więc w roku najbardziej niebezpiecznym dla Wielkiej Brytanii, Niemcy dysponowali ogromną wiedzą o brytyjskim systemie obronnym, strukturze organizacyjnej wojska i służb mundurowych, a nawet znali adresy biur służb specjalnych! W dużej części zawdzięczali to porwaniu z Holandii dwóch oficerów brytyjskiego wywiadu.

Inna historia już ma większe znaczenie dla współczesnego nam świata. Podczas gdy w czasie wojny brytyjskie służby bezpieczeństwa koncentrowały się na walce z wrogiem wspólnym z ZSRR, służby radzieckie nie traciły z oczu celu nadrzędnego – daniu całemu światu jedynego słusznego dobrobytu. Ponieważ historia opowiadana przez autora zamyka się w roku 1945, wspomina on o tym tylko przy okazji wymieniania pewnych nazwisk, ale faktem jest, że po wojnie sowieci umieścili w wysokich strukturach brytyjskich kilku doskonałych agentów.

Trochę kiepsko kończę tę wojenną historię, ale uwierzcie mi, że z tej książki dowiecie się o bardzo wielu sukcesach brytyjskiej służby bezpieczeństwa, które potwierdzą jej doskonałą opinię. Ja niecierpliwie szukam, również wydanej przez Bellonę, książki Westa o wywiadzie MI-6.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – 5.

wtorek, 15 listopada 2011

Nasza historia z V-1 i V-2

Michał Wojewódzki „Akcja V-1, V-2”, Instytut Wydawniczy PAX, 1975 rok.
To książka ciekawa z kilku względów. Po pierwsze opowiada historię niezwykłą i mimo pozorów mało znaną. Po drugie to posiadane przeze mnie trzecie wydanie pochodzi z roku 1975, czyli jeszcze głębokiej komuny, a tymczasem książka opowiada o dokonaniach Armii Krajowej, w ogóle nie wspominając o udziale w tym sukcesie komunistów z np. AL. To kolejna pozycja wskazująca, że owa komuna nie mogła tak do końca odciąć się od prawdziwej historii. Trzecią mocną stroną książki jest dziennikarski obiektywizm autora. We współczesnej Polsce, w tworzonej na nowo polityce historycznej, niemile widziane jest podważanie „legendarnych” osiągnięć naszych kombatantów. Michał Wojewódzki, podpierając się seriami wypowiedzi uczestników i świadków wydarzeń, pokazuje fakty i ogranicza wyciąganie wniosków w sytuacjach wątpliwych.

Niemcom po pierwszej wojnie światowej nie wolno było rozbudowywać artylerii, w związku z tym życzliwie patrzyli na próby swoich naukowców badających rakiety. Później ta życzliwość zamieniła się w realne wsparcie. Perspektywa stworzenia nowego rodzaju broni dla dążących do wojny nazistów była bezcenna, a ogromna ambicja Wernhera von Brauna była dodatkowym motorem, dopalaczem jej rozwoju.

Jedno jednak budzi moje wątpliwości - autor bardzo obszernie podpiera się cytatami z książki Juliusa Madera (publicysty wschodnioniemieckiego) „Geheimnis von Huntsville : Die wahre Karriere des Raketenbarons Wernher von Braun”, Berlin 1963. W ten sposób dzięki obu autorom możemy prześledzić historię nie tylko powstawania niemieckiej broni rakietowej, ale także, dość szczegółowo, sposób w jaki von Braun budował swój zespół, eliminując konkurencję i przejmując jej osiągnięcia. Na ile wiarygodne są ustalenia niemieckiego pisarza pozostaje kwestią otwartą. Zdecydowanie trzeba jednak przyznać, że niemieckie badania nad rakietami nie miały nic wspólnego ze zdobywaniem kosmosu (przynajmniej od czasu gdy przejęli je hitlerowcy).

Niemniej jednak przykład budowy Peenemunde jako jednego ośrodka projektującego i budującego prototypy latających bomb i rakiet, gdzie zespoły podległe dwóm rodzajom wojsk (V-1 Luftwaffe i V-2 armii lądowej) pracowały razem, korzystając z jednej bazy, pokazuje, nawet nam współczesnym, jak ważna i efektywna jest współpraca.

Ośrodek Peenemunde niemal od samego początku stał się przedmiotem badań polskiego wywiadu. Niestety wywiad AK miał dojścia tylko do zewnętrznych stref i mimo że sprawę traktowano bardzo poważnie szykując specjalne zestawy szczegółowych pytań i zadań dla agentów (zazwyczaj prostych ludzi bez technicznego wykształcenia), to nadal dysponowano tylko ogólnym zarysem działań w ośrodku. Posunięto się dalej - jeden z wywiadowców AK dobrowolnie zgłosił się na roboty do Niemiec (mógł wtedy wybrać miejsce pracy) i dowoził furmanką zaopatrzenie do bazy (ale też tylko do pierwszych posterunków zewnętrznej strefy).

Tak naprawdę bardzo długo Brytyjczycy nie wierzyli w możliwość budowania rakiet mogących dosięgnąć ich wyspy. Niektórym w Anglii wydawało się, że Peenemunde i domniemany niemiecki przemysł rakietowy to tylko niemiecka mistyfikacja. Dużą rolę w odkryciu prawdy mieli pewni Niemcy, a w zasadzie Austriacy, no trochę też Polacy ;-). Tu muszę zepsuć niespodziankę przyszłym czytelnikom. Przed wojną w Bydgoszczy mieszkał z pochodzenia Austriak, po wrześniu 1939 roku wprawdzie przyjął obywatelstwo niemieckie ale rozpoczął pracę z Armią Krajową. Jego syn, powołany do Wehrmachtu, został wraz ze swoją jednostką przeniesiony na Uznam w pobliże ośrodka! Młody Polak/Austriak/Niemiec potwierdził wszystkie informacje, których wywiad domyślał się wcześniej.

Informacje od wywiadu polskiego skonfrontowane z tymi z innych źródeł brytyjskich (także doskonałe czytanie zdjęć lotniczych) doprowadziły do nalotu na Peenemunde. Z całą pewnością opóźniło to uruchomienie produkcji broni V i ich użycie. Może nawet wpłynęło na losy wojny? Co by było gdyby Hitler i jego kompania dysponowali bombami V-1 jeszcze przed inwazją w Normandii? Jak na wojska zgromadzone przez całe tygodnie w Normandii wpłynęłyby bombardowania rakietami V-2?

Po przeniesieniu badań do centralnej Polski Armia Krajowa zaczęła działać w dwóch kierunkach. Osobno starano się dotrzeć do ośrodka (Pustków-Blizna) i zinfiltrować jego otoczenie, a swoją drogą starali się pozyskać części od rakiet, które spadały m.in. w okolicach Sarnak (na wschód od Sokołowa Podlaskiego). To tu udało się osiągnąć sukces i ukryć przed niemieckim zespołem poszukiwawczym całą rakietę V-2.

Operacja ukrycia, zabezpieczenia i transportowania zdobytych części V-2 oraz późniejszy „Most 3”, którym przerzucono części V-2 z Polski, opisana jest aż do znudzenia. Wydaje się, że autor dotarł do wszystkich żyjących świadków wydarzeń i zebrał od nich relacje. Super i to mu się chwali, ale dlaczego nie zrobił wyboru, nie zrelacjonował części na ich podstawie, a tylko najciekawsze udostępnił? Oczywiście może lepiej by się to czytało, ale w ten sposób (czasem nieco nużący przez powtarzanie tych samych wydarzeń przez kolejnych świadków) mamy czysty materiał, z którego sami możemy wyczytać historię. Autor np. przyznaje, że nie dotarł do żadnego z żołnierzy AK, który widziałby ową legendarną zdobytą przez AK rakietę V-2. Uczciwe przyznaje, że prawdopodobieństwo tego, żeby była to cała nierozbita rakieta jest niewielkie. Jako przykład podaje V-2, która rozbiła się w Szwecji, a którą udało się przechwycić służbom brytyjskim. Co ciekawe Polacy mieli pecha - owa „szwedzka” rakieta trafiła do Wielkiej Brytanii niemal tuż przed zdobyciem rakiety „polskiej”, co obniżyło znacznie rangę naszej zdobyczy.

Wracając do rakiety, lub jej części zdobytej przez AK, takie postawienie sprawy przez Michała Wiśniewskiego nie daje prostej odpowiedzi i pozostawia zagadkę do rozwiązania – jaki był stan rakiety zdobytej przez AK? Dla wojennej historii nie jest to takie istotne, dla Brytoli i tak najważniejsze były części urządzenia radiowego, a i tak do samolotu nie można było zapakować ich więcej niż 50 kg .

Dokładnie poznajemy za to skomplikowaną i czasem bardzo pomysłową drogę owych części przez Polskę, trzeba było je przecież bezpiecznie przewieźć i ukryć. Kolejną mniej znaną historią jest epizod z częściami już po przylocie do Włoch. Oficer, który jej konwojował, otrzymał polecenie oddania przesyłki tylko Polakom i to po podaniu ustalonego hasła. Władze w Londynie bały się, że gdy Brytyjczycy zbyt szybko i niejako nieoficjalnie przejmą przesyłkę, to rola polskiego wywiadu w jej zdobyciu może być specjalnie umniejszona. Jak widzimy, nawet dzisiaj, po ładnych kilku dziesięcioleciach od wojny, na przykładzie Enigmy trochę racji mieli.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – mocna 4.

Dla wszystkich zainteresowanych dobra wiadomość: w Forcie Gerharda w Świnoujściu do 22 kwietnia 2012 czynna jest wystawa dotycząca udziału polskiego ruchu oporu w walce z bronią V. Na wystawie można obejrzeć oryginalne części bomb latających i rakiet. Ja wiem, że to daleko z całej Polski, ale naprawdę warto odwiedzić fort!

piątek, 19 sierpnia 2011

Polscy komandosi na wojennej ścieżce

Mirosław Derecki „Na ścieżkach polskich komandosów”, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1980 rok.

Gdzieś tam poniżej znajdziecie recenzję bardziej współczesnej książki o pierwszych polskich komandosach „1. Samodzielna Kompania Commando (No 10 Cammando - 6th Troop)" Huberta Królikowskiego.

Tamta pozycja skupiała się przede wszystkim na szczegółach merytorycznych i technicznych istnienia jednostki. Ta, wydana na początku lat 1980, była jedną z pierwszych pozycji o polskich komandosach wydanych w Polsce. I zdecydowanie jest pełniejsza tego co można nazwać „mięsem” - przeżycia żołnierzy, ich szlak bojowy, ciekawostki. Autor dotarł do wydanych na zachodzie książek wspomnieniowych polskich komandosów, ich dzienników bojowych, książek autorów brytyjskich poświęconych ogólniej komandosom 2 wojny światowej, aż szkoda, że bibliografię trzeba odczytywać z przypisów, bo próżno jej szukać w książce.

Wydaje się, że najlepszym sposobem na oddanie jej charakteru będzie kilka historii, które opowiada ta książka.

Autor opisuje sytuację, gdy powracający po szkoleniu polski 6th Troop dołączał do reszty międzynarodowego Commando. Na miejscu powitał ich dowódca - podpułkownik Dudley Lister, który powiedział im, że komandosi są jedną rodziną, że poza godzinami służbowymi on i inni oficerowie będą razem z nimi pić i bawić się, że gdyby któremuś z komandosów przyszło bić się z żołnierzem angielskim, to on – Anglik, przyjdzie z pomocą nie swojemu rodakowi, a komandosowi. Te stosunki, tak inne od zhierarchizowanej armii ówczesnych czasów, podobały się żołnierzom, tym bardziej, że w zamian oczekiwano od nich tylko... zdyscyplinowania i ciężkiej pracy ;-)

Ale książka zawiera także bardzo dobry i szczegółowy opis walk, w których udział brała kompania komandosów.

Jednym z pierwszych zadań bojowych 1 Samodzielnej Kompanii Commando, już we Włoszech, była obrona wsi Pescopennataro nad rzeką Sangro (zima końca 1943 roku). Warunki spartańskie, dzielone z kompanią piechoty brytyjskiej. W pewnej chwili śnieg był tak duży, że odciął ich od reszty frontu i zaopatrzenie zrzucały im samoloty transportowe. Po miesiącu pełnienia wart i służby patrolowej kompania przeszła na inny odcinek frontu. Jeden z oficerów wspomina słowa majora brytyjskiego:

"Major Cook z Iskiness Regiment jest b. zdziwiony naszymi umiejętnościami: "Polacy wszystko potrafią - mówi - na nartach jeżdżą, spadochrony składają, kosze we dwu noszą, podczas gdy u Anglików ośmiu to robi, myją się w śniegu - to pełni życia ludzie!" Tak, bezsprzecznie bijemy Brytyjczyków i pomysłowością i temperamentem".

Znajdziemy tu także inne anegdoty dotyczące życia komandosów, oto kolejna z nich.

Po kolejnych zadaniach w marcu 1944 roku kompania trafiła na wypoczynek do miejscowości S. Andrea di Vico Equense u stóp Wezuwiusza. 24 marca ów wulkan... wybuchł! Chmara pyłu i kamieni pokryła okolicę:

"Wówczas to miało miejsce słynne "entree" jednego z sierżantów Samodzielnej Kompanii... Pewnego dnia do kancelarii kompanii wpadł jak burza ów nieustraszony obrońca Pescopennataro, wołając wielkim głosem: "Panie kapitanie! Dymamy, kurwa jego mać, lepiej z powrotem do naszego Pesco, bo, kurwa jego mać, zginiem tu spopielone! I potem Włochy będą nas po latach pokazywać jak tam w Pompei, za forsę, jako ichnie "komandosy rzymiańskie"!!! Niedoczekanie ichżesz, kurwa jego mać, panie kapitanie!!!".

Oczywiście w książce niektóre z wyżej wymienionych słów zastąpione zostały trzema kropkami, ale zakładając, że ten kto czyta wojenne historie musi być w pewnym stopniu uodporniony na żołnierski język, a przynajmniej tolerować go, na nasze potrzeby mogłem sobie pozwolić na wersję pełną żołnierskiej ekspresji.

Inna z anegdot, tym razem nie dotycząca polskich komandosów, na tyle jednak ciekawa, że warto ją przytoczyć.

"Saunders wspomina w "Zielonym berecie" o szczególnym "nokaucie", jaki otrzymał pewien belgijski sierżant w czasie wyprawy ku niemieckim liniom. Otóż otrzymał on serię ze "Schmeissera", pięć kul w okolicę żołądka, po czym padł nieżywy na ziemię. Okazało się jednak po chwili, że kule uderzyły w magazynek przewieszonego przez pierś Belga tommy-guna i choć jedna z kul w magazynku eksplodowała żołnierz odczuł to tylko jako potężny cios w splot słoneczny. Odzyskawszy przytomność, podniósł się ziemi i pomaszerował dalej cały i zdrowy".

Ów Belg pochodził z oddziału komandosów belgijskich, siostrzanej jednostki z 10 Commando.

W końcu postanowiono kompanię przekazać do polskiego 2 Korpusu. Komandosi mieli trafić do rodaków, pod polskie dowództwo. Co ciekawe nie byli z tego powodu szczęśliwi, obawiali się utraty samodzielności, tego jak ich potraktują bardziej tradycyjnie nastawieni polscy wyżsi oficerowie. Ich obawy okazały się uzasadnione. Przyzwyczajeni do innego traktowania w armii brytyjskiej musieli przyzwyczaić się do nowych ustaleń.

Jednak polskie dowództwo doceniało „swoich” komandosów, chwalono się nimi, odznaczano i awansowano. Miało to swój cel: tak skadrowana kompania była w przyszłości podstawą do stworzenia polskiego batalionu komandosów.

Wcześniej kompanię czekały walki o Monte Cassino, w których użyci byli na równi z piechotą.

Kolejną ciekawostką było przydzielenie do kampanii komando 111 Kompanii Ochrony Mostów złożonej z Włochów, którzy pod polskim dowództwem i w polskich mundurach chcieli walczyć z Niemcami.

Autor książki poświęca swoją opowieść nie tylko polskim komandosom. Na początku dowiadujemy się historii powstania oddziałów Commando i o ich pierwszych i najbardziej spektakularnych akcjach. W dalszych częściach książki, mimo że jest ona poświęcona polskim komandosom, autor nie zostawia jednak zupełnie na boku ich kolegów z innych krajów i możemy dowiedzieć się gdzie walczyli w tym czasie.

Książka, zwłaszcza w porównaniu z książką Huberta Królikowskiego, bardzo dobrze się czyta i jest naprawdę pełna wojennych opowieści. Jednak po ilości cytatów z wydanej w 1946 roku książki „Zielony talizman. Reportaże z dziejów Pierwszej Samodzielnej Kompanii Commando 1942-1944” nabrałem przede wszystkim ochoty na przeczytanie tej pozycji (już czeka na półce, niestety nie ta z 1946, ale jej najnowsze polskie wydanie).

W moim rankingu 6-gwiazdkowym – 4 z +.

sobota, 30 lipca 2011

Mniej znana historia polskiego odpowiednika SAS

Piotr Witkowski „Polskie jednostki powietrznodesantowe na Zachodzie”, Bellona 2009 rok.
Grzegorz Korczyński „Polskie oddziały specjalne w II wojnie światowej”, Bellona 2006 rok.

Gdzieś tam poniżej usprawiedliwiałem się z niedotrzymywania terminów inną pilną lekturą. Czas by owe pilne lektury przybliżyć. Otóż nasze zaprzyjaźnione muzeum w Świnoujściu w Forcie Gerharda (Zachodnim) postanowiło otworzyć wystawę poświęconą walce polskiego ruchu oporu z niemiecka bronią V. No i słusznie - od dawna taka wystawa się im należała (tzn. muzeum też, ale przede wszystkim wywiadowcom polskiego podziemia). Zostaliśmy zaproszeni, wraz z innymi zaprzyjaźnionymi grupami rekonstrukcyjnymi, do zrobienia stosownej oprawy. My tzn. Stowarzyszenie Zachód 1944. Jeśli chodzi o rekonstrukcję niemiecką sprawa była prosta – Luftwaffe, Kriegsmarine – wszystko pasuje do tematu i otoczenia nadmorskiego fortu, ale nasi Kanadyjczycy z 1st CanPara? W żaden sposób. I tu pojawiły się lektury i poszukiwania uwiecznione sukcesem – Samodzielna Kompania Grenadierów!

Samodzielna Kompania Grenadierów była jednostką specjalną Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie w czasie drugiej wojny światowej. Jej przeznaczeniem była dywersja i sabotaż po wylądowaniu zachodnich aliantów na kontynencie oraz tworzenie trzonów oddziałów partyzanckich złożonych z licznych Polaków zamieszkujących Francję. Całość kompanii podzielona była na „piątki” w składzie: dowódca, zastępca dowódcy, miner, strzelec wyborowy, radiotelegrafista. Polska SKG była odpowiednikiem brytyjskich oddziałów SAS (Special Air Service). Niezły klimat i w dodatku doskonale pasujący do tematu wystawy.

Niestety nie ma książki, która byłaby monografią SKG, może jednostka za mała, może to, że nigdy jako taka nie weszła do walki, może temat zbyt grząski – w dzisiejszych czasach niechętnie mówi się o rozgrywkach „na górze” w rządzie londyńskim. Tak czy inaczej żeby poznać dzieje kompanii trzeba było przewertować kilka książek i sporą połać internetu.

Walka z bronią V

Oczywiście najważniejszym tematem była tym razem walka z niemiecką bronią odwetową – Vergeltungswaffe. Częścią Samodzielnej Kompanii Grenadierów był jej pion agenturalny, którego żołnierze działali na terenie Francji tworząc siatki podziemia. Tworzone struktury prowadziły działania wywiadowcze i sabotażowe. Ich celem było także przygotowanie do przyjęcia SKG i stworzenia oddziałów zbrojnych. Pierwszych agentów zrzucono do Francji już w 1943 roku. Potem w czasie pierwszych czterech miesięcy 1944 roku wysłano kilka zespołów, w sumie 23 ludzi.

W chwili gdy Niemcy rozpoczęli atakowanie Londynu pociskami V-1 kluczowe stało się zlokalizowanie ich wyrzutni, całej infrastruktury na terenie Francji i podanie namiarów dla bombowców RAF.

W akcji przeciwko wyrzutniom rakiet pustoszących Londyn szczególnie znaczące sukcesy odniósł porucznik Władysław Ważny („Tygrys”), którego zrzucono we Francji 5 marca 1944 roku. Zorganizowana przez niego siatka zdobyła informacje o lokalizacji 173 wyrzutni rakiet V-1, przesłała także do Londynu kilkadziesiąt informacji o transportach pocisków, lokalizacjach obsługi wyrzutni, magazynach paliw i efektach bombardowań. Niestety aktywność wywiadowcza i częste meldunki do Londynu przekazywane drogą radiową miały swoje konsekwencje. Niemieckie służby bezpieczeństwa zaciskały pierścień wokół grupy. W konsekwencji porucznik „Tygrys” zginął, walcząc w zasadzce 19 sierpnia 1944 roku w Montigny-en-Ostrevent.

Historia Samodzielnej Kompanii Grenadierów
Po upadku Francji zarówno rządowi jak i sztabowi Naczelnego Wodza trudno było zlekceważyć siłę Polonii Francuskiej – Polaków, którzy pracowali w zagłębiu węglowym, zasilonych dodatkowo żołnierzami, którym nie udało się uciec do Anglii. Tak w Wydziale Spraw Specjalnych (WSS) zrodził się pomysł „Operacji Bardsea” - powstania zbrojnego wywołanego przez Polską Organizację Walki o Niepodległość (POWN), kryptonim „Monika” i wspieraną przez przeszkolony w Anglii oddział specjalny. Plan ten stał się także kartą przetargową wobec Anglików, którym zależało na każdym działaniu przeciw Niemcom na kontynencie.

SKG powstała na początku 1943 roku w Wielkiej Brytanii. Od początku jej przeznaczenie było jasne – akcje dywersyjne i sabotażowe na tyłach frontu niemieckiego po utworzeniu drugiego frontu. Oddziały kompanii miały stanowić kadrę batalionu utworzonego z polonusów zamieszkałych na terenie Francji. Plan „Bardsea” z lutego 1943 roku zakładał wykorzystanie polskich emigrantów w północnej Francji do sabotażu, a potem wywołania zbrojnego powstania przeciw okupantom, które miało ułatwić siłom alianckim opanowanie tamtejszego zagłębia górniczego.

W związku z tymi zadaniami szkolenie żołnierzy SKG było wszechstronne i dużo bardziej intensywne niż np. szkolenie innych elitarnych jednostek drugiej wojny światowej – komandosów (w tym polskiej 1 Samodzielnej Kompanii Commando).

Pierwszym dowódcą i prawdziwym „stwórcą” ducha i ciała kompanii był mjr Edmund Galinat, postać barwna i nietuzinkowa. Niestety posiadał jedną podstawową wadę był człowiekiem „starego układu”, zaufanym żołnierzem marszałka Rydza-Śmigłego. I choć nadawał się do tej funkcji jak nikt inny musiał ją pełnić pod zmienionym nazwiskiem Zaremba! Niestety Galinat był zbyt niezależny i niepokorny, także wobec oficerów brytyjskich i podobno oni donieśli do władz polskich o jego prawdziwym nazwisku, co zakończyło jego dowodzenie kompanią.

Kompania była podzielona na dwie grupy bojowe: „K” utworzoną przede wszystkim z emigrantów polskich z Francji i byłych żołnierzy Legii Cudzoziemskiej oraz „S” złożoną m.in. z żołnierzy polskich zbiegłych z Werhmachtu.

Szkolenie i przygotowanie grenadierów stało na tak wysokim poziomie, że w czasie ćwiczeń z kanadyjską dywizję piechoty grenadierzy nie tylko potrafili wstrzymać jej marsz ale wzięli jej sztab do niewoli! Po tym zadaniu SKG zainteresowały się amerykańskie służby specjalne, które uzupełniły skład kompanii o trzy „piątki” złożone z żołnierzy amerykańskich polskiego pochodzenia.

Anegdota

Z Kanadyjczykami wiąże się jeszcze jedna anegdota. Gdy ich dywizja przybyła do rejonu zakwaterowania SKG kanadyjscy żołnierze z przykrością stwierdzili, że wszystkie okoliczne dziewczyny są już zajęte przez Polaków. Nie mogło się im to podobać. W takiej atmosferze do pubu wchodzi piątka żołnierzy, widząc piątkę Polaków siedzącą przy barze (grenadierzy starali się wszędzie poruszać swoimi „piątkami”) szukają zaczepki. Polacy świadomie nie reagują co tylko jeszcze bardziej denerwuje żołnierzy kanadyjskich. W końcu dochodzi do konfrontacji, ale wcześniej dowódca polskiej „piątki” prosi Kanadyjczyków żeby dobrali sobie jeszcze piątkę „żeby wyrównać szanse”. Polacy ostentacyjnie odkładają na bar swoje spadochroniarskie noże. Po chwili wraz z główną szybą z pubu wypada 10 Kanadyjczyków. Grenadierzy spokojnie dopijają swoje drinki. Przybyłej po incydencie żandarmerii wojskowej barman opowiedział, zgodnie z prawdą, jak to 10 Kanadyjczyków sprowokowało i napadło na 5 Polaków, którzy się tylko bronili!

Polskie piekiełko i koniec SKG

Niestety istnienie SKG przeplatane było „polskim piekiełkiem”, prawdopodobnie oficer doniósł na nieporządki w kompanii chcąc przejąc jej dowództwo, to zmieniała się struktura jednostek specjalnych sił sprzymierzonych, to o władzę nad kompanią i przyszłą jej akcją walczył MON, MSW, sztab Naczelnego Wodza i premier rządu.

Ostatecznie SKG nie weszła do akcji (z wyjątkiem wcześniej wspomnianych żołnierzy pionu agenturalnego). Jej drugi dowódca mjr Stefan Szymanowski (wcześniej zastępca Galinata), wraz z 17 instruktorami, odszedł do amerykańskiej szkoły sił specjalnych, której został komendantem. Grupę bojową „K” przekazano do 1 Samodzielnej Brygady Spadochronowej (ale już po bitwie pod Arnhem), a część grupy „S” przekazano do Specjalnych Alianckich Powietrznodesantowych Sił Rozpoznawczych (Special Allied Airborne Reconnaissance Force, SAARF) mających zapewnić bezpieczeństwo żołnierzom przebywającym w obozach jenieckich na terenie Niemiec. O działaniach tej grupy wiadomo stosunkowo niewiele, szczegóły nadal tkwią w archiwach amerykańskich.

Oficjalnie kompanię rozwiązano we wrześniu 1945 roku.
Wyposażenie, uzbrojenie i umundurowanie SKG

Tu następuje małe wyjaśnienie dlaczego właśnie nam, „na co dzień” odtwarzających kanadyjskich spadochroniarzy przyszło tak łatwo przygotować się do pokazania żołnierzy SKG. Żołnierze SKG nosili umundurowanie podobne jak brytyjskie i polskie jednostki powietrznodesantowe (tak więc i kanadyjskie). Jedyną różnicą było używanie przez nich amerykańskich butów spadochronowych (tak jak kanadyjscy spadochroniarze). Wyposażenie i uzbrojenie było mieszanką sprzętu brytyjskiego i amerykańskiego. Cechą szczególną był szarobłękitny beret z polskim orłem.

Mam nadzieję, że ci z was, którzy doczytali ten przydługi tekst do tego miejsca nabiorą większej ochoty do zapoznania się z historią Samodzielnej Kompanii Grenadierów. Z powodu natłoku źródeł nie wystawię tym razem swojej oceny ograniczając się do polecenia książki Piotra Witkowskiego „Polskie jednostki powietrznodesantowe na Zachodzie”, która zawiera rozdział najlepiej omawiający historię polskich SAS-owców.

piątek, 24 czerwca 2011

Jak Czarne diabły wyzwoliły Europę.

Evan McGilvray „Marsz Czarnych Diabłów. Odyseja Dywizji Pancernej Generała Maczka”. Wydawnictwo Rebis, 2006 rok.
Najpierw muszę się wytłumaczyć. Nie pisałem długo - bo czytałem. Po pierwsze powyższą pozycję, która nie była łatwa do rozumnego ogarnięcia - czytałem ją długo posiłkując się internetem (o tym później). Po drugie zrobiłem sobie przerwę w czytaniu wojennych historii i przeczytałem historie innego typu (ale nie romans ;-)). I po trzecie z pewnego powodu musiałem w międzyczasie przeczytać wojenne historie innego rodzaju, z innych książek (kilku naraz), ale o jednym bardzo precyzyjnie wybranym temacie (o tym może w następnym wpisie).

Teraz wracamy do tematu, czyli „Marszu Czarnych Diabłów”. Jest to książka o polskiej jednostce wojskowej z 2wś napisana przez Anglika. To w naszych czasach, po 1989 roku, już nie jest nic nadzwyczajnego, bo jest już kilku anglosaskich autorów opisujących dokonania żołnierzy PSZ, ale nadal cieszy. Cieszy to, że dumni Anglicy i Amerykanie odkrywają, że nie wygrali tej wojny sami, cieszy także to, że niezależni i niezwiązani emocjonalnie historycy potwierdzają to, co wiedzieliśmy od dawna – wojska polskie na zachodzie „dawały radę”. Potwierdza to także Evan McGilvray, choć mógłby przyłożyć się bardziej do pracy.

Znów o tłumaczu.

Po znęcaniu się nad panią Katarzyną Brzozowską („Arnhem 1944. Ostatnie zwycięstow Niemiec”) pora na rehabilitację klanu tłumaczy wojennych historii. Przekładający na język polski „Marsz...” pan Jarosław Kotarski jest nie tylko tłumaczem, ale także współautorem książki. Zapewne znacie przypisy tłumacza z innych książek. Zazwyczaj ograniczają się one do rozstrzygnięcia spornych kwestii językowych albo podania w pełnym brzmieniu skrótu, lub oryginalnego tekstu. Tutaj jest inaczej – przypisy czasem prostują treść książki, uzupełniają ją o całe cytaty i treści. Tłumacz nie tylko przełożył książkę na j. polski, ale przeczytał także kilka innych pozycji opowiadających dzieje dywizji gen. Maczka. Taki tłumacz to skarb dla czytającego, niestety autor pewnie nie jest szczęśliwy, gdy jego, historyka poprawia, ktoś kto „tylko” tłumaczy.

Dlaczego tak długo?

Książka bardzo szczegółowo omawia drogę 10. Pułku Strzelców Konnych, autor korzystał z ich dziennika bojowego i z książki z 1947 roku, a więc poznajemy szczegółowo, niemal dzień po dniu ich marszrutę. Niestety jedyne i nieliczne mapy pochodzą także z owych publikacji i pokazują wydarzenia raczej bardzo ogólnie. Tak więc, aby właściwie zrozumieć drogę dywizji przez Europę, trzeba czytając książkę często zaglądać do atlasu. Z braku atlasu (wstyd) posiłkowałem się mapami google. To trudne, zwłaszcza gdy książkę czyta się w wannie albo przy załatwianiu potrzeb niższych, acz koniecznych.

Czy aby o dywizji?

Jak już zacząłem to warto żebym rozwiał wątpliwości tych, którym wydaje się że znajdą tu historię działań polskiej 1. Dywizji Pancernej – zgodnie z tytułem. Otóż nie, jest to opowieść poświęcona przede wszystkim żołnierzom 10. PSK, czyli jednostki pancernej wchodzącej w skład dywizji - treść jest trochę niezgodna z tytułem. Oczywiście dowiadujemy się z książki o drodze całej dywizji, ale tylko dlatego, że 10. PSK był jej istotną częścią i trudno nie wspomnieć o jednostkach współdziałających.

Skupienie się na jednej jednostce ma jednak swoje zalety, np. bardzo szczegółowo dowiadujemy się o jej sukcesach i stratach - łącznie z nazwiskami poległych i rannych żołnierzy!

Kilka słów o stratach, czyli największe zdziwienie.

Walki 1. Dywizji Pancernej dowodzonej przez gen. Maczka nie były mi obce, choć nie znałem ich szczegółowo. Jak każdy kogo interesują wojenne historie znałem za to wiele historii o płonących jak zapałki czołgach, ginących w starciu z doskonałymi niemieckimi działami przeciwpancernymi, czołgistami alianckimi. Tymczasem z książki i przytoczonych danych wynika, że w czasie całej kampanii 10. PSK stracił 90 zabitych i 59 czołgów. Może to zabrzmi brutalnie ale to tylko 1,5 zabitego żołnierza na zniszczony czołg. A mamy tu do czynienia z jednostką rozpoznawczą, uzbrojoną w czołgi pościgowe, która operował zazwyczaj w pierwszej linii. Ciekawe prawda? Podobnie brzmią sprawozdania z potyczek - „dwa zniszczone czołgi, zabity wachmistrz Iksiński, ranni plutonowy Igrekowski i starszy strzelec Zeciński”.

Książkę serdecznie polecam do poczytania (koniecznie z jakąś mapą) i posiadania. To kawałek opisanej historii polskiego oręża, której w żadnej mierze nie musimy się wstydzić i rozważać słuszności jej ocen.

Na koniec smutno.

Jedna rzecz, którą odkrywają, dla siebie, Angole w swoich książkach jest naprawdę smutna, zwłaszcza jak się ją czyta napisaną przez obcokrajowca. Evan McGilvray także zauważa, że to co dla niemal całej Europy było świętem zakończenia wojny i początkiem upragnionego pokoju, dla żołnierzy dywizji było początkiem tułaczki po obczyźnie lub szykan po powrocie do kraju. Ilekroć dochodzę do tego momentu opowieści o losach żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie ogarnia mnie smutek i wściekłość na historię, która zmusiła tych żołnierzy do walki bardziej o „waszą” niż „naszą” wolność, a za bohaterstwo nagrodziła ich tak... niewłaściwie.

W moim osobistym 6-gwiazdkowym rankingu – mocna 4 (przede wszystkim za to, że się autorowi zachciało) + 1 specjalnie dla tłumacza = 5.